Po tym, jak polską przestrzeń powietrzną w nocy z wtorku na środę naruszyło 19 rosyjskich dronów, udało się odnaleźć szczątki 16 z nich (dane na godz. 11 w środę).
Większość bezzałogowców spadła na pola, jednak we Wyrykach w powiecie włodawskim dron uderzył w dach domu Ala i Tomasza Wesołowskich. Kobieta zeszła z piętra tuż przed uderzeniem.
- Zeszłam z góry, usiadłam przy stole i zaczęłam mierzyć ciśnienie. Nagle usłyszałam huk. Ten samolot, to wszystko... wybiegliśmy na dwór. Tam zobaczyłam gruzowisko. Całe podwórko zasypane, blachą, pustakami, żużlem - relacjonowała w środę dziennikarzowi Polsat News Piotrowi Kuśmierzakowi.
W czwartek Interii udało się porozmawiać z panią Alą i panem Tomaszem tuż przed ich spotkaniem z gminnymi urzędnikami. - Wyjeżdżamy do gminy. Może powiedzą nam, kiedy będzie można wrócić - tłumaczy kobieta. Nietrudno się domyślić, że ubiegła noc nie należała do spokojnych. - Nie było spania, dosłownie oczy zmrużone na chwilę, ale to jest żaden sen - dodaje.
Wyryki. Zniszczony nie tylko dom
Prace nad zabezpieczeniem dachu uszkodzonego domu trwały do godziny 2.00 nad ranem.
- Rozłożyliśmy folię na stropie, jest zabezpieczenie przed zalaniem. Na miejscu pracuje prokuratura, ale po zakończeniu czynności nasi pracownicy i żołnierze WOT pomogą w przygotowaniu posesji. Pojawi się też rzeczoznawca, który oszacuje straty - wylicza w rozmowie z Interią Bernard Błaszczuk, wójt gminy Wyryki. - Dopiero po otrzymaniu opinii rzeczoznawcy my jako gmina będziemy mogli zwrócić się do urzędu marszałkowskiego i wojewódzkiego o pomoc - dodaje.
Gmina zapewnia, że lokal zastępczy jest udostępniony państwu Wesołowskim na czas nieokreślony. - Mogą z niego korzystać do czasu, aż sami zdecydują, że chcą się przemieścić lub do decyzji nadzoru budowlanego, że można wrócić do domu.

Na miejscu upadku rosyjskiego drona widać wyraźne uszkodzenia. To nie tylko sam dach domu, ale także jego elewacja, a być może i elementy konstrukcyjne. Zniszczony został także samochód państwa Wesołowskich. Rzeczy materialne to jest jednak nic, w porównaniu do poczucia bezpieczeństwa, jakie wśród mieszkańców Wyryk zostało wprost zdruzgotane.
- Dzisiejszej nocy jak tylko wiatr mocniej dmuchnął, ja się od razu zrywałam na równe nogi. Miałam z pięć, może sześć pobudek - mówi Interii pani Anna, mieszkanka Wyryk. - Długo będziemy tu dochodzić do siebie. Jest strach, że następnym razem po prostu skończy się tragedią - dodaje kobieta.














