Reklama

Reklama

Genealogia - hobby dla ambitnych

Tomek znalazł wśród swoich przodków... bigamistę, Marita - siedemnastoletnią wdowę i... powstańca listopadowego. O swojej pasji mówią, że to wciągająca i zaskakująca gra z czasem. A ta pasja to genealogia.

Rodowody, herby, drzewa genealogiczne - większości pewnie kojarzą się z lekcją historii. Niektórym zaś ze "snobami" poszukującymi swych szlacheckich przodków. Okazuje się jednak, że coraz więcej jest genealogów-amatorów zainteresowanych losami własnej rodziny.

- Genealogia jest jedną z kilku nauk pomocniczych historii, które ze sobą wzajemnie współpracują. Dzisiaj badania genealogiczne stają się bardzo popularne. My widzimy tendencję wzrostową także na przykładzie Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie kiedyś podstawową grupą naszych użytkowników byli przede wszystkim pracownicy naukowi bądź studenci. Dziś liczba osób prowadzących poszukiwania zwiększyła się i są to różni ludzie, w różnym wieku - wyjaśnia doktor Tomasz Matuszak, dyrektora Archiwum Państwowego w Piotrkowie.

Reklama

Gdzie i jak należy szukać?

- Polecam zacząć od "Poradnika genealoga amatora" Rafała Prinke. Zawiera on dziesięć punktów, które należy spełnić. Po pierwsze musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: po co szukamy? Jeżeli chcemy odtworzyć dzieje swojej rodziny, to musimy pamiętać, że im bardziej jest to rodzina rozgałęziona bądź wielonarodowa, tym kwerenda będzie mocniej skomplikowana.

- Następnie musimy przejrzeć "archiwa domowe", czyli świadectwa chrztu, bierzmowania, metryki szkolne, świadectwa pracy, inne dokumenty potwierdzające kwalifikacje zawodowe oraz książeczki wojskowe. Warto tutaj pamiętać, że źródło informacji im bliższe nam - tym pewniejsze.

- Pierwszeństwo należy dać także dokumentom, które - kiedy były tworzone - miały mieć charakter urzędowy. Są one najpewniejszymi informacjami potwierdzonymi w oparciu o inne dokumenty, które być może już dzisiaj nie istnieją. Najmniejszą wagę należy przywiązywać do tradycji rodzinnych w formie podań czy legend - podpowiada dr Tomasz Matuszak.

Kiedy już poznamy nazwiska, warto pamiętać, że wiele z nich jest popularnych. Wtedy wyróżnikiem spośród innych osób będzie imię ojca i najczęściej roczna data urodzenia. Po "przebadaniu" naszych "domowych" archiwów trzeba zastanowić się, na jakim terenie żyli przodkowie. W tym wypadku udajemy się w kierunku trzech instytucji: do Archiwum Państwowego, parafii oraz Urzędu Stanu Cywilnego.

Jak wyjaśnia dr Matuszak - wszystkich osób, które urodziły się do 100 lat wstecz, należy szukać w dokumentach znajdujących się w USC. Kiedy już ustalimy stopnie powinowactwa i pokrewieństwa zachodzące między poszczególnymi członkami rodziny, możemy tworzyć drzewo genealogiczne.

Genealogia - hobby dla ambitnych

Genealogia, mimo że jest dziedziną naukową, może stać się także pasją i hobby. Cóż - trzeba jednak powiedzieć wprost, że jeśli ktoś jest leniwy, to daleko w badaniach nie zajdzie. Trzeba poświęcić wiele czasu (często na podróże) i sporo własnych chęci.

- Ktoś ogląda seriale, ktoś łowi ryby, a mnie pasjonuje genealogia. Jest to hobby, które ma dodatkowy plus - dotyczy mojej rodziny, czyli mojej genetyki, krwi, ludzi, dzięki którym jestem na świecie. I w tym właśnie tkwi istota takich badań. Mój stryj jako młodzieniec rozmawiał ze swoimi babciami, czyli moimi prababciami. Na podstawie tych rozmów sporządził notatki, które po latach "ubrał" w formę drzewa genealogicznego i rozdał nam. Ja stwierdziłem, że można poszukać dalej - mówi Tomek, który genealogią zajmuje się od ponad sześciu lat, a najstarszych przodków odnalazł w pierwszej połowie XVIII wieku.

Inną pasjonatką poszukiwania własnych korzeni jest Marita Kafar, która już jako uczennica szkoły podstawowej interesowała się życiem kulturalnym i społecznym mieszkańców swojego regionu na przełomie XIX/XX wieku.

- Stąd był już tylko krok do zainteresowania szczegółową historią mojej rodziny. Swój pierwszy zeszyt genealogiczny, w którym spisywałam dane dotyczące mych dziadków, pradziadków i ich rodzeństwa, założyłam mniej więcej dziesięć lat temu. Od tej pory sukcesywnie staram się pogłębiać wiedzę na ten temat. Najstarszym przodkiem, którego rok urodzenia znam, jest Gaspard Richard, który przyszedł na świat w 1692 roku, zaś jego rodzicami byli Nicolas i Barbe zd. Masson, którzy ówcześnie mieszkali na terytorium dzisiejszej Francji - podaje Marita.

Bardzo czasochłonne hobby

Dziewczyna dodaje, że wbrew pozorom poszukiwanie przodków nie jest ani tak trudne, ani żmudne, jakby mogło się z początku wydawać. Wszystko zależy jednak, jakie stawiamy wobec siebie oczekiwania i w jakim czasie planujemy je zrealizować.

- Należy wiedzieć, iż to hobby jest bardzo czasochłonne. Niejedną godzinę spędzimy w pracowni naukowej, przeglądając księgi czy mikrofilmy. Niejednokrotnie będziemy zmuszeni do korzystania ze słowników, czasami jeszcze tych z czasów zaborów, gdyż słownictwo znacznie się zmienia. Niekiedy zaś, by rozwikłać frapujące nas zagadki, potrzebna będzie pomoc innych osób.

- Nie ukrywam, że podczas poszukiwań musimy posiadać choćby rozeznanie w przynależności, na przestrzeni wieków, poszczególnych miejscowości do parafii czy gmin, a jeśli już posiadamy taką wiedzę, musimy odnaleźć, w którym archiwum państwowym lub diecezjalnym te akta się znajdują - mówi Marita.

Zdarzyć się może, że szukana miejscowość już nie istnieje. Jednak - jak dodaje Marita - nie jesteśmy wtedy na straconej pozycji, gdyż w Skorowidzu Królestwa Polskiego z 1877 roku, który jest ogólnodostępny w internecie, znajdziemy poszukiwaną miejscowość. Dzięki tej pozycji możemy łatwo odnaleźć parafię, do której przynależała ona w XIX wieku.

Efekty mogą zaskoczyć

- Czasami łatwiej jest wyprowadzić jedną linię przodków do XVI wieku, niż znaleźć wszystkich naszych antenatów do początku XIX wieku - wyjaśnia z kolei Waldemar Fronczak, najwybitniejszy polski genealog-amator, zajmujący się badaniami od około 40 lat.

- Niektóre moje linie kończą się w XVIII wieku, inne sięgają początków XVII wieku. Swoich przodków notuję także w XVI wieku w Dmosinie i Piątku. Gdy badamy rodziny arystokratyczne, to ten wehikuł czasu przenosi nas w naprawdę odległe lata, a to za sprawą koligacji z rodami monarszymi, których genealogie są doskonale znane i udokumentowane, a niektóre nitki prowadzą do cesarzy Bizancjum.

- Tak było w przypadku Beaty Tyszkiewicz. Z terenów najbliższych Piotrkowa Trybunalskiego udało mi się rozwiązać problem tajemnicy herbów z kościoła w Będkowie, co opisałem w roczniku "Gens". Wspomnę także, że dużą pomoc przy gromadzeniu materiałów uzyskałem od Zygmunta Błaszczyka, piotrkowskiego konserwatora zabytków - dodaje Waldemar Fronczak.

Niespodziewane odkrycia

Każdy genealog, nawet amator, staje się pewnego rodzaju odkrywcą. Badania nad ustaleniem własnych przodków są kopalnią ogromnej wiedzy, nie tylko z zakresu genealogii. Śledząc dzieje krewnych, możemy odkryć masę rzeczy związanych na przykład z relacjami między przedstawicielami poszczególnych warstw społecznych, kulturą, obyczajami, itd.

Jak podaje Waldemar Fronczak, w każdej badanej rodzinie napotkał coś, co genealodzy nazywają "trupem w szafie". Jeżeli chodzi o Piotrków, trudno mówić o jakichś spektakularnych odkryciach. Dla historyków rozwiązanie problemu heraldycznego z będkowskiego kościoła jest sporym sukcesem.

- Mówiąc bardziej precyzyjnie, jest to próba rozwiązania tego problemu oparta o mocne przesłanki, ale tak to w tej dziedzinie wygląda. Prowadzę badania nad rodami szlacheckimi herbu Wilczekosy gnieżdżącymi się w okolicach Piotrkowa. Być może uda mi się dołożyć cegiełkę do historii tego herbu - mówi pan Waldemar.

Trzeba się naszukać

Dodaje także, że swego czasu, przeglądając kartoteki Wojewódzkiej Biblioteki w Łodzi, znalazł kilkanaście ksiąg metrykalnych z różnych okresów i różnych miejscowości. Wśród nich była także piotrkowska księga chrztów z początku XVIII wieku.

- Obejmowała ona lata, których nie posiadało ani archiwum państwowe, ani kościelne. To naprawdę duże wydarzenie. Obejmuje ona lata 1701 - 1721 i zawiera 2490 wpisów łacińskich, które odczytał i zindeksował Henryk Mastalerz z Sieradza. Nasze środowisko genealogów amatorów od ponad roku indeksuje zapisy z tych ksiąg i przekazuje gotowe opracowania do biblioteki. Najdłużej trwa praca przy zapisach łacińskich. W niedalekiej przyszłości indeksy ukażą się na stronach biblioteki, co umożliwi szczegółowe zapoznanie się z ich treścią bez potrzeby przyjazdu na miejsce - wyjaśnia Waldemar Fronczak.

Czasem jest śmiesznie, czasem zaskakująco

Ciekawe w genealogicznych poszukiwania wydaje się też to, że można odkryć dużo zarówno kontrowersyjnych, śmiesznych, co zaskakujących czy przygnębiających faktów, których nie niosą ze sobą opowiadania babć i dziadków. Wielu takich odkryć dokonali także Tomek i Marita.

Jak mówi Tomek, ostatnio dowiedział się pewnej rzeczy o jednym ze swoich przodków. Mężczyzna ów, żyjący na początku XX wieku w Polsce, mający żonę i dziecko, wyjechał do Argentyny i do końca życia pisał, że zajmuje się tylko pracą. Odkryciem Tomka jest fakt, iż pan ten był... bigamistą. Bez rozwodu z Polką miał w Argentynie żonę i czworo dzieci.

- Genealogia polegająca tylko na szukaniu dat urodzin, ślubów i zgonów, jest tylko osnową, na której tkamy historię rodziny. Żeby jak najpełniej zanurzyć się w życie naszych przodków, musimy zacząć interesować się też etnografią, architekturą, ekonomią i mnóstwem innych pokrewnych nauk. To jest tak, że ciągle dowiadujemy się czegoś nowego. Czasem są to rzeczy nieprzyjemne i wstydliwe, a czasem miłe i zaskakujące - mówi Tomek.

17-letnia wdowa, ślub niedługo po pogrzebie

Marita przez lata swoich poszukiwań również poznała wiele historii, zarówno zabawnych, jak i intrygujących. Jak sama mówi, większość z nich ukazywała po prostu surową i czasami okrutną stronę życia, niejednokrotnie bardzo różniącą się od realiów dzisiaj nam znanych.

- Na początku poszukiwań bardzo nieprzyjemnie zaskoczona byłam faktem, iż niespełna sto lat temu żałoba po zmarłym małżonku czy małżonce trwała czasami tylko kilka miesięcy, a w niektórych przypadkach tygodni. Natknęłam się na przypadek, gdy wdowiec niecały miesiąc po śmierci swej pierwszej żony ponownie się ożenił, zaś dziecko z tego związku, przyszło na świat raptem po kilku miesiącach.

- Widziałam również akt ślubu, w którym siedemnastoletnia wybranka była już wdową. Zdarzały się również związki, gdzie kobieta liczyła sobie sześćdziesiąt pięć lat, a pan młody jedynie trzydzieści siedem. Jednakże podczas poszukiwań możemy natknąć się także na bardziej dumne i chwalebne czyny naszych przodków. Dla przykładu, miło zaskoczona byłam, gdy z aktu zgonu mojego pradziada dowiedziałam się, iż brał on czynny udział w powstaniu listopadowym, czy też inna część rodziny fundowała renowację kilku zabytków w okolicy - opowiada Marita.

Utrudnienia na drodze poszukiwań

Jak mówi dr Tomasz Matuszak, podczas badań może pojawić się problem z datacją. - W księgach zgonu swego czasu wpisywano dwie daty: albo datę śmierci, albo datę pogrzebu. W przypadku urodzeń zaś - datę urodzenia bądź chrztu, przy czym do chrztu stawiano się z dzieckiem czasami po dwóch latach.

Jeszcze większy problem jest z ludnością żydowską, która w okresie carskim, chcąc uchronić chłopców przed 20-letnią służbą wojskową, rejestrowała ich jako dziewczynki.

W Archiwum Państwowym również możemy napotkać kilka przeszkód. Jedną z nich może być to, że dokumenty powstałe po 1868 roku były sporządzane w języku rosyjskim. Pracownicy archiwum nie mają obowiązku ani uprawnień do tłumaczenia dokumentów, jednak życzliwie w tym pomagają. Trzeba pamiętać, że będą też występowały pisma w języku niemieckim czy łacińskim.

- Czasem poszukiwania są stosunkowo proste. Jeśli jakaś rodzina od setek lat zamieszkiwała niewielki obszar i pracowała na roli, to z odszukaniem przodków nie będzie specjalnych problemów. O wiele więcej wysiłku trzeba poświęcić tym, którzy kiedyś z racji wykonywanego zawodu musieli się przemieszczać z miejsca na miejsce.

- W takiej sytuacji byli na przykład owczarze. Zawierali kontrakty dotyczące wypasu owiec na rok czy dwa, a później zmieniali miejsce pobytu. Przenosili się do innego folwarku, oddalonego nieraz o kilkadziesiąt kilometrów. "Tropienie" takich rodzin, wymaga naprawdę dużej ilości czasu i sporego samozaparcia - wyjaśnia Tomek.

Ciekawa i wciągająca gra z czasem

Marita przyznaje, że miała dużo szczęścia w swoich poszukiwaniach, mimo że rozpoczęła je niestety już po odejściu zdecydowanej większości krewnych, którzy mogliby jej pomóc w uszeregowaniu i umiejscowieniu podstawowych informacji.

- Z tego powodu przez kilka lat przeszukiwałam księgi ludnościowe w poszukiwaniu rodziny mojej prababci, którą w końcu odnalazłam w zupełnie innej parafii, niż początkowo zakładałam. Doświadczenie to nauczyło mnie, iż nie należy zrażać się napotkanymi przeciwnościami losu, lecz uzbroić się w dużą dozę cierpliwości i wytrwale oraz sumiennie, niczym Sherlock Holmes, dążyć do satysfakcjonującego rozwiązania zagadki - przekonuje dziewczyna.

Okazuje się, że genealogia amatorska nie ogranicza się tylko do suchych danych dotyczących dat urodzeń i zgonów. Rozbudza w każdym miłośniku tego hobby naturalne pragnienie poznania życia codziennego jego przodków. Człowiek jest ciekawy już z natury, a genealogia to wciągająca i zaskakująca gra z czasem.

Warto poznawać swoje korzenie, warto odkrywać przodków, o których nikt od lat w rodzinie nie wspominał. Cena za to nie jest wygórowana - głównie nasz czas. A satysfakcja ogromna.

Magdalena Waga

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy