Jednak podróże kształcą i w tym roku trafiłem na dwie wystawy indywidualne brytyjskiej malarki Jenny Saville: "Gaze" (czyli "spojrzenie") w Albertinie w Wiedniu i "The anatomy of painting" ("anatomia obrazu/malarstwa") w National Portrait Gallery w Londynie (wystawa czynna do 7 września br.). Obie udowadniają, że wielcy mistrzowie wciąż żyją, malują i wystawiają, tylko niestety nie u nas.
Dialog z przeszłymi mistrzami
Pierwsze wrażenie jest takie, że Jenny Saville maluje swoje ciało tak jak Francis Bacon malował papieża Inocentego X - z niebywałym okrucieństwem. Bacon maluje powidok upiora, kogoś, kto kurczowo trzyma się życia i tronu, przerażony nadchodzącą śmiercią.
Wczesne autoportrety Jenny Saville, pochodzące z lat 90., deformują jej ciało, wówczas młodej, dwudziestoparoletniej kobiety, jakby śmierć była tuż-tuż, a ciało było przejrzałym owocem, w którym skóra zaraz pęknie i nadpsute mięso wydostanie się na zewnątrz.
Malarka traktuje bowiem swoje ciało tak, jak Chaim Soutine traktował psujące się mięso sto lat wcześniej, wywołując nie lada skandal. Czy Jenny Saville też chodzi głównie o skandal? Absolutnie nie. Obrazy są pełne siły, a rewelacyjnie malowane oczy są dumne, zawadiackie, jakby mówiły: "taka jestem i co z tego?".

Oglądając obrazy Saville, szybko dostrzegasz, że są one malowane w dialogu z przeszłymi mistrzami, ale nie w dialogu pełnym naśladownictwa, lecz w przekonaniu, że dzięki temu można powiedzieć coś nowego.
Z tradycją wielkich portrecistów Jenny Saville łączy inną tradycję - abstrakcyjnego ekspresjonizmu Jacksona Pollocka i przede wszystkim Willema de Kooninga.
Jej portrety i autoportrety pełne są pociągnięć pędzlem, które wydają się z zupełnie innej bajki. Jaskrawych linii pozornie niemających nic wspólnego z portretowaną osobą, a jednak nadającym obrazowi ekspresji, uczucie niepokoju, ulotności i zagrożenia.
Odpowiednia odległość
Osobnym wątkiem tego malarstwa jest deformacja ciała wynikająca z krzywdy - wyrządzanej samemu sobie jak w wypadku operacji plastycznych bądź przemocy. Niektóre obrazy przypominają ofiary pobicia, na innych deformacje ciała są sposobem podkreślenia zderzenia delikatności osobowości z materią rzeczywistości.
Każdy portret jest osobnym studium tajemnicy, czegoś równie ważnego co ulotnego, niepowtarzalnego jak chwila, w której spoglądamy na jej obraz po raz pierwszy, na równi zszokowani i zachwyceni.

Oprócz inspiracji oczywistych takich jak Rembrandt, Tycjan, Soutine, Bacon, De Kooning czy Lucien Freud jest jeszcze jedno pokrewieństwo mniej oczywiste - to Paul Cezanne. Z Cezanne'em łączą Jenny Saville dwie istotne cechy.
Pierwsza to fakt, że jej obrazy, tak jak obrazy Cezanne'a, wymagają pewnej odległości, by je zobaczyć w całej ekspresji. Cezanne bardzo restrykcyjnie projektował punkt, w którym jego późne obrazy, zwłaszcza pejzaże, nabierały głębi i życia. Obraz oglądany z bliska jest czymś innym niż z odpowiedniej odległości, przy czym ta odpowiednia odległość zależy od wzroku widza i może być zupełnie inna u dwóch różnych osób. Jest jednak punkt, w którym nie liczy się już szczegół, piękny detal, lecz całość.
Ale Cezanne'a warto oglądać także z bliska - jest wtedy obrazem niemalże abstrakcyjnym, feerią barwnych plam, których znaczenie bardziej przeczuwamy niż widzimy. To bowiem wymaga oddalenia i wymuszonej odległością utraty skupienia na szczególe. Z malarstwem Saville jest podobnie - oglądane z bliska są inną opowieścią, opowieścią o zdziwionych własnym sąsiedztwem kolorach, o zamaszystej technice grubo kładzionej farby, dziwnych pejzażach ukrytych a to na dole obrazu, w okolicach szyi, a to we włosach portretowanego.
Z właściwej odległości uzyskujemy zupełnie co innego: wgląd w osobowość, niepowtarzalne zderzenie z emocją bohatera.
Potrzebujemy takiej wystawy
Osobną opowieścią są oczy bohaterek i bohaterów malowanych przez Jenny Saville. Złapałem się na tym, że właściwie przed każdym obrazem robię serię osobnych zdjęć oczom i ich źrenicom.
Jest w tych detalach całe mistrzostwo techniki malarskiej Jenny Saville. Na zdrowy rozum efekt emocjonalny zawarty w spojrzeniu nijak nie wynika z tego zaskakującego łączenia kolorów, plam i kreski oglądanych z bliska. A jednak w odpowiednim oddaleniu ta abstrakcyjna mozaika zaczyna żyć i przekazywać emocje. Jest to umiejętność dostępna tylko największym, do których z pewnością należy Jenny Saville.
Z Cezanne'em łączy ją jeszcze jedno. W ich obrazach są ukryte inne obrazy. Wiele fragmentów odpowiednio skadrowanych i powiększonych byłoby wspaniałymi obrazami, godnymi oprawienia i powieszenia w najlepszych muzeach. Tych ukrytych arcydzieł nie można zobaczyć na reprodukcjach.
Zdjęcia całego obrazu ukrywają fakturę, grę kolorów, w oczywisty sposób wybierają jedną, zazwyczaj odległą perspektywę, gdy w rzeczywistości to najlepsze malarstwo zmusza nas do ruchu, do obserwacji, jak obraz zmienia się, gdy się do niego przybliżamy bądź oddalamy. Na zdjęciu możemy obraz obejrzeć, wejść w dialog i przeżyć - można jedynie na żywo.
Reprodukcje także przekłamują obrazy w innym aspekcie - kolorystyki. Wiele lat temu, na wielkiej retrospektywie Francisa Bacona w Paryżu, chciałem kupić album z jego obrazami. W żadnym nie odnalazłem jednak tego fioletu, który zrobił na mnie takie wrażenie w portrecie papieża Innocentego X. W efekcie nie kupiłem żadnego albumu, choć sklep muzealny oferował ich wiele. Za to ponownie kupiłem bilet na wystawę, by skłamane kolory albumów nie zakłóciły mi wspomnienia z prawdziwego przeżycia.
I dlatego pilnie potrzebujemy w Polsce dużej wystawy obrazów Jenny Saville, malarki niezwykłej i niepowtarzalnej, przywracającej wiarę, że nawet w naszych chaotycznych i efekciarskich czasach wielka sztuka ciągle powstaje i ciągle zaprasza do prawdziwych przeżyć i dialogu. Polska publiczność zasługuje na poważne potraktowanie, a nie tylko pseudonowoczesną hucpę. Potrzebujemy więc wystawy obrazów Jenny Saville.
Maciej Strzembosz
















