Reklama

Reklama

RMF24: 1,5-roczny Maciek udusił się fragmentem długopisu

Uduszenie fragmentem długopisu było przyczyną śmierci półtorarocznego Maćka w Kutnie - takie są wstępne wyniki sekcji zwłok. O tragedii stało się głośno, bowiem chłopiec zmarł dzień po tym, jak nie przyjęto go z zapaleniem oskrzeli do szpitala - rodzina twierdzi, że z powodu braku miejsc. Placówka zapewnia, że obłożenie oddziału nie miało żadnego wpływu na decyzję ws. Maćka. Do wyjaśnienia sprawy zawieszono jednak lekarkę z izby przyjęć, która zajmowała się chłopcem.

- Dzisiaj odbyła się sekcja zwłok 18-miesięcznego chłopca. Ustalenia wskazują, że do śmierci doszło na skutek uduszenia spowodowanego zaaspirowaniem ciała obcego. Doszło do zatkania prawego oskrzela głównego plastikowym fragmentem długopisu - powiedział RMF FM rzecznik łódzkiej prokuratury okręgowej Krzysztof Kopania.

Reklama

Podczas sekcji nie stwierdzono ewidentnych zmian chorobowych. W tym zakresie przeprowadzone zostaną szczegółowe badania histopatologiczne. Na ich wyniki musimy poczekać, zazwyczaj trwają one kilka tygodni. Wyniki pozwolą na stwierdzenie ewentualnych zmian chorobowych. Jednak w oparciu o dzisiejsze ustalenia sekcyjne można stwierdzić, że dziecko zmarło śmiercią gwałtowną, na skutek uduszenia - zaznaczył.

Tragiczne wydarzenia rozegrały się na początku tygodnia. W poniedziałek małego Maćka badał lekarz rodzinny, który stwierdził zapalenie oskrzeli i skierował go do szpitala. Tam jednak dziecka nie przyjęto - rodzina twierdzi, że z powodu braku miejsc. Dzień później wieczorem Maciek zaczął się dusić. Zmarł mimo reanimacji.

Do czasu wyjaśnienia sprawy zawieszona została koordynator oddziału pediatrycznego szpitala w Kutnie, która na izbie przyjęć zajmowała się chłopcem.

Dyrektor ds. lecznictwa w placówce Grzegorz Koszada zapewnia jednak w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Markiem Balawajdrem, że liczba wolnych miejsc na oddziale nie miała żadnego wpływu na decyzję ws. Maćka. - Podjęta była decyzja kliniczna - dziecko zostało dokładnie zbadane w izbie przyjęć i po przeanalizowaniu wszystkich kwestii lekarz zdecydował o rozpoczęciu leczenia w warunkach domowych - powiedział.

-To jest sezon, w którym obłożenie mamy praktycznie pełne, ale nie ma czegoś takiego, że dziecko jest nieprzyjęte, bo nie ma miejsc. Jeżeli jest taka potrzeba, dostawia się jakieś łóżeczka - zapewnił.

Marek Balawajder

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy