Reklama

Reklama

Czekamy na dziecko

Mają mieszkanie, dobrą prace, szerokie grono przyjaciół, zdrowie i miłość małżeńską. Do szczęścia brakuje im tylko jednego: dziecka, na które czekają już prawie sześć lat.

O tym, jak to jest, kiedy lekarze rozkładają ręce, a telefon z ośrodka adopcyjnego milczy, kiedy kolejna wizyta w gabinecie to rozczarowanie, a znajomi powiększają swoje rodziny - opowiadają Dagmara i Marek z Piotrkowa.

Reklama

Od ślubu Dagmary i Marka minęło już 5,5 roku. Od zawsze chcieli mieć dzieci. Zaplanowali, że będzie to córeczka i synek. Mimo wielu starań i codziennej walki o zatrzymanie nadziei dziecięcy pokoik stoi pusty.

- Umeblowaliśmy go, ale tylko wirtualnie, bo nie chcemy zapeszać - mówi Marek.

Nie było momentu, kiedy lekarz stwierdził bezpłodność. To nie był "grom z jasnego nieba", jak to bywa w wielu przypadkach.

- Nie było takiego dnia, kiedy dowiedzieliśmy się, że nie możemy mieć dzieci. Nie jesteśmy zdiagnozowani. Po wielu wizytach u specjalistów dowiedzieliśmy się, że u nas nie ma żadnej przyczyny, która by wykluczała posiadanie dzieci. Generalnie wszystkie badania przechodzimy pozytywnie, wszystko jest dobrze, ale mimo to lekarze nie są w stanie stwierdzić, dlaczego nie możemy zostać rodzicami - mówi Dagmara.

- Żona i ja przechodziliśmy badania kompleksowe i wszystko jest w porządku. Leczyliśmy się u specjalistów, ale diagnozy i tak nie ma - dodaje Marek.

Nie kupujemy dziecięcych ubranek

Mimo wielu niespełnionych nadziei, rozczarowań, długich miesięcy i lat, które są jednym wielkim oczekiwaniem, Dagmara i Marek zachowują zdrowy dystans. Nie kupują dziecięcych ubranek, nie urządzają pokoiku. Mimo wielu ciężkich chwil, jakie razem przeszli, potrafią cieszyć się z małych rzeczy. Mają w sobie tyle optymizmu, że zarażają nim innych.

- Z czasem jakoś się uodporniliśmy na te złe informacje. Co miesiąc bywaliśmy u lekarzy, pojawiała się nadzieja, kolejny sposób, kolejne badania. Rozbudzone nadzieje, radość a potem kolejny miesiąc, drugi, trzeci i nic. Łzy. Później zaczęliśmy się na to uodparniać, podchodzić do tego z dystansem, oczywiście na tyle, ile można. To bardzo trudne, kiedy nasze starania ciągle są nieudane, a nasi znajomi zostają rodzicami - mówi Dagmara.

- Przyznaję, że mimo wielkiego optymizmu, jaki posiadamy, nieraz jesteśmy w dołku, ale pniemy się do góry i tak ciągle. Kiedy jest nam źle, sami musimy się pocieszać i w tym wszystkim dobre jest to, że mamy siebie. To jest dla nas najcenniejsze. Sami musimy się trzymać, bo choćby inni bardzo chcieli, nie są w stanie w stu procentach nas zrozumieć ani nam pomóc. Sami musimy się z tym zmagać - dodaje Marek.

- To prawda. Jednak nie załamujemy się. Trzeba żyć dalej i myślę, że nie grozi nam depresja ani załamanie nerwowe. Wiadomo, są łzy, jest smutek, ale żyjemy dalej i ciągle mamy nadzieję - mówi żona Marka.

- Absolutnie nigdy nie dopuszczaliśmy do takiej sytuacji, żeby gromadzić ubranka czy akcesoria dla dziecka. Wręcz przeciwnie. Raz nawet była sytuacja, że pojawiły się większe nadzieje i mówiłam wtedy do Marka: "Pomalujmy chociaż pokój dla dziecka". Marek odpowiedział: "Nie, dopóki nie będzie wiadomo na sto procent, to nie róbmy takich rzeczy". Rzeczywiście, teraz myślę, że takie zachowania mogą człowieka wprowadzić chyba w depresję i sprawiać jeszcze większy ból. Otwieram szafkę, patrzę na te ubranka, zabawki i po co mi to. Ja nie mam dziecka i może zdarzyć się taka sytuacja, że nigdy w życiu nie będę miała - mówi Dagmara.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy