Reklama

Reklama

Chora i samotna walczy z lokatorem

"Najemca ma obowiązek do płacenia czynszu, zachowania ciszy i porządku, dbania o wynajmowany lokal i przyległe otoczenie". Oto fragment umowy zawartej w 1995 roku między panią Mieczysławą a panią Iwona i jej rodziną.

Szybko okazało się, że żaden z warunków umowy nie został spełniony przez lokatorów. Mimo że umowa wynajmu wygasła rok później, pani Mieczysława nadal "gości" w swoim domu część rodziny pani Iwony. Historia, jakich wiele. Różnica polega na tym, że samotność, choroba i brak możliwości poruszania się nie dają właścicielce możliwości wymeldowania niechcianych lokatorów. Gdyby tego było mało, pani Mieczysława żyje w ciągłym strachu, że zostanie napadnięta lub spalona - jak groził jej jeden z lokatorów. Czy może liczyć na pomoc władz gminy, w której mieszka?

Reklama

Lokator nie do zniesienia

- Bardzo boję się zimy - mówi pani Mieczysława. - Mój niechciany lokator kilka dni temu wybił szybę w oknie w zamieszkanej przez niego części domu. Boje się, że jak będzie silniejszy wiatr, to zniszczy mi dach. Słyszałam straszne hałasy za ścianą (przewracane przedmioty i meble). Mój lokator otwiera drzwi, kopiąc w nie. Od kopnięć całe są zniszczone - opowiada pani Mieczysława.

Awantury, libacje alkoholowe, sprowadzanie kolegów, niszczenie domu, groźby spalenia kierowane do chorej kobiety i zamykanie jej w ganku, kiedy z trudem - używając kul - chce zamknąć okna w domu w obawie przed burzą. Tak wygląda codzienność w domu pani Mieczysławy. Kobiety, która od czterdziestu lat jest chora. Przeżyła dwa wylewy. Od 14 lat mieszka zupełnie sama. Mimo trudności z poruszaniem się, nigdy się nie poddaje. Dużo czyta i mimo tragicznych przeżyć zachowała nieco poczucia humoru. Chociaż od dawna do śmiechu jej nie jest. Również z powodu niechcianych lokatorów.

- W 1995 roku podpisałam umowę na rok z panią Iwoną, która mieszkała tu z kilkorgiem swoich dzieci. Kiedy umowa wygasła, oni nic sobie z tego nie robili i mieszkali dalej. Nie mogłam ich wymeldować, bo oni fizycznie tam mieszkali i mieli tam swoje rzeczy osobiste. Nie płacili mi czynszu, mimo że wynosił on tylko 20 zł. Przed Wielkanocą pani Iwona razem z kilkorgiem dzieci wyprowadziła się z mojego domu. Nie było jej, więc złożyłam wniosek do Urzędu Gminy w Rozprzy o wymeldowanie tych osób. Niestety w części przez nich zamieszkanej zostało jeszcze dwóch synów pani Iwony. I właśnie na tym polega mój problem. Nie płacą czynszu od trzech lat, mają niezapłacone rachunki za media. Teraz słyszę, że został z nich tylko jeden. Ten najgorszy z nich wszystkich. Boję się go. Kiedy tylko mnie zobaczy, ubliża mi, bo wie, że nie chcę, by tu mieszkał. Grozi mi, że i tak mnie spali. Jego brat, kiedy jeszcze tutaj mieszkał, zamknął mnie pewnego razu w moim ganku i pastwił się nade mną. Wyzywał. Z wielkim trudem wyszłam latem na podwórko, bo widziałam, że zbliża się burza. Chciałam pozamykać okna, by wiatr ich nie wybił. Jeden z tych lokatorów, korzystając z okazji, zamknął mnie. Po pewnym czasie uratowała mnie sąsiadka. Długo nie mogłam dojść do siebie. Cały czas żyję w strachu. Nie zaczepiam go przecież, nawet nie rozmawiam, bo po co mam wdawać się w rozmowy na takim poziomie - opowiada pani Mieczysława.

Nie poddaje się

Mimo swojej trudnej sytuacji pani Mieczysława nie pozostaje bierna. Ma poważne problemy z chodzeniem i jest zupełnie sama, a jednak nie poddaje się. Przychodzi do niej kobieta z opieki społecznej w Rozprzy i pomaga. Dzięki temu w jej domu jest schludnie i czysto. Dużo czyta. Również o tym, jakie ma prawa i jakie szanse pozbycia się niebezpiecznego lokatora.

- W maju 2009 roku wpłynął do Urzędu Gminy wniosek o wymeldowanie całej rodziny, która wynajmowała część domu pani Mieczysławy. Po przeprowadzeniu postępowania została wydana decyzja o wymeldowaniu Karola, Iwony Karoliny, Radosława i Krzysztofa. Oni nie przebywali tam od jakiegoś czasu. Wszystko odbyło się zgodnie z przepisami. Został tam jednak Jacek i Piotr i fizycznie tych ludzi nie możemy wymeldować. Dobrze znamy panią Mieczysławę. To spokojna, schorowana kobieta. Dlatego chcieliśmy jej pomóc na tyle, na ile jesteśmy w stanie. Została poinformowana, co jeszcze powinna w tej sprawie zrobić. Wiem, że sporządziła wniosek (lub kogoś o to poprosiła) i chce wystąpić o eksmisję tych dwóch osób. Jeśli będzie decyzja o eksmisji, my w trybie natychmiastowym wydamy decyzję o wymeldowaniu tych osób. Właściciel przecież ma prawo eksmitować lokatora, jeśli ten jest uciążliwy. A wiemy doskonale, że ten niechciany lokator, ten chłopak jest bardzo uciążliwy. Nie ma w Rozprzy dobrej opinii. Poza tym lokatorzy muszą zwrócić jej za latami niepłacony czynsz. Pani Mieczysława powinna być konsekwentna. Załatwić tę sprawę i żyć w spokoju - tłumaczy Ewa Ziemba, inspektor do spraw ewidencji ludności w Urzędzie Gminy w Rozprzy.

Problem jest zdrowie

Pani Mieczysława ma w sobie konsekwencję i jak nikt pragnie spokoju i bezpieczeństwa. Ale pojawia się prozaiczny problem, o którym zdrowym łatwo zapomnieć. Wniosek i sprawa w sądzie wiąże się nierozerwalnie z kilkunastokilometrowym przemieszczaniem się, co w jej przypadku jest zupełnie niemożliwe. Jest zupełnie sama. Nie ma już rodziny (duża część nie żyje, pozostała jest równie schorowana i mieszka kilkaset kilometrów stąd), nie ma znajomych. Od kilkunastu lat zdana jest tylko na siebie i na fizyczną pomoc opieki społecznej. Rzecz jasna, nie ma samochodu, nie ma nikogo, kto fizycznie i w przenośni poprowadziłby ją za rękę.

- Ostatnio próbowałam chodzić po domu. Upadłam i złamałam rękę. Zabrało mnie pogotowie. Niestety mam trudności z wejściem do auta. Moje nogi już nie chcą mnie słuchać. Nie mam jak jechać do sądu, by załatwić tę sprawę. Wejść samodzielnie po schodach, to dla mnie rzecz niemożliwa - mówi pani Mieczysława.

Wójt gminy Rozprza, po zapoznaniu się z sytuacją mieszkanki swojej gminy, zadeklarował pomoc. Mimo że tę formalną już otrzymała, to okazało się, że może również liczyć na tę ludzką.

- Jeżeli pani Mieczysława zdecyduje się na sprawę o eksmisję, to będzie mogła liczyć na moją pomoc. Wystarczy jeden telefon z jej strony i zorganizuję transport oraz pomoc przy poruszaniu się - deklaruje Ryszard Witek, wójt gminy Rozprza.

Jest szansa na sukces

Pani Mieczysława, po usłyszeniu tych słów, dostaje "skrzydeł". Chyba zobaczyła iskierkę nadziei na polepszenie swojej sytuacji.

- Cieszę się z tego powodu. Muszę tylko dowiedzieć się jeszcze, jakie są koszty takiego przedsięwzięcia. Słyszałam, że za złożenie wniosku muszę zapłacić 200 zł. Muszę chwilę poczekać, bo przy mojej rencie to duża suma. Mój miesięczny dochód to 800 zł. Około stu złotych kosztuje mnie opiekunka z opieki społecznej. Dwieście wydaję na leki. Do tego dochodzą opłaty i na życie zostaje mi czasem 400, czasem 300 zł. Nie dostaję za czynsz ani złotówki. Poza tym obok wynajmuję cześć domu rodzinie z małym dzieckiem. Od nich nie śmiałabym wziąć ani grosza. Tomek jest dla mnie taki dobry. Pomaga mi, jeśli coś dzieje się z domem, naprawia. To bardzo dobry chłopak. Jestem mu bardzo wdzięczna - mówi pani Mieczysława.

Pan Tomek potwierdza zdanie pani Mieczysławy na temat niechcianego lokatora.

- Swego czasu były tu takie hałasy i libacje, że z żoną i nowo narodzonym dzieckiem musieliśmy zrezygnować z tego lokum i wyprowadzić się do rodziców. Sytuacja była nie do zniesienia Teraz, gdy dziecko podrosło i jeden z hałaśliwych lokatorów wyniósł się (lub może tylko wyjechał na jakiś czas), wróciliśmy tu z powrotem - mówi pan Tomek.

Okazuje się, że rozwiązanie problemu pani Mieczysławy teoretycznie nie jest skomplikowane. Dla osób zdrowych to żaden problem, ale dla schorowanej kobiety? A wystarczyłoby trochę empatii i drobny gest, by jej pomóc. To nie kosztuje zbyt wiele.

Ewa Tarnowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje