Reklama

Reklama

Zabił cztery osoby

Wsiadł do samochodu po pijaku i bez prawa jazdy. I zabił. - Te kobiety się wykrwawiły. Roztrzaskane nogi, głowa, coś strasznego - opowiada pracownik szpitala.

Do wypadku doszło w sobotę na drodze między Mirostowicami Dolnymi a Jankową Żagańską.

Reklama

Kierujący oplem astrą Andrzej P. (51 l.), mieszkaniec Mirostowic Dolnych, stracił panowanie nad autem i zderzył się z fiatem 126 p.

Kierowca malucha, Eugeniusz Łyskawiński (77 l.) z Żar, jego żona Jadwiga (73 l.) oraz jej siostra Stanisława M. (75 l.) zginęli na miejscu. Śmierć poniósł też pasażer opla, Józef Ś. (50 l.) z Mirostowic Dolnych. Przeżył kierujący oplem i jego syn.

- Kierowca fiata został przetransportowany śmigłowcem do Szpitala Wojewódzkiego w Zielonej Górze, gdzie zmarł. Dwie pasażerki zmarły po przewiezieniu do 105 Szpitala Wojskowego w Żarach - informuje Kamila Zgolak-Suszka, oficer prasowy KPP w Żarach.

Nie mieli szans

- Nie było szans na uratowanie kobiet z malucha - przyznaje Marek Femlak, wicedyrektor 105 Szpitala Wojskowego.

- Miały bardzo rozległe obrażenia wielonarządowe. Znaczenie miał jeszcze wiek rannych. Robiliśmy, co w naszej mocy, ale się nie udało.

Pracownik szpitala, chcący zachować anonimowość, opowiada, że pierwszy raz widział takie obrażenia, wstrząsnęły personelem. - Te kobiety się wykrwawiły. Roztrzaskane nogi, głowa, coś strasznego - relacjonuje.

- Praktycznie bez szwanku wyszedł z wypadku jego sprawca, ma kilka siniaków, otarć. - dodaje M. Femlak.

Syn sprawcy trafił do Szpitala na Wyspie w Żarach, ale nie miał poważniejszych obrażeń.

Andrzej P., sprawca wypadku, był pijany, w rozmowie z policjantami sam się do tego przyznał. Pobrano mu krew do zbadania na zawartość alkoholu.

- Jak go przywieźli, to bełkotał, że on 21 lat bez prawa jazdy jeździ, a tu takie coś mu się zdarzyło. Wydaje mi się, że nie wiedział, co się naprawdę stało, tak był pijany. - opowiada pracownik szpitala.

Spokojni dobrzy ludzie

Eugeniusza i Jadwigę Łyskawińskich znają na osiedlu Moniuszki. Mieszkali w jednym z bloków. Ich dzieci, córka i syn, dawno wyprowadziły się na swoje.

- Bardzo mili i spokojni - opowiada sprzedawczyni ze sklepu naprzeciwko punktowca, gdzie mieszkali. - Jeszcze w sobotę rano, w dzień wypadku, pani Jadwiga robiła u mnie zakupy.

- Spokojni - powtarzają sąsiedzi.

- Znałem tego pana. Jak on pomalutku jeździł tym swoim maluszkiem, tak ostrożnie - mówi jeden z taksówkarzy. - Ale tak to jest. Możesz jechać przepisowo i ostrożnie, a wyjedzie jakiś wariat i w ciebie walnie.

Kazimierz Pikula mieszkał z Jadwigą i Eugeniszem na jednym piętrze. Był z nimi bardzo zżyty. - Odwiedzaliśmy się. Jak mi żona zmarła w lutym tego roku, to Eugeniusze bardzo mi pomagali. Dobrzy ludzie - wspomina K. Pikula.

- Nie odwiedzali mnie od kilku dni, ale pomyślałem, że skoro siostra spod Warszawy jak co roku przyjechała do Jadwigi na wakacje, to nie mają czasu. I dopiero mi sąsiadka z dołu powiedziała, co się stało - mówi ze łzami.

Nigdy nie wybaczę!

Eugeniusz i Jadwiga Łyskawińscy jechali do Iłowej na urodziny znajomej. Ich syn, Andrzej Łyskawiński (50 l.), o śmierci rodziców dowiedział się od żony.

- Zadzwoniła do mnie do pracy, do Kronopolu. Powiedziała: "Andrzej, przyjeżdżaj, twoi rodzice nie żyją". Nogi się pode mną ugięły. - opowiada A. Łyskawiński. - Bardzo kochałem rodziców. Ostatni raz widzieliśmy się w piątek, dzień przed ich śmiercią - wspomina.

Pan Andrzej był w kostnicy, żeby zobaczyć zwłoki, ale nie odważył się podnieść prześcieradła. Jego żona, która to zrobiła, nie poznała teściowej. - Widziałem mordercę rodziców. Przejeżdżałem rowerem koło prokuratury, jak wyprowadzali człowieka z bandażem na głowie. Poczułem, że to on. Pobiegłem do prokuratury, chciałem spojrzeć mu w twarz, ale już go nie było. Nigdy mu nie wybaczę, nigdy - zarzeka się pan Andrzej.

Wspomina, że jego rodzice byli dobrym małżeństwem. Podziwiał ich za to. - Bardzo się kochali. - opowiada.

A. Łyskawiński ma zamiar dochodzić odszkodowania od sprawcy wypadku.

Załamał się przez syna

W Mirostowicach Dolnych wszyscy zastanawiają się, jak mogło dojść do wypadku.

- Ja nie wiem, jak taki porządny chłop mógł wsiąść za kierownicę po pijaku. - mówi najbliższy sąsiad Andrzeja P.

Ewa Pękala, żona sprawcy, o tym, co się stało, dowiedziała się podczas pobytu za granicą.

- Wyjechałam do pracy sezonowej, a tu taka wiadomość - nie może powstrzymać łez. - Najpierw syn, teraz mąż - mówi i wyjaśnia, że ubiegłym roku jej syn Mateusz wyszedł z więzienia po 4 latach kary za usiłowanie morderstwa. Zaraz po wyjściu zabił mieszkańca Żar. - Dwa tygodnie temu nawet o tym pisaliście (w artykule "Szatańskie szepty" - przyt. red.) . Zamordował ze szczególnym okrucieństwem, grozi mu dożywocie - opowiada E. Pękala. - Mąż się załamał. Czym było bliżej procesu syna, tym więcej pił. Syn opowiadał, że go w więzieniu gwałcili. Andrzej sobie z tym nie radził. Dzwoniłam do niego, krzyczałam. Ale potem widać pił nadal, tylko że dzieci mi o tym nie mówiły.

Andrzej P. był w sądzie na sprawie oskarżonego o morderstwo syna Mateusza. Sprawiał wrażenie znudzonego. Ale w domu, jak opowiada żona, siadał przy stole, płakał, a smutki topił w alkoholu.

Kupił wódkę

Sprzedawczyni ze sklepu w Mirostowicach Dolnych, przypomina sobie, że w sobotę, już o godzinie 8, Andrzej P. kupił u niej pół litra wódki.

- Najprawdopodobniej pili za sklepem - mówi sprzedawczyni. - Potem tylko zobaczyłam, jak odjeżdżają samochodem w stronę Jankowej. Mieli niedomknięty bagażnik, wystawał z niego rower.

W sklepie w Jankowej jeszcze dokupili alkohol.

- Jak można sprzedać wódkę pijanym? - pyta E. Pękala. - Ponoć w Jankowej zapakowali im do bagażnika wina na drogę - mówi. - Nie wiem, jak doszło do wypadkua. Do męża mnie nie dopuścili, przekazałam mu tylko przez policjanta paczkę papierosów. Ponoć Andrzej był tak pijany, że film mu się urwał. Mówili, że miał 2,7 promila. Syn był jeszcze bardziej pijany - mówi, cały czas płacząc i potwierdza, że mąż nie miał prawa jazdy. - Co ja mam zrobić? Czy ja kazałam synowi zabić? Czy ja kazałam mężowi jechać po pijaku? Ja wiem, że on teraz żałuje, że chciałby nie żyć. Szkoda, że nie zginął, śmierć byłaby dla niego lepsza. Jego zje sumienie, bo przecież zabił ludzi. Ja przepraszam za mojego męża.

Aneta Czyżewska

Małgorzata Miszczuk-Rzeźniczak, zastępca prokuratora rejonowego w Żarach

Sprawcy wypadku, Andrzejowi P., grozi 12 lat więzienia. Ustalilismy, że na łuku drogi od Jankowej Żagańskiej do Mirostowic Dolnych, Andrzej P. jechał oplem z nadmierną prędkością. Jezdnia była mokra, wpadł w poślizg. Zjechał na lewy pas jezdni i prawym bokiem samochodu uderzył w przód prawidłowo jadącego fiata. Była wątpliwość, czy jedna z ofiar została potrącona, gdy jechała na rowerze. Jednak po sekcji, na podstawie jego obrażeń, można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że Józef Ś. był pasażerem opla, a rower wypadł na drogę z niedomkniętego bagażnika. Czekamy na wynik badania krwi Andrzeja P., który podczas przesłuchania w prokuraturze przyznał się, że pił alkohol. Nic więcej nie pamięta, nawet tego, jak wsiadał do samochodu. Wynik badania poznamy ok. 3 tygodnie. Sprawca został aresztowany na 3 miesiące.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy