Reklama

Świecie: Wstrząsające wiadomości do dzieci. Podejrzany 52-latek na wolności

Dariusz K. miał wysyłać nieletnim treści pornograficzne, zoofilskie, sceny seksu z torturami oraz obsceniczne zdjęcia defekacji. Wpadł dzięki "wabikom" aktywistów, którzy śledzą działalność pedofilską w sieci. Został zatrzymany, śledczy zabezpieczyli jego urządzenia, w tym karty SIM. Po przesłuchaniu usłyszał zarzut i zastosowano dozór policyjny. Mężczyzna wrócił do domu. Jak dowiedziała się Interia, trzy dni później nabył kilkanaście nowych kart do telefonów.

"Skąd masz film, na którym jest seks z koniem?" - to jedno z pytań, jakie usłyszał 52-letni Dariusz K. w sobotę 14 stycznia. W Świeciu w województwie kujawsko-pomorskim trafili na niego aktywiści fundacji Dzieciak w Sieci, którzy śledzą aktywność pedofilską w internecie.

- Ludzie, chorzy jesteście teraz. Albo ja jestem pier***ty i do szpitala wieźć. Na to wychodzi, że chcecie ze mnie zrobić głupiego - odpowiada K.

Wolontariusze zainteresowali się aktywnością mężczyzny, kiedy zaczął wysyłać treści pedofilskie w wiadomościach do - jak sądził - kilkunastoletnich dziewczynek. W rzeczywistości komunikował się z tzw. wabikami - fałszywymi kontami małoletnich, które prowadzą aktywiści fundacji. Celem takiej działalności jest wychwytywanie treści pedofilskich.

Reklama

K. w rozmowie z wolontariuszami przyznaje, że korzysta z trzech kont w serwisie Facebook. Według fundacji, mężczyzna posiada 23 profile. Jego zdaniem ktoś się pod niego podszywa, kopiując zdjęcia i dane z jego profili. Aktywiści zwracają uwagę, że konta wzajemnie lajkują swoje posty.

Zapytany o pisanie do nieletnich, K. odpowiada, że "pierwsze słyszy" i "nie pisał nic". Chwilę później mówi, że nie wiedział, ile dziewczynki mają lat.

Następnie wolontariusze pokazują mężczyźnie wydrukowane kopie czatów, gdzie "wabiki" wskazywały, że są w wieku 11 i 12 lat. K. nie odpowiada.

Zapytany o widomości z filmami erotycznymi, twierdzi, że "dziewczyny same mu przysyłają pornosy".

Zoofilia, tortury i defekacja w wiadomościach

O szczegółach wyśledzenia aktywności K. opowiada Interii jeden z aktywistów fundacji. Wolontariusze, ze względu na rodzaj swojej działalności, proszą o anonimowość. Nasz rozmówca występuje pod pseudonimem Skandynaff Hunter. Opowiada o funkcjonowaniu wabików, które służą wykrywaniu pedofilów w internecie.

- Wabik nigdy nie zaczyna pierwszy rozmowy, nie zaczepi, nie sprowokuje, ponieważ prowokacja, podżeganie, w Polsce są karalne - zaznacza. Podkreśla, że to K. nawiązał kontakt.

- Na początku było tradycyjnie jakieś "cześć", "witaj". Dostał informację, gdyby nie mógł sam tego znaleźć w profilu, ile dziecko ma lat. Generalnie pan wysyłał mało treści. Interesowało go pismo obrazkowe. W trzeciej lub czwartej wiadomości wysyłał zdjęcia pornograficzne. Najbardziej interesowało go, czy dziewczynki mają włosy w okolicach dróg rodnych i czy miały już pierwszą miesiączkę - mówi nasz rozmówca.

Pytamy o treści, jakie miał wysyłać K. - Zoofilia, seks, tortury i poleciał film prawdopodobnie z pornografią dziecięcą. Dorosłym osobom, które stoją za kontami wabików, trudno ocenić czy dziecko na nagraniu ma 13, czy 16 lat, ale ten ostatni film był impulsem dla fundacji do działania - podkreśla. Adres mężczyzny wolontariusze znaleźli na jednym z jego profili.

W rozmowie z K., którą fundacja upubliczniła w sieci, pojawia się też kwestia zdjęcia, na którym mężczyzna miał się defekować kobiecie na twarz. K. potwierdza, że wie, o jakie zdjęcie chodzi. Następnie dodaje, że "to jakaś pomyłka", a zdjęcie można "z konta na konto przełożyć".

Świecie: Podejrzany z policyjnym dozorem

Wolontariusze o sprawie powiadomili policję. Tego samego dnia funkcjonariusze zatrzymali mężczyznę i zabezpieczyli urządzenia elektroniczne w jego domu. Dzień później K. został przesłuchany przez prokuraturę i zwolniony do domu. Zastosowano środek zapobiegawczy w postaci dozoru policyjnego.

Jednocześnie Dariusz K. usłyszał zarzut z art. 200 par. 3 Kodeksu karnego, dotyczącego seksualnego wykorzystania małoletniego. "Kto małoletniemu poniżej lat 15 prezentuje treści pornograficzne lub udostępnia mu przedmioty mające taki charakter albo rozpowszechnia treści pornograficzne w sposób umożliwiający takiemu małoletniemu zapoznanie się z nimi, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3" - głosi treść przepisu.

Zdaniem fundacji Dzieciak w Sieci środek zapobiegawczy, na który zdecydowała się prokuratura, jest niewystarczający. Wolontariusze uważają też, że klasyfikacja czynów K. powinna zostać rozszerzona o art. 202 Kodeksu karnego, który dotyczy publicznego prezentowania treści pornograficznych w taki sposób, że "może to narzucić ich odbiór osobie, która tego sobie nie życzy". Zapewniają, że przekazali prokuraturze nośnik, gdzie znajdują się materiały wysyłane przez mężczyznę.

Aktywiści: K. jest po prostu kłamcą

Mężczyzna w nagraniu tłumaczy się pokrętnie, zmienia zdanie. Zaprzecza jednak, że wysyłał treści pornograficzne do dzieci oraz że miał dostęp do treści zoofilskich i filmów ze scenami tortur podczas stosunku seksualnego.

- K. jest po prostu kłamcą - uważa Skandynaff Hunter. Jako przykład sytuacji, która podważa wiarygodność podejrzanego o wykorzystanie seksualne małoletnich, przytacza historię zdjęcia, jakie można znaleźć na jednym z profili K.

Na fotografii mężczyzna trzyma na kolanach dziewczynkę. Jego ręka spoczywa po wewnętrznej stronie uda dziecka. Aktywiści fundacji obawiali się, że dziecko jest realnie zagrożone. Zapytali o zdjęcie K. Odparł, że to jego córka i że w momencie wykonania fotografii miała 15 lat.

Tymczasem po upublicznieniu sprawy do fundacji odezwała się matka dziewczynki. - To nie jest jego córka. Matka przekazała nam, że K. był jej znajomym. Nie wiedziała, jakie on ma skłonności. Zrobił sobie dwa zdjęcia z tą dziewczynką. Upublicznia je, mimo że one wielokrotnie prosiły, żeby tego nie robił - wyjaśnia rozmówca Interii.

K. miał umieszczać zdjęcie w sieci od dwóch lat. Było dostępne w postach publicznych. W konsekwencji dziewczynka - dziś nastolatka, stała się obiektem szykan ze strony rówieśników.

Spraw mogło być więcej

Aktywiści fundacji podkreślają, że K. "buszował po sieci". Odnaleźliśmy część jego profili w mediach społecznościowych. Choć mężczyzna na duszę towarzystwa nie wygląda, niektóre profile mają po kilkaset, inne nawet kilka tysięcy znajomych, co sugeruje, że osoba odpowiedzialna za profile masowo zapraszała nowe osoby do sieci kontaktów.

- Facebook automatycznie blokuje konta, jeśli pojawia się film z pornografią dziecięcą. Dlatego potrzebował tylu kont. To, że on ma dozór policyjny - dobrze, zgłosi się, ale to go nie powstrzyma. Internet ma w domu. Co to za problem kupić kartę, kupić telefon i założyć jeszcze jedno konto - mówi nam Skandynaff Hunter.

Wspomina też o kolejnych sprawach związanych z K. Kiedy zatrzymanie wyszło na jaw, do fundacji zgłosiło się kilka dziś - już dorosłych - kobiet.

K. w rozmowie z aktywistami sam przyznał, że w przeszłości, "za kradzieże" przebywał w zakładzie karnym w Sztumie. W tym czasie miał pisać listy do małoletniej. - Nie były tak wulgarne, ale w wiadomościach do dziecka w wieku 12-13 lat poruszał sferę intymną - zaznacza nasz rozmówca z fundacji.

- Druga z pań czuje się skrzywdzona, uważa, że ma wypaczoną psychikę przez niego. K. miał dotykać ją w niestosowny sposób i kraść jej bieliznę - dodaje.

- Prosimy osoby, które były pokrzywdzone, żeby zgłaszały sprawy i składały zeznania w prokuraturze - podkreśla Skandynaff Hunter.

Prokurator: Daru jasnowidzenia nie mam

W rozmowie z Interią Janusz Borucki z Prokuratury Rejonowej w Świeciu przekazał, że postępowanie ws. Dariusza K. jest na wstępnym etapie. Podkreślił, że mężczyzna usłyszał taki zarzut, na jaki pozwalał materiał dowodowy zebrany w sobotę 14 stycznia.

Wymienił też zabezpieczone przedmioty. - Dwa czy trzy telefony, telefon stacjonarny, tablet i ponad 120 płyt. Jest co robić, przejrzeć, zobaczyć. Dopiero wtedy będzie można mówić, jakie zarzuty tak naprawdę zostaną przedstawione - mówi nam prokurator Borucki i dodaje, że kwalifikacja czynu może ulec zmianie.

Zapytaliśmy o wątpliwości aktywistów co do rodzaju środka zapobiegawczego. Ich zdaniem wybrane rozwiązanie nie uniemożliwia K. dalszego popełniania przestępstw. Dopytujemy, czy w tej sytuacji nie jest zasadny wniosek do sądu o tymczasowe aresztowanie.

- Wie pan, pana ocena jest inna, moja też jest inna. Ja mam jeszcze coś takiego jak Kodeks postępowania karnego. Tam są przesłanki określone do tego, kiedy taki środek można stosować - odpowiada prokurator Borucki.

- Zatrzymaliśmy mu wszystkie środki służące do elektronicznej komunikacji. Być może kupi sobie nowe, ja tego nie umiem powiedzieć. Nie powinien tego robić - mówi dalej.

W par. 1 art. 258 Kodeksu postępowania karnego stwierdza się, iż "tymczasowe aresztowanie i pozostałe środki zapobiegawcze można stosować, jeżeli zachodzi:

  • uzasadniona obawa ucieczki lub ukrycia się oskarżonego, zwłaszcza wtedy, gdy nie można ustalić jego tożsamości albo nie ma on w kraju stałego miejsca pobytu;
  • uzasadniona obawa, że oskarżony będzie nakłaniał do składania fałszywych zeznań lub wyjaśnień albo w inny bezprawny sposób utrudniał postępowanie karne".

- Daru jasnowidzenia nie mam - zaznacza prokurator. - A to nie jest ktoś, kto się ukrywa. Gdyby się ukrywał, to przecież osoby z fundacji by go nie złapały. Ale skoro pan podaje w swoich profilach imię i nazwisko, miejsce zamieszkania, swoje zdjęcie, to trudno chyba nie było - tłumaczy prokurator, wskazując na przesłanki w Kodeksie postępowania karnego.

Ewentualne dalsze kroki w sprawie K. prokuratura podejmie po dokładnym zapoznaniu się z materiałem dowodowym.

Tymczasem jak ustaliliśmy nieoficjalnie, w środę 18 stycznia K. w jednym ze sklepów w Świeciu nabył kilkanaście kolejnych kart SIM.

Czytaj też:

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy