Reklama

Reklama

Odpowiedzą za zabójstwo radnego Kulbata

Jeden z członków gangu zabójców właścicieli kantorów, Jacek P., przyznał się do winy. Z ręki bandytów zginęło pięć osób, w tym piotrkowski radny Wojciech Kulbat. Przed krakowskim sądem właśnie rozpoczyna się proces zabójców.

Na ławie oskarżonych zasiądą: Tadeusz G. (47 lat), Jacek P. (37 lat) i Wojciech W. (29 lat). Wszyscy trzej to mieszkańcy województwa świętokrzyskiego. Według prokuratury, z ich ręki w latach 2005 - 2007 zginęli właściciele kantorów w Kraśniku, Tarnowie, Myślenicach (dwie osoby), oraz Piotrkowie Trybunalskim. Dwie ofiary w Sosnowcu i Piotrkowie uniknęły śmierci.

Reklama

W maju ubiegłego roku jako pierwsi podaliśmy informację o zatrzymaniu trzech mężczyzn, którym postawiono zarzut zabójstwa radnego Wojciecha Kulbata, a także usiłowania zabójstwa jego żony. W ręce policji wpadli po zabójstwie właściciela kantoru i jego syna w Myślenicach.

Wówczas zatrzymani składali zeznania, a prokuratura badała, czy te zabójstwa są powiązane z innymi, które miały miejsce na terenie Polski, a dotyczyły właścicieli kantorów. Niedawno Jacek P., jeden z zatrzymanych w sprawie napadów na właścicieli kantorów, przyznał się do winy.

Wstrząsające morderstwo radnego

Wydarzenie, do którego doszło 1.02.2007 r., wstrząsnęło mieszkańcami Piotrkowa. Wojciech Kulbat, piotrkowski radny, biznesmen, miłośnik sportu został zastrzelony we własnym garażu. Dwie kule z pistoletu maszynowego skorpion trafiły w głowę Wojciecha Kulbata, a pięć w plecy. Ciężko ranna została również jego żona, która była bita po głowie kluczem do kół i kostką brukową.

O napaści na dom żona Wojciecha Kulbata zdołała jednak powiadomić sąsiadów. Później straciła przytomność. Przybyli na miejsce policjanci znaleźli w garażu ciało 54-letniego mężczyzny. Nie było wątpliwości, że został zastrzelony. - Strzałów było kilka, głównie w klatkę piersiową - mówił następnego dnia po zdarzeniu komisarz Grzegorz Sowa, oficer prasowy KMP w Piotrkowie. Jak się później okazało, strzały padły z broni maszynowej typu skorpion.

Ciężko ranna żona radnego walczyła o życie w piotrkowskim szpitalu. Dzięki fachowej pomocy udało jej się przeżyć.

Kto zabił radnego i dlaczego?

Na to pytanie miało odpowiedzieć policyjne śledztwo. Na początku pod uwagę brano kilka wersji tego zdarzenia. Mówiono, iż radny miał długi, powiązania mafijne i że zabójstwo było tego konsekwencją. - Zdecydowanie odrzucaliśmy taką wersję wydarzeń - mówi prowadząca tę sprawę Katarzyna Płończyk, z krakowskiego Biura ds. Walki z Przestępczością Zorganizowaną Prokuratury Krajowej.

Kolejna wersja mówiła o tym, iż motywem działania był napad rabunkowy (rodzina była uważana za zamożną, od lat miała kantor w centrum handlowym). Trudno się było ku niej przychylić, gdyż z domu nic nie zginęło. A jednak. Z policyjnych i prokuratorskich ustaleń wynika, iż głównym motywem zabójstwa był właśnie motyw rabunkowy.

Zabójcy właścicieli kantorów

Za zabójstwem radnego Kulbata i usiłowaniem zabójstwa jego żony stała grupa zwana "zabójcami kantorowców". Uchodzili oni za jedną z najbardziej niebezpiecznych grup w Polsce. Ofiarami napastników padli właściciele kantorów lub osoby związane z obrotem walutą.

W każdym z przypadków napady poprzedzone były długotrwałą obserwacją, a napastnicy najpierw strzelali, a dopiero potem rabowali. Właśnie dlatego media określiły ich mianem "gangu zabójców". Ich ofiarami padło pięć osób, a dwie inne cudem uniknęły śmierci. Jednak zabójstw mogło być więcej, gdyż przestępcy planowali kolejne napady i mieli już wytypowane następne osoby.

Zaplanowane akcje

Za każdym razem motyw zbrodni był ten sam. Chodziło o pieniądze. - Zatrzymani obserwowali w całym kraju osoby prowadzące kantory, w tym także małżeństwo Kulbatów - wyjaśnia Katarzyna Płończyk, z krakowskiego Biura do spraw Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej.

- W większości przypadków pomylili się. Również w przypadku piotrkowskiego małżeństwa. Pieniądze ukradli tylko w dwóch napadach, w Kraśniku - 70 tysięcy i w Myślenicach - 150 tysięcy złotych.

Nim jednak dochodziło do napadów, podejrzani, jak ustalono w śledztwie, dobrze się do nich przygotowywali. Najpierw wybierali ofiarę. Oczywiście poza województwem świętokrzyskim, żeby nie wzbudzać podejrzeń.

- Nie chcieli działać na własnym terenie, żeby ktoś ich nazwisk nie powiązał z napadami - mówi prokurator Katarzyna Płończyk. - Gdy nazwisko ofiary już było znane, jeden z mężczyzn wyruszał w teren. Poznawał zwyczaje swojej ofiary, trasę z domu do pracy, moment wyjścia z domu, jej otoczenie, dowiadywał się wszystkiego bardzo precyzyjnie.

Szczególnie brutalny był sposób postępowania zabójców. Najpierw bowiem strzelali do swoich ofiar, a dopiero potem sprawdzali, czy mieli po co.

Dobrzy ludzie

Wszyscy oskarżeni pochodzą z rejonu Kielc i Skarżyska Kamiennej. Decydujący - według prokuratury - o napadach Tadeusz G. jest rolnikiem, hodowcą truskawek. Wojciech G. był pracownikiem znanej w Skarżysku firmy i pomagał przy zdobywaniu i przerabianiu broni. Jacek P., bezrobotny, był na utrzymaniu rodziny. Cała trójka wśród najbliższych sąsiadów i rodziny ma dobrą opinię. Miłych, spokojnych, normalnych ludzi. Dobrych mężów, dobrych ojców.

Skrucha bandyty

Pomocne w powiązaniu wszystkich zabójstw okazały się też zeznania jednego z bandytów Jacka P., który przyznał się do winy w trakcie śledztwa i opowiedział o działaniu gangu. Jest jedynym, który przyznał się do winy. Dwaj pozostali oskarżeni zaprzeczają, by mieli coś wspólnego z brutalnymi napadami.

Dożywotnie więzienie

48-latek spod Kielc, 38-latek z okolic Skarżyska i 30-letni mieszkaniec powiatu kieleckiego. Tylko jeden z nich był w przeszłości karany.

- Został oskarżony o rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia, w sądzie jednak ten zarzut upadł. Ostatecznie mężczyzna został uznany winnym paserstwa - przyjęcia do sprzedaży kradzionego tira - i skazany na kilka lat więzienia. Odsiedział karę i wyszedł na wolność, ale w sprawie zabójstw będzie odpowiadał w warunkach recydywy, co jest okolicznością obciążającą - wyjaśnia prokurator Katarzyna Płończyk.

W śledztwie tylko Jacek P. przyznał się do winy i wyrażał skruchę. Pozostali oskarżeni nie przyznali się do winy. Najpoważniejsze zarzuty to zabójstwo z użyciem broni pięciu osób i usiłowanie zamordowania dwóch kolejnych. Oskarżonym grozi kara od 25 lat więzienia do dożywocia.

Być może zarzutów będzie więcej.

W dalszym ciągu bowiem toczy się śledztwo w sprawie trzech zabójstw i jednego usiłowania zabójstwa - tj. napadów, do których doszło m.in. w Dębicy, Ostrowie koło Przemyśla i Przeworsku. Na obecnym etapie prokuratura nie uzyskała jeszcze jednoznacznych dowodów pozwalających na przypisanie winy oskarżonym.

Anita Wojtala

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje