Reklama

Reklama

Możesz dać serce. Dosłownie

Serce z Wrocławia

Reklama

Emocji nie zabrakło podczas wystąpienia Andrzeja Papacza, który jest 13 lat po przeszczepie. - Moje serce było z Wrocławia, wiem, że dawcą był 21-letni chłopak, który zginął w wypadku.

Pan Andrzej przeszedł 4 zawały serca. Z powodu częstych chorób, opieka nad nim była dużym odciążeniem i problemem dla jego najbliższych. Jedną z dolegliwości było puchnięcie nóg, a to z kolei było przyczyną problemów z chodzeniem. Trzy dni po przeszczepie wstał z łóżka pełen chęci do życia. Personel szpitala próbował go przekonać, że powinien jeszcze leżeć. Miał ochotę odpowiedzieć na to pielęgniarce: - Sama sobie leż. Jak ja "dostałem życie", to teraz nie chcę leżeć.

Kilka dni po przeszczepie miał okazję zobaczyć swojej serce martwe... umieszczone w słoiku. Wziął słoik w ręce i jakiś taki dziwny prąd poczuł na plecach.

Od czasu operacji wiele się zmieniło w jego życiu. Ceni życie, cieszy się każdą chwilą i nie zostawia spraw do załatwienia na jutro. Jest bardzo wdzięczny za dar, jaki dostał, dlatego jeździ na spotkania organizowane w całym kraju, aby propagować ideę transplantologii. Celem spotkań jest to, aby młodzi ludzie na ten temat rozmawiali.

Na koniec wystąpienia radził młodym ludziom, aby dbali o swoje zdrowie, nie lekceważyli przeziębienia, grypy. On sam nie chodził na zwolnienia, bo szkoda mu było pieniędzy. Mógł stracić premię i było mu jej żal. Po latach zrozumiał, że każda zlekceważona infekcja pozostawiła w jego sercu trwały ślad. Teraz musi na siebie bardzo uważać, nie tylko przez regularne przyjmowanie lekarstw, które mają zapobiec odrzuceniu przeszczepu. Każda infekcja kończy się przyjmowaniem antybiotyku i tygodniem albo dwoma spędzonymi w łóżku, a bywa - że w szpitalu. Musi kontrolować ciśnienie, bo wszystkie osoby po przeszczepie mają z nim problem. Gdy z jakimkolwiek schorzeniem przychodzi do lekarza, ten zawsze mu przypomina: - Przecież pan jest po przeszczepie. Czego pan jeszcze chce? W życiu zawsze jest "coś za coś".

Moje serce rozsypało się

Marek Borowski z Warszawy był drugą osoba żyjącą z przeszczepionym serce, która mówiła do młodzieży o sobie. Obecnie ma 52 lata, od przeszczepu minęło 2 i pół roku. Zachorował na serce nie mając nawet 30 lat. Przeszedł bardzo ciężki zawał, po którym na 8 miesięcy trafił do szpitala. O tego czasu przez kolejne 20 lat kilka razy w roku wymagał hospitalizacji. Miał wiele szczęścia, bo na przeszczep nie czekał długo. Dawcą narządu był mężczyzna, który zginął w wypadku. Miał około 30 lat. Dawca i biorca leżeli w tym samym szpitalu MSWiA przy ul. Wołoskiej w Warszawie. Przeszczepu dokonał zespół pod kierunkiem dr. Mirosława Garlickiego, o którym jako o lekarzu wyrażał się jak najlepiej. Pytał nawet lekarzy, czy może zobaczyć swoje serce. Usłyszał, że po wyjęciu z klatki piersiowej rozsypało się w rękach lekarzy. Było tak słabe, że raczej nie żyłby z nim dłużej niż miesiąc. Ale czyjaś decyzja o zgodzie na przeszczep była dla niego darem życia. Zwrócił uwagę, że lekarze zawsze o to pytają rodzinę, taka jest praktyka, choć w naszym kraju od kilku lat prawo mówi o tzw. zgodzie domniemanej. Polega ona na tym, że jeśli ktoś nie wyrazi sprzeciwu, to znaczy, że zgadza się aby jego narządy pobrano do przeszczepów.

- Jestem tu, żyję. Muszę uważać na infekcje, bo reszta życia to walka o to, aby organ nie został odrzucony.

Lekarz mnie przekupił

O tym jak decyzje o przeszczepach mogą wyglądać ze strony rodziny dawcy, mówiła z kolei Elżbieta Orczyk. O swoim mężu nie mówiła inaczej jak "Jasiu". Żyli ze sobą 27 lat. Lekarze zdiagnozowali u niego tętniaka podpajęczynówkowego, którego nie można było operować. Wiedział, co go czeka i umiał swoją rodzinę przygotowywać na swoją śmierć. To ona sam zadeklarował, że odda narządy, które dadzą życie innym.

- Był to dla mnie szok, ale jego słowa utkwiły mi w pamięci. Kiedy lekarz zadał mi potem pytanie, czy zgadzam się na pobranie narządów, bez wahania odpowiedziałam "tak" - to fragment wywiadu z panią Elą.

Na spotkaniu w Łowiczu mówiła też, że lekarz ją "przekupił", mówiąc jej "pani mąż będzie żył w innych osobach". Miała 2 minuty na podjęcie decyzji. - Nie myślałam otym, co dobrego robię tym podpisem, bo myślałam tylko o tym: "Jaś będzie żył". Opowiadała też o swojej rozmowie telefonicznej z córką, bezpośrednio po śmierci męża.

- Powiedziałam: tata nie żyje, ale będzie żył w innych osobach. Ona odpowiedziała - ja bym tak nie umiała. Płakała. Ale to były łzy szczęścia, bo zrozumiałyśmy, że ktoś dostał szansę na życie, nie będzie już dłużej czekał na telefon, w którym ktoś mu oznajmi, że jest dawca.

Potem były kolejne łzy szczęścia, że strony lekarki z OIOM, która panią Elę uściskała dziękując jej za to, że wyraziła zgodę. W imieniu pacjentów, ich rodzin i w imieniu lekarzy, którzy dzięki temu będą mogli ratować innych pacjentów. - Uratowaliśmy 6 osób - mówiła w Łowiczu Elżbieta Orczyk. Mówiła wzruszona o swojej filozofii życia:

- Wszyscy mamy jakieś roszczenia, chcemy pieniędzy, zaszczytów i innych rzeczy. Ale można też w chwilach tragedii pomyśleć o innych, których nie znamy, którzy nie są dla nas rodziną, aby dać im ten dar, bezinteresownie. Na dowód tych słów przeczytała swoje oświadczenie woli, które nosi przy sobie, że ona - w razie nagłego zdarzenia - wyraża zgodę na to, aby być dawcą. Bo to dla niej zaszczyt i honor. Napisała je 3 lata temu, mając 47 lat. Przestrzegała jednak, aby nie poddawać ocenie osoby, które są temu przeciwne. Każdy ma to tego prawo. To jest osobista sprawa każdego człowieka i trzeba umieć ją uszanować.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy