Reklama

Reklama

Komfortowy pakiet...kłamstw

Do tej pory sami się dziwią, jak mogli dać się tak nabrać. Młodzi, rzutcy, inteligentni, a uwierzyli domokrążcy, który oferował usługi jednej z telewizji cyfrowych. Uwierzyli i... gorzko tego pożałowali.

Judyta i Łukasz z podpiotrkowskiego Majkowa sami zachodzą w głowę, jak tzw. autoryzowanemu dystrybutorowi udało się tak ich ograć.

Reklama

Teraz, kiedy wszystko analizują, kiedy przeczytali już dokładnie wszystkie "zamówienia", "umowy", kiedy przypominają sobie rozmowy i sytuacje, wiedzą, że po prostu zostali zaskoczeni i oszukani. A pan Damian, który pewnego dnia zapukał do ich drzwi, posłużył się kilkoma sprytnymi chwytami. Judyta i Łukasz postanowili o nich opowiedzieć. Ku przestrodze innym.

Chwyt pierwszy - na "koniec telewizji analogowej"

Kiedy po raz pierwszy otworzyli drzwi Damianowi B. (pracownikowi Autoryzowanego Dystrybutora jednej z telewizji cyfrowych), ten zaskoczył ich pytaniem, czy wiedzą, że od 1 stycznia 2010 r. przestanie działać telewizja analogowa i jeżeli ktoś będzie w ogóle chciał oglądać telewizję, musi skorzystać z oferty cyfrowej. I on właśnie z taką ofertą przychodzi.

- Rzeczywiście słyszeliśmy, że za jakiś czas telewizja analogowa przestanie nadawać (czyli że nie będzie można odbierać programów za pomocą normalnych, siatkowych anten), ale nie znaliśmy konkretnej daty. Skoro więc przychodzi człowiek i z całym przekonaniem mówi, że to już od stycznia - po prostu mu uwierzyliśmy i rzeczywiście postanowiliśmy coś z tym zrobić. W końcu trudno zostać w ogóle bez telewizji - mówi Łukasz.

Prawda jest taka, że telewizja analogowa wyłączona zostanie i zastąpiona cyfrową prawdopodobnie dopiero w 2013 roku. Ale... pierwszy chwyt zadziałał. Judyta i Łukasz zgodzili się wpuścić Damiana B. do domu i wysłuchać jego propozycji.

Chwyt drugi - na "krótkotrwałą i bardzo atrakcyjną promocję"

- Mam dla was świetną ofertę. Pakiet komfortowy z 88 programami i to za jedyne 25,50 zł miesięcznie - mówił nam pan Damian. Szczerze mówiąc, byliśmy dość zaskoczeni, że tak tanio, ale on zapewnił nas, że to wyjątkowa oferta. Że 25,50 zł płaci się przez 24 miesiące obowiązywania umowy, ale trzeba się szybko decydować, bo to promocja kilkudniowa. Jak ruszy reklama w telewizji, to właściwie może już nie być takiej okazji - opowiadają Judyta i Łukasz. - Chcieliśmy się chwilę zastanowić, przemyśleć, no... ale gdyby przez to stracić taką okazję?

Chwyt trzeci - na "Internet za 5 zł"

Młodzi właściwie nie do końca byli zdecydowani. Wszystko działo się zbyt szybko, ale wtedy padł kolejny argument, żeby nad ofertą zastanowić się naprawdę poważnie. - Słuchajcie, jeszcze jedna fajna rzecz. Od stycznia 2010 roku będziecie mogli za dodatkową opłatą tylko 5 zł korzystać z 2-megabitowego łącza internetowego - mówił nam pan Damian - opowiadają. - Właściwie po tej informacji byliśmy już pewni, że skorzystamy z tej oferty. W końcu na Internecie zależało nam bardzo. A tu trafiło się dwa w jednym - i telewizja, i Internet.

Chwyt czwarty - na "sprzęt na własność"

Ale to nie był jeszcze koniec dobrodziejstw proponowanej oferty. - Pan "dystrybutor" zapewnił nas, że sprzęt, który dostaniemy (dekoder, kable, a nawet antena), będzie naszą własnością, tzn. po rozwiązaniu umowy nie będziemy musieli go zwracać. Trzeba tylko zapłacić za montaż urządzeń 399 zł.

Chwyt piąty - na "niezobowiązujące zamówienie sprzętu"

Na podpisanie umowy Judyta i Łukasz pewnie by się tak od ręki nie zdecydowali, ale przedstawiciel telewizji cyfrowej nie podsunął im do podpisania umowy, tylko tzw. zamówienie sprzętu i montażu.

- Zapewniał nas, że podpisanie tego zamówienia na pewno jeszcze do niczego nas nie zobowiązuje. Mówił, że to taka biurokratyczna podkładka, żeby w ogóle zamówić sprzęt. Ale mamy jeszcze czas do rana, żeby się ostatecznie zdecydować. Wtedy zadzwoni ktoś z biura i zapyta, czy podpisujemy umowę i czy przysyłać monterów. Podpisaliśmy więc tę "podkładkę", dopytując jeszcze, czy rzeczywiście nie jest to żadne zobowiązanie i czy ta oferta za 25,50 to prawda. Pan Damian po raz kolejny potwierdził, mówiąc, (tu cytat) "żeby mi tak tę rękę, którą piszę, obcięli". Teraz sobie myślimy, że jeżeli ktoś spotka bezrękiego dystrybutora telewizji cyfrowej, to na pewno będzie ten nasz - opowiadają mieszkańcy Majkowa.

Montaż na siłę

Młodym ludziom jednak coś w głowie zadzwoniło i postanowili się lepiej przyjrzeć superatrakcyjnej ofercie (oczywiście już po wyjściu "dystrybutora"). I... coś zaczynało się nie zgadzać - bo ani oferty cenowej nigdzie nie udało się potwierdzić, niejasna stała się też sprawa własności dekodera. - Postanowiliśmy więc z żoną zrezygnować z podpisywania umowy, przynajmniej do czasu, kiedy dokładniej się zorientujemy, za co i ile mamy płacić. Zresztą - jak zapewniał pan Damian - póki umowa nie jest podpisana, do niczego nie jesteśmy zobowiązani. Sprawy jednak potoczyły się zupełnie inaczej - mówi Łukasz.

Rzeczywiście następnego dnia rano zadzwonił telefon z biura. - Kiedy powiedziałem pani, że chcę na razie zrezygnować z ich oferty, ta wykrzyczała mi do słuchawki, że nie dzwoni, żeby zapytać, czy ja chce podpisać umowę, ale po to, by uzgodnić godzinę montażu urządzeń i że nie ma żadnej możliwości wycofania się. Panowie z ekipy montażowej przyjechali o godzinie 14:00. Właściwie sam się teraz zastanawiam, po co w ogóle wpuściłem ich do domu - chyba po prostu nie chciałem być niegrzeczny. Od progu jednak tłumaczyłem, że żadnych urządzeń nie chcę, bo rezygnuję z instalacji. Ale oni zupełnie to ignorowali. To działo się jak w filmie.

Ja do nich mówię, że rezygnuję, a oni pakują mi się do pokoju, odpinają DVD od telewizora, rozłączają coś, przyłączają. Ja mówię dalej, a oni dalej montują. Właściwie chyba wtedy trzeba było wezwać policję, ale oboje z żoną byliśmy tak zszokowani, że nie wiedzieliśmy, co zrobić. Jeden z panów podsunął nam umowę i powiedział, że wycofać się nie możemy, a podpisanie umowy jest tylko formalnością i nawet jeśli tego nie zrobimy, zainstalowany sprzęt i tak zostanie i musimy za niego zapłacić. W przeciwnym razie odwiedzi nas firma windykacyjna. W jakimś amoku, chyba ze strachu przed tą windykacją, podpisaliśmy umowę. Teraz wiem, że była to po prostu głupota, błąd - opowiada Łukasz.

Te same wydarzenia zupełnie inaczej przedstawia kierownik, a właściwie menedżer firmy, z którą przyszło się zmierzyć Łukaszowi i Judycie.

- W jaki sposób można zamontować coś bez czyjejś zgody - pyta? - Były jakieś niedomówienia, ale wyjaśniłem je sam osobiście na miejscu i pan Łukasz zgodził się na montaż. Czekał jeszcze na żonę. Żona przyjechała i rozmawialiśmy wszyscy wspólnie. To była decyzja przez nich podjęta. Małżonka pana Łukasza była bardzo zainteresowana sprzętem, chciała wiedzieć, jak się z tego korzysta - dodaje.

Monter, kierownik, a może kabaret "Zielona Gęś" po piotrkowsku

- Poprosiliśmy jednak o jakiś kontakt do kierownika firmy, bo panowie tłumaczyli, że oni tylko montują i wyjaśniać trzeba z kim innym - mówią z kolei Łukasz i Judyta. - Jeden z nich dał nam numer "do kierownika", ale nie można się było do niego dodzwonić. W osłupienie wpadliśmy następnego dnia, kiedy odwiedziliśmy biuro "Autoryzowanego Dystrybutora", bo kierownikiem okazał się... ten sam pan, który udawał montera i odsyłał nas do... kierownika. Absurd po prostu gonił absurd - mówią.

Odwiedzam więc kierownika (?), montera (?) - kim tak naprawdę jest? Oto fragment rozmowy:

- Mówił pan, że nie jest kierownikiem i odsyłał do kierownika, dawał telefony, a później ludzie przyszli do biura i to pan okazał się kierownikiem.

- No tak, bo wtedy nie byłem, a teraz jestem.

- I to się zmieniło w ciągu wieczora?

- To nie była doba. Na pewno minęły dwa dni. Może pani też została wprowadzona w błąd, bo mnie też wmawiali rzeczy, których nie powiedziałem.

- Ale pan się przedstawiał jako ktoś z ekipy montażowej.

- Tak, bo wtedy byłem na montażu.

- Ale odsyłał pan do kierownika.

- Zapraszałem do naszego biura. Może mnie źle zrozumieli.

- Wszystko można powiedzieć tak, żeby ktoś tego nie zrozumiał. Jeżeli pan jest kierownikiem i może wszystko na miejscu wyjaśnić, to dlaczego pan odsyła do biura?

- Ja powiedziałem, że jeśli nasuną się kiedyś jakieś sprawy, to zapraszam do biura.

- Ale nie powiedział pan: to ja jestem kierownikiem i wyjaśnię wam wszystko?

- Jak tu przyszli (do biura - przyp. red.) - tak.

- Ale tam w domu mówił pan, że jest pan tylko monterem...

Umowa nie do wglądu

Łukasz i Judyta podpisali umowę, w której nie znalazło się niemal nic, co było przez przedstawiciela ustnie obiecane. Nie było tam abonamentu za 25,50 miesięcznie przez cały okres obowiązywania umowy, o Internecie w ogóle w najbliższym czasie mowy nie ma, sprzęt, za którego montaż zapłacić mieli 399 zł, nie będzie ich własnością. Parafowali umowę i mają za swoje... Nie przeczytali jej uważnie, ale usprawiedliwia ich fakt, że przed podpisaniem mieli ją tylko na chwilę do wglądu, już po montażu urządzeń. Czy to standard?

Aby uzyskać odpowiedź, próbuję poprosić autoryzowanego dystrybutora o wgląd do czystego formularza umowy.

- Podaruje mi pan formularz umowy?

- A jest pani naszym abonentem?

- Nie, ale chciałabym zostać.

- Procedura jest taka, że wypisywane jest zamówienie, na następny dzień jest montaż.

- A dlaczego przed umową, a nie po?

- Umowa jest do wglądu przy montażu.

- A nie lepiej byłoby: ja czytam umowę w biurze, podpisuję ją i wtedy państwo przychodzicie montować urządzenia.

- To jest sprzedaż bezpośrednia proszę pani.

- Ale na czym ma ta sprzedaż polegać? Żebym miała pięć minut na przeczytanie umowy, a nie dzień? Dlaczego nie może być najpierw umowy, a później montażu?

- Może być...

- No to wypiszmy umowę, bo chciałabym zostać abonentem.

- To kosztuje 400 zł, proszę pani.

- Wypisanie umowy?

- Nie, zostanie abonentem. Ureguluje pani na miejscu należność?

Próba kończy się fiaskiem.

***

Łukasz i Judyta złożyli rezygnację z umowy (mogli to zrobić w ciągu 10 dni), ale stracą prawdopodobnie część pieniędzy, które już wpłacili za montaż urządzeń. Stracili też sporo nerwów, no i wiarę w ludzi, przynajmniej tych, którzy, chodząc po domach, oferują cuda na kiju. Nauczyli się jednak czegoś bardzo ważnego - jak czegoś nie ma na piśmie, to nie ma tego wcale. No i jeszcze jednego - zanim się cokolwiek podpisze, trzeba to dokładnie przeczytać. Chcieli podzielić się tą wiedza, żeby naciągaczom było choć trochę trudniej.

Anna Wiktorowicz

Zobacz również:

ZANIM PODPISZESZ - POMYŚL

NIE ODPOWIADAJ NA TEGO SMS-A!

POLICJA SZUKA FAŁSZYWEJ UZDROWICIELKI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje