Reklama

Reklama

Sąd zdecydował o losie 11-latka

Sąd Rejonowy w Lublinie zdecydował we wtorek, że 11-letni Sebastian z Bystrzycy Nowej tymczasowo zostanie umieszczony w rodzinie zastępczej. Chłopiec jest od lutego w domu dziecka, gdy okazało się, że żyje w bardzo złych warunkach. Jego rodzice są chorzy.

W lubelskim sądzie trwa proces o ograniczenie praw rodzicielskich rodzicom Sebastiana. Rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Lublinie Artur Ozimek poinformował, że decyzją sądu do końca procesu chłopiec ma przebywać w rodzinie zastępczej. Nie chciał ujawnić, jaka to rodzina. Podał jedynie, że wniosek o umieszczenie chłopca w rodzinie zastępczej poparli pełnomocnik rzecznika praw dziecka i prokurator.

Reklama

Sąd postanowił też - podał Ozimek - zwrócić się o opinię do Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego oraz zażądać aktualnego wywiadu środowiskowego dotyczącego sytuacji chłopca i jego rodziców, w tym ich obecnych warunków mieszkaniowych. Sprawa została odroczona bez wyznaczania kolejnego terminu.

Sebastian za zgodą sądu spędził trzy dni w domu w okresie Świąt Wielkanocnych, potem wrócił do domu dziecka. Jego rodzice na korytarzu sądu mówili dziennikarzom, że bardzo chcą, aby dziecko wróciło do domu. Ojciec Sebastiana - poruszający się na wózku inwalidzkim po amputacji nogi - dziękował dziennikarzom za zainteresowanie się ich sytuacją. Zapewniał, że dom został gruntownie odnowiony, na dowód pokazywał zdjęcia.

Budynek ma już nowy dach i okna, został otynkowany, jest piec, doprowadzona została bieżąca woda - opowiadał. We wnętrzu ustawiono nowe meble, jest komputer dla Sebastiana. Remont był możliwy dzięki pomocy udzielonej przez sąsiadów, gminę i księdza. Został przeprowadzony po nagłośnieniu sprawy przez media.

Ryszard Chojecki ze Stowarzyszenia Pomocy Rodziców zapewniał, że matka chłopca - cierpiąca na depresję - leczy się, a rodzina ma pomoc wolontariuszy. Po ogłoszeniu decyzji sądu ojciec chłopca był załamany. - Nie wiem jak to powiem Sebastianowi, on tak chciał wrócić do domu - mówił z płaczem mężczyzna.

Decyzja sądu o zabraniu chłopca rodzicom zapadła na początku lutego. Sąd uzyskał informacje o złych warunkach bytowych, w jakich żyje Sebastian i jego trudnej sytuacji rodzinnej od kuratora sądowego, szkolnego psychologa i pracowników opieki społecznej. Jak tłumaczył w marcu Ozimek, sąd musiał zareagować m.in. dlatego, że dziecko dużo chorowało z powodu złych warunków panujących w domu.

Rodzina utrzymuje się z zasiłków, pomaga im też dziadek Sebastiana. Matka chłopca, chora na depresję, nie chciała się leczyć, ani przyjmować lekarstw. Ojciec choruje na cukrzycę i także zaniedbał jej leczenie. Sytuacja rodzinna bardzo się pogorszyła, kiedy ojciec chłopca trafił do szpitala i amputowano mu nogę.

Kierująca ośrodkiem pomocy społecznej w Strzyżewicach Urszula Sawecka mówiła w marcu, że kiedy w grudniu pracownice ośrodka pojechały do tej rodziny, zastały chłopca samego, zamkniętego w nieogrzewanym domu. Dom był zaniedbany, brudny, w niektórych oknach zamiast szyb wstawiona były dykta. Dziecko było głodne, lekko ubrane. W styczniu, podczas kolejnej wizyty pracowników ośrodka okazało się, że 11-latek jest chory. Wezwano karetkę. Dziecko było w szpitalu przez pięć dni. Wtedy pracownicy ośrodka o sytuacji rodziny powiadomili sąd.

Podczas wtorkowego posiedzenia sąd pikietowali członkowie Stowarzyszenia Obrony Rodziców i UPR. Trzymali w rękach transparenty z hasłami "Dzieci są nasze nie państwowe", "Ręce precz od moich dzieci" oraz biało-czerwone flagi przewiązane kirem.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy