Reklama

Reklama

Abstrakcja mnie nie pociąga

Wystawa zielonogórzanki Bożeny Cajdler-Gruszkiewicz w nowosolskim muzeum w 40-lecie pracy artystycznej.

Maluje głównie portrety i martwe natury. Natchnienie czerpie ze źródeł włoskiego renesansu i holenderskiego baroku. Jej obrazy to liryzm i realizm w jednym. Bożena Cajdler-Gruszkiewicz studiowała w Toruniu na Wydziale Sztuk Pięknych. Mieszka w Zielonej Górze. W tym roku świętuje 40-lecie pracy twórczej.

Reklama

W dwóch pomieszczeniach nowosolskiego muzeum zawieszono starannie skomponowane dzieła zielonogórskiej malarki. W pierwszej sali królowały portrety: "Mariza", "Siostry z Chicago", "Magda", "Portret z lalką" to tylko niektóre z nich. - Uderza spokój i harmonia, jakie z nich płyną. Ta twórczość kojarzy mi się z kwartetem smyczkowym Mozarta - mówi jedna ze zwiedzających wystawę kobiet, też zresztą malarka.

Druga sala to martwe natury (z dynią, z warzywami, z gerberą) i kopie znanych obrazów. Klimta, Vermeera, Chardina, Fabritiusa. - Od kilku lat zajmuję się kopiowaniem arcydzieł. Sprawia mi to wielką radość. Uczy pokory i szkoli warsztat. A wszystko zaczęło się od słynnej "Dziewczyny z perłą" Vermeera - z błyskiem w oku zwierza się artystka. Od zawsze fascynował ją Boticelli a Vermeera uwielbia za duszę i klimat, mimo że ekspresjonista też znalazł się w prywatnym rankingu ulubionych malarzy pani Bożeny.

Czy kiedykolwiek namalowała abstrakcję? Bożena Cajdler-Gruszkiewicz uśmiechając się mówi: - Nie, nigdy mnie to nie pociągało. Mój ulubiony temat to portrety. Maluję właściwie tylko dzieci i kobiety, ze względu na wdzięk i urodę. Pracuję wyłącznie na żywych modelach- nie interesują mnie portrety z wyobraźni. Czasami spotykam na ulicy kogoś, kto mnie inspiruje i proszę go o pozowanie. Z twarzy ludzkiej staram się wydobyć duszę, to coś charakterystycznego tylko dla tej osoby. Sztuka nie rodzi się w próżni, to międzyludzka komunikacja, tylko w relacji "ja i ten drugi" następuje odbiór.

Praca nad obrazem trwa około 2 tygodni, czasem dłużej. Artystka musi się oswoić się z modelem, wejść w jego świat. Wtedy już wie, jak będzie wyglądał ten portret. Nie jest do tego potrzebne kilkugodzinne pozowanie. Artystka maluje też portrety rodzinne. W sam raz do zawieszenia nad kominkiem, w salonie lub jadalni.

Z obrazów pani Bożeny przebija finezyjna, misterna materia jak z brabanckich koronek. Może to nie jest malarstwo dla wszystkich, bo nikogo nie prowokuje. Ale czy musi? Nie jest też nowatorskie, lecz ma w sobie magię. Tajemnicę. Taką, że świat można na chwilę zatrzymać w oku patrzącego. Tych obrazów nie sposób pomylić z innymi.

Agata Wojtkowiak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy