Reklama

Reklama

"Zbrodnie Prawie Doskonałe". Najmroczniejsze scenariusze pisze życie

Lubisz czytać kryminały? To tak jak jeden z policjantów z Archiwum X. W nich prawda zawsze wychodzi na jaw, policjanci wygrywają, a sprawiedliwości staje się zadość. Ale w prawdziwym życiu nie zawsze tak bywa.

Krakowska sprawa "skóry", bestialskie morderstwo premiera Jaroszewicza, dziwne "samobójstwo" młodej dziewczyny w Łodzi - te i inne sprawy łączy jedno: ofiarom w brutalny sposób odebrano życie, a sprawcy długo pozostawali lub nadal pozostają nieuchwytni. Gdy działania policji, prokuratury i sądów zawodzą, policjanci z Archiwum X, tajnych zespołów do spraw niewykrytych zabójstw, są dla rodzin ofiar ostatnią nadzieją.

Reporterka Iza Michalewicz jako pierwsza dotarła do akt sądowych, zyskała zaufanie policjantów, świadków i rodzin ofiar. W trzymających w napięciu reportażach, z niezwykłą dbałością o szczegóły, opisuje zbrodnie (prawie) doskonałe. Ujawnia motywacje i metody działania morderców, przybliża sylwetki tych, którzy ich ścigają. I uparcie szuka odpowiedzi na dręczące ją pytanie: czy to możliwe, że o naszym życiu i śmierci, zbrodni i karze nieraz decyduje zwykły przypadek?

Iza Michalewicz - uznana reporterka, laureatka nagrody Grand Press i finalistka Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Autorka zbioru reportaży Życie to za mało. Notatki o stracie i poszukiwaniu nadziei oraz książki Rozpoznani o rozpoznanych na kadrach powstańczej kroniki filmowej uczestnikach powstania warszawskiego. Współautorka bestsellerowej biografii Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia.

Reklama

Dla naszych internautów wraz z wydawnictwem Znak przygotowaliśmy kilka egzemplarzy książki. Aby zdobyć jeden z nich, wystarczy zmierzyć się z przedstawionym poniżej zadaniem konkursowym.

Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki "Zbrodnie prawie doskonałe".

FRAGMENT KSIĄŻKI:

"PROLOG

Mężczyzna jest średniego wzrostu. Krępy, potężnie zbudowany. Jego głowa dość głęboko zanurza się w szerokich, muskularnych ramionach. Kiedy policjanci zakutani w kominiarki prowadzą go w kajdankach, ma na sobie szary więzienny dres, pod którym rysuje się napakowana hantlami klatka piersiowa. To Robert J. 52 lata, ostrzyżone na jeża włosy i dołek w szerokiej, mocno zarysowanej brodzie. Jest jesień 2017 roku. Media czekały na niego 19 lat. Czekali śledczy, wymiar sprawiedliwości. Czekała też matka zamordowanej w Krakowie studentki religioznawstwa, Katarzyny Zowady. Od 4 października ten syn krakowskiego poety i malarza jest podejrzany, że pod koniec 1998 roku zwabił Kasię do podkrakowskiego domu, tam zabił i zdjął z niej skórę. W styczniu 1999 roku z Wisły wyłowiła ją załoga rzecznego statku "Łoś".

Po tym, jak zyskał twarz i własną historię, media okrzyknęły go makabrycznie "Kuśnierzem".

Kiedy zaczynałam pracę nad tą książką, sprawa Skóry, bo taki przybrała na lata nieformalny kryptonim, wciąż była jedną z najbardziej drastycznych i tajemniczych spraw, z jakimi dotychczas mierzyły się polskie organa ścigania.

 - Nie byłoby Archiwum X, gdyby nie to zabójstwo - usłyszałam od Bogdana Michalca, jednego z najciekawszych policjantów, z którymi przyszło mi zetknąć się podczas pracy nad tą mroczną opowieścią. Był rok 2015. Szef krakowskiej specgrupy, która rozwiązuje nierozszyfrowane dotąd zbrodnie sprzed lat, sprawiał wrażenie bezsilnego, choć nigdy się do końca nie poddał.

Dwa lata później, po tym jak napisałam już ostatnie zdanie historii o policjantach, dla których skrzywdzony człowiek jest ważniejszy niż paragrafy i kariera, sprawa Skóry nabrała zawrotnego tempa. Robert J. okazał się trudnym przeciwnikiem. Żył niczym pustelnik. Nie było go w mediach społecznościowych, nie korzystał z telefonu ani internetu. Rzadko wychodził z domu. Żeby doprowadzić do jego zatrzymania, trzeba było wielkiej determinacji, najnowszej techniki kryminalistycznej, ale również informacji, które przypuszczalnie nigdy nie wyjdą na światło dzienne.

Tajemnica ciągnie niczym przepaść. Jest nieodłączną częścią naszego życia. Tak samo bywa ze zbrodnią, która czasem uzurpuje sobie prawo do bycia doskonałą. Potrafi gwałtownie zmienić los człowieka, nie oszczędzając ani rodziny ofiary, ani zabójcy. Ten ostatni zakłada wiele masek, dlatego latami pozostaje nieuchwytny.

Jak powiedział jeden z amerykańskich aktorów, Sean Penn, "nie żyjemy w świecie, w którym źli niszczą dobrych. To świat, w którym trudno odróżnić jednych od drugich".

I o tym też jest ta książka.

[...]

WIDMO

[...]

Zakopane, 30 września 1993 roku. Idący z kiosku robotnik skraca sobie drogę, wracając na plac budowy przy polsko-amerykańskim banku na ulicy Kościuszki (dziś siedziba Alior Banku). Przy płocie na tyłach budynku, nazywanego historycznie willą Różeckiego, dostrzega nieruchome, obnażone ciało kobiety. Przerażony biegnie do banku        i powiadamia pracowników. Dwaj policjanci, którzy akurat siedzą        w radiowozie niedaleko Równi Krupowej, dostają polecenie od dyżurnego Komendy Rejonowej Policji, żeby natychmiast udać się         w tamto miejsce.

Jest około godziny 16.00. Sześć stopni powyżej zera po nocnym przymrozku. Powietrze stoi w miejscu. Nie pada. Przyroda zamarła  w skupieniu.

Policjanci ostrożnie, żeby nie zatrzeć śladów, podchodzą do znaleziska. Kobieta ma około 25-30 lat, włosy blond, ładny, zadarty nos filmowej gwiazdy. W jej nienaturalnie wielkich, niezwykłych oczach odbija się niebo. Zakrwawiona twarz kontrastuje z białą marynarką. Ktoś dźgał ją nożem po piersiach i brzuchu. Leży teraz na trawie jak pęknięta, wyrzucona na śmietnik gipsowa figura. Spodnie zsunięte do kostek. Rajstopy i majtki - do kolan. Nad zakrwawionym łonem góruje wydatny brzuch, odsłonięty przez podniesiony na wysokość piersi fioletowy sweter. Kobieta jest w zaawansowanej ciąży.

To jeszcze nie wszystko - zdaje się mówić jej ciało.

Technik kryminalny odwraca zwłoki. Policjanci widzą pocięte we wszystkie strony ostrym narzędziem uda i pośladki.

Dość szybko, bo po dwudziestu minutach, pojawiają się policjanci z psem. Dewon wącha czarną damską torebkę, znalezioną w odległości 25 metrów od zwłok, i prowadzi do miejsca, w którym leży kobieta. Węszy kolejny raz. Biegnie w stronę chodnika. Traci trop.

Policjanci wracają do zwłok. Stamtąd pies znów rusza tropem zabójcy. Prowadzi w dół Równi Krupowej, wzdłuż ogrodzenia banku, ale po dojściu do uczęszczanej alejki poddaje się.

Jest 17.00. Nieopodal spacerują tłumy ludzi. Śledczy dochodzą do wniosku, że ofiara, której tożsamości jeszcze nie znają, musiała tam leżeć kilkanaście godzin. Jej lewy but z zakrwawioną podeszwą znajdują potem w żywopłocie oddzielającym chodnik przy ulicy Kościuszki od Równi Krupowej.

Szła więc albo była wleczona przez mordercę.

Banku w nocy nikt nie dozorował. Nikt nic nie widział. Niczego

nie słyszał. Ówczesny naczelnik zakopiańskiej dochodzeniówki Janusz Szymański powie mediom, że takiej zbrodni mógł dokonać tylko psychopata. Człowiek psychicznie niezrównoważony.

Bo sposób morderstwa i rodzaj ran zadanych ofierze świadczą o znacznej dewiacji jego osobowości.

Tamtego dnia późnym wieczorem policjanci docierają do jej rodziców. Kobieta, która nie zdążyła urodzić dziecka i umarła bez jednego pantofla, miała na imię Danuta.

[...]

MIĘDZY OCZY

[...]

Bez przerwy się uśmiecha, co w przypadku policjanta z Archiwum X należy do rzadkości. W twarzy śmieje mu się dosłownie wszystko. Pracuje w policji od 23 lat, dziś w stopniu nadkomisarza. Pion operacyjny, nadam mu więc fikcyjne imię. Niech będzie Maciek.

Ma 46 lat i opinię łebskiego. Dajcie mu jakąś "enkę" (w policyjnym żargonie to nierozwiązana sprawa), a on ją wyjaśni. Kiedyś chciał pracować na roli, bo miasto go męczy. Ale skończył resocjalizację na Uniwersytecie Zielonogórskim i wylądował w policji. Teraz w jego telefonie odzywa się muzyka z amerykańskiego serialu Z Archiwum X. Maciek puszcza do mnie oko. Bardziej lubi filmy o szpiegach z czasów zimnej wojny. Rozmawiamy na komendzie we Wrocławiu. Tutejsze Archiwum powstało w 2010 roku. Mają do rozwiązania około 80 niewykrytych spraw. - Jaki jest sens grzebać w przeszłości, skoro statystyki lecą! - słyszy często od kolegów po fachu, którzy mają         z niego bekę. - Lepiej zrobiłbyś coś bieżącego.

"Archiwiści" funkcjonują w ramach sekcji pierwszej wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji. Sekcja ta odpowiada za zdrowie, życie i mienie znacznych rozmiarów. Nie zajmują się więc tylko starymi sprawami, ale też gonią bieżączkę. Dzień przed naszym spotkaniem był w Rynku napad na bank. Maciek zaplanował sobie wcześniej pracę nad sprawą, w której grzebie już szósty rok. Ale musiał wszystko odwołać i stawić się pod bankiem. Takie życie. Tymczasem sprawa nie może już dłużej leżeć. - Przecież wiecznie żył nie będę. - Uśmiech nie schodzi mu z twarzy. - A ci rodzice czekają na wyjaśnienie zagadki już równe 20 lat.

Chodzi o rodziców Anny Kembrowskiej (22 lata) i Roberta Odżgi (25 lat), dwojga studentów zamordowanych w Górach Stołowych, w pobliżu skały Narożnik, w 1997 roku.

Prokuratorskie akta tego postępowania przygotowawczego zalegają w Prokuraturze Okręgowej w Świdnicy. Osiemnaście tomów. Na kilku stronach wyjaśnienia zastępca prokuratora okręgowego Zbigniew Kata odmawia mi jednak wglądu do całości. Zwracam się więc                 z wnioskiem o udostępnienie poszczególnych dokumentów: zeznań świadków, protokołów oględzin miejsca ujawnienia zwłok, protokołów z sekcji, notatek urzędowych (policyjnych), wywiadów środowiskowych. Prokuratura zapobiegawczo kseruje mi wybrane dokumenty, przy okazji anonimizując całość. Wymazane czarnym flamastrem są dane osobowe świadków, adresy, telefony. Dopisuję więc do wniosku prośbę o obejrzenie zdjęć z miejsca zbrodni.

Prokurator referent, Tomasz Orepuk:

- Musiałaby pani formalnie złożyć wniosek i czekać dwa tygodnie na rozpatrzenie, no ale ja pani pozwolę - zwraca się do mnie głosem jakby zanurzonym w formalinie. - Tylko bez żadnych zdjęć, nie chciałbym, żeby gdzieś krążyły po sieci.

- A dlaczego akta mają usunięte dane osobowe, przecież ta sprawa ma 20 lat, a ustawa o anonimizacji obejmuje tylko postępowania wszczęte przed kwietniem 2015 roku - dopytuję, co rozjusza prokuratora.

- Jeśli się pani nie podoba sposób udostępniania akt, to tak nie porozmawiamy. Irytują mnie pani pytania. W takim razie proszę złożyć wniosek formalny i czekać dwa tygodnie. Proszę tej pani niczego nie udostępniać - warczy do sekretarek i zamaszyście wychodzi."

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje