Reklama

Reklama

Bestialska próba zabicia psa

Nieznany sprawca zawiązał w worku psa i prawdopodobnie wrzucił do rzeki. Dzięki interwencji, czworonoga udało się wydobyć z opresji. Jednak weterynarz musiał go uśpić, ponieważ zwierzę było w zbyt ciężkim stanie.

- Na Podhalu jest znacznie trudniej wykryć sprawcę takich bestialskich zdarzeń. Ludzie boją się świadczyć - mówi Dorota Dąbrowska z krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Reklama

Psa znalazły dwie kobiety w witowiańskim lesie niedaleko szkoły. Był przywiązany za nogi do drzewa, a pobliżu znajdował się worek. Prawdopodobnie oprawca wrzucił psa w worku do rzeki, a zwierzęciu udało się uwolnić. Kobiety dały psu jeść i zawiadomiły TOZ. Na miejsce pojechał lekarz weterynarii Maciej Wasylkowski. Pies nie był w stanie się podnieść, bał się, był okaleczony. Miał objawy ostatniego stadium nosówki - drgawki, nie widział, nie reagował na otoczenie. Niestety oznaczało to, że psa trzeba było uśpić, co też zrobił weterynarz. - Nosówka jest chorobą zakaźną. Szczepienie na nią jest dobrowolne, a nie obowiązkowe, jak na wściekliznę. Dlatego niestety często psy podwórzowe, a ten chyba taki był, nie są szczepione. Właściciele podchodzą do tego tak, że będą psa trzymać, dopóki nie zachoruje - mówi Maciej Wasylkowski.

Tatrzańskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami ma nadzieję, że publikacja zdjęcia pomoże wykryć sprawcę. Może ktoś pozna psa i zezna, do kogo należał? Wykrycie sprawców podobnych bestialskich zdarzeń udało się w Zakopanem w dwóch przypadkach, do których doszło w tym roku. W grudniu przed sądem stanie mężczyzna, który w lipcu skatował i zabił dwa psy, po czym zakopał je w ogródku pod krzakami porzeczek. - Zwierzęta były zmaltretowane. Jeden miał wgniecioną od uderzenia metalowym prętem czaszkę. Oko wypłynęło mu z drugiej strony - mówi Beata Czerska, prezes Tatrzańskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. W drugim przypadku chory psychicznie mężczyzna przy ul. Cichej Wody przez długi czas trzymał swojego psa w piwnicy, a gdy sprawa wyszła na jaw, poderżnął mu gardło. Śledztwo trwa. W obu przypadkach TOZ zawiadomili turyści.

Tego typu sprawy, w których udało się wykryć sprawcę, na Podhalu należą jednak do rzadkości.

- Jest problem ze znajdowaniem świadków. Może to wynika z tego, że jest wiele malutkich miejscowości, gdzie ludzie się znają, są na siebie skazani i się boją. Na Podhalu częściej niż w innych rejonach zdarza się, że ktoś zgłasza przestępstwo, podaje świadków, świadkowie zeznają, a potem nagle zaczynają wszyscy dzwonić i mówić, że się wycofują, że nie będą świadczyć - mówi Dorota Dąbrowska z krakowskiego TOZ. Zaznacza jednak, że od kilku lat świadomość ludzi wzrasta i do organizacji obrońców praw zwierząt napływa coraz więcej zgłoszeń.

AGN

aszymasz@dziennik.krakow.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje