Reklama

Reklama

"Szkarłatny kwiat kamelii". Japonia na przełomie XIX i XX wieku

"Szkarłatny kwiat kamelii" – jedno z pierwszych świadectw fascynacji Krajem Kwitnącej WiśniPod koniec XIX i na początku XX wieku do Japonii zaczęli docierać polscy podróżnicy i badacze. Jednym z nich był Antoni Ferdynand Ossendowski.

Wyrazem niezwykłego zainteresowania tą krainą są opowiadania zawarte w tomie Szkarłatny kwiat kamelii. Ossendowski niezwykle barwnie opisuje tajemniczy, tak odmienny od europejskiego świat samurajów, gejsz, cesarzy i szogunów. Czasem zabawnie, czasem refleksyjnie, zawsze z perspektywy bacznego obserwatora.

Reklama

Wraz z Wydawnictwem Zysk i S-ka przygotowaliśmy

przygotowaliśmy trzy egzemplarze książki. Aby zdobyć jedną z nich wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe.

Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki.

FRAGMENT KSIĄŻKI:

"CUD BOGINI KWAN NON                

Młody japoński kapitan, Masao Geio, szedł główną ulicą Asakusy i uważnie rozglądał się na wszystkie strony, wypatrując kogoś. Nie zwracał uwagi na tłum rozbawiony i barwny, nie patrzył na pstre szyldy herbaciarni, teatrzyków, cyrków i budy znanej trupy sztukmistrzów "magów", nie widział kinematografów, cukierni, sal dla szermierki i strzelania z łuków. Szedł ponury i zamyślony. Dwie gejsze miako* spojrzały na smagłą, przystojną twarz kapitana i, gdy przeszedł, oglądać się za nim zaczęły, potrącając się łokciami.  

-Ohe! — zawołała jedna z dziewczyn.

- Przybył do Asakusa-Ku, do dzielnicy wesołości, śmiechu i zabawy, a taki smutny?  

- Pewnie w jego sercu rozkwitł kwiat miłości, ale po-ranek jest jeszcze mglisty i mroźny! — odparła druga, przykrywając oczy małym wachlarzem ze złotego papieru.     

* Tancerki.    

Zaśmiały się obie i poszły dalej, szurgając białymi sandałami.   Istotnie w Asakusie nie było miejsca na nudy lub smutek. Olbrzymia dzielnica wspaniałego Tokio była przeznaczona dla rozrywki i zabawy. Wszystko, czego może dla tego celu zażądać Japończyk, czy to prosty heimin — wieśniak, czy też kulturalny potomek samurajów, czy europeizowany w amerykańskim college’u, w angielskim uniwersytecie lub w paryskiej Sorbonie japoński dyplomata i uczony, każdy mógł zna-leźć wszystko w barwnej, bawiącej się wesoło Asakusie. 

A jednak kapitan Masao Geio był bardzo smutny. Idąc główną ulicą zwariowanej dzielnicy, wśród przybytków zabawy i tysięcy jaskrawych straganów i sklepików, ujrzał wreszcie na schyłku pagórka, za którym ciągnął się obszerny park, świątynię wzniesioną z cyprysowego i hinokowego drzewa. Ciężkie, lecz misternie rzeźbione dachy, powyginane, pokoślawione i pogarbione, pokryte różnokolorową laką i złoceniem panowały nad tym miejscem zabawy, jak panuje samotna skała bazaltowa nad spienionym morzem.  

Minął kilka tori — portyków drewnianych zbudowanych ze świętego drzewa hinoki — i od razu wszystko się zmieniło. Śmiechy, piosenki, odgłosy muzyki, nawoływania kupców i aktorów zapraszających publiczność do swoich szop, szczęk drewnianych geta umilkły nagle. Zdawało się, że wszystkie dźwięki kornie padały do stóp pierwszej tori i zamierały w modlitwie. Pobożni zdejmowali przy ostatnim portyku obuwie i w miękkich pończochach uszytych z bawełnianej tkaniny z lekkim szmerem szli ku świątyni biały-mi płytami wypolerowanego kamienia.      

Coś pociągnęło młodego oficera do świątyni. Zbliżył się do starego bonzy — kapłana, dał mu kilka senów*, otrzymał płócienne futerały na swoje lakierowane botforty i po-szedł dalej.  

Wolnym krokiem, oglądając się co chwila poza siebie i wciąż szukając kogoś w tłumie pozostającym za tori, wznosił się Masao Geio szerokimi stopniami świątyni. Podwoje były na oścież otwarte i pobożni wchodzili i wychodzili skupieni, lecz rozradowani. Kapitan przecisnął się przez tłum i stanął przed ołtarzem. Długie i szerokie, czarne ze starości cyprysowe koryto oddzielało go od niego. Ludzie wrzuca-li do koryta monety, którymi już do połowy było zapełnione. Kapitan opuścił swoją ofiarę, zbliżył się do wiszącego gongu i uderzył weń trzy razy. Złożywszy ręce do modlitwy, pochylił się przed ołtarzem i podniósł oczy do góry. Na wzniesieniu, w mroku głębokiej framugi stał posąg bogini Kwan-Non. Masao Geio ujrzał głowę o kilku twarzach, olbrzymie ciało o czterdziestu ramionach i tysiącu rąk.   Kapitan polecił się opiece bóstwa trzymającego w swych rękach wszystkie przejawy życia ludzkiego, wszystkie drogi losów człowieka i zakończył krótką modlitwę słowem: — Douzo! — Błagam!...  

Skłonił się raz jeszcze i skierował się ku wyjściu.   W przedsionku był straszliwy tłok. Tłum pobożnych karmił świętego konia bogini. Kapitan kupił w małym stra-ganie paczkę ugotowanego ryżu i zażądał papieru.       * Srebrna moneta; 1 jen = 100 senów.       

- Jakiego koloru? — spytał sprzedający bonza.  

— Różowego... — odparł zmieszany Geio, zdradzając swoją tajemnicę, gdyż każdej prośbie zapisywanej na pa-pierze odpowiadał osobny kolor. Bonza uśmiechnął się przyjaźnie i podał wąski pasek różowej cieniutkiej bibuły. Kapitan odszedł od straganu i przy małym stoliku napisał: — Daj, dobra Kwan-Non, miłość uroczej Kenson-san!

Douzo!...   Zwinął papierek w malutką rurkę i, wcisnąwszy ją po-między ziarnka ryżu, podszedł do konia. Rozpasiony, połyskujący ciemnym okiem ogier wyciąg-nął ku kapitanowi głowę z zaplecioną w warkocze grzywą. Oficer zaczął karmić go ryżem z dłoni, śledząc uważnie, czy przełknie papierek z modlitwą.  

Masao Geio radośnie westchnął, gdy spostrzegł, że ryż znikł wraz z papierkiem w pysku świętego konia. Jakiś dziwny spokój ogarnął duszę kapitana. Już nie chmurzył czoła, a oczy miał pełne radosnych błysków. Od-dychał głębiej, swobodniej i szedł z wysoko podniesioną głową. Nie przestał się jednak rozglądać i wkrótce ujrzał tę, której szukał.  

Była to drobna, zwinna jak jaszczurka, świeża jak wi-śnia, musume. Miała na sobie skromne, lecz drogie, zdra-dzające dobry smak i wysokie pochodzenie kimono, prze-pasane pstrym obi zawiązanym z tyłu w misterną kokardę. W ręku trzymała ciemnofioletową parasolkę i wachlarz. Obok niej kroczył wysoki, chudy młodzieniec w okularach i z miną gapia oglądał szyldy teatrów i wystawy sklepów.       

Prawie nie rozmawiał ze swoją towarzyszką i chwilami szedł nawet o parę kroków przed nią, jak gdyby był już jej mężem. Wszystko to od razu spostrzegł Masao Geio, poprawił mun-dur, szablę i czapkę i, przeszedłszy na drugą stronę ulicy, stanął przed musume, salutując po wojskowemu.  

— O, Kenson-san, pani sama tu, w Asakusa-Ku? — za-wołał z udanym zdziwieniem.

— O, nie! Jestem tu z Jurakusho Dori! — rzekła z obu-rzeniem, wskazując na plecy chudego młodzieńca gapią-cego się na olbrzymi szyld z namalowanymi na nim lwami i tygrysami.  

Spojrzała na kapitana i dodała niezadowolonym gło-sem:   — Sama z domu nie wychodzę...   — Wiem o tym i dlatego byłem zdziwiony, ujrzawszy Kenson-san samą — ciągnął kapitan. — Nie jestem sama, już powiedziałam! — zawołała, nerwowym ruchem otwierając parasolkę.

— Słyszałem... — odparł. — Ale ten... ten... Dori jak pan i władca idzie przed Kenson-san i nie byłby w możności w razie jakiegoś wypadku przyjść jej z pomocą! Dziwi mnie ten młodzieniec!...  

— Dlaczego? Bardzo miły i inteligentny... — rzekła, pod-nosząc ramiona.

— Na jego miejscu oczu nie spuszczałbym z Kenson--san, śledziłbym każde stąpnięcie jej drobnych nóżek, przed każdym powiewem wiatru broniłbym jej! — wybuch-nął Masao Geio.

— Tak! Tak! A nie szedłbym sobie przed nią! I nie gapiłbym się na głupie szyldy!       

Kenson-san zarumieniła się i mimo woli z wyrzutem spojrzała na długą jak tyka postać Jurakusho Dori kołyszą-cą się w tłumie.  

Kapitan spostrzegł to i prowadził atak dalej: 

— Gdy ja przyszedłem kiedyś prosić, aby Kenson-san raczyła pójść ze mną do parku Hibia obejrzeć kwitnące wi-śnie, odmówiła mi! Jurakusho Dori szczęśliwszy ode mnie! Kenson-san przyszła z nim do Asakusy. On już uważa ją za swoją własność i nie zwraca na uroczą Kenson-san żadnej uwagi. Zupełnie jak mąż w kupieckiej rodzinie, gdzieś na Kiusiu, w głuchej prowincji... 

Mówił z oburzeniem, lecz jednocześnie bacznie przy-glądał się drobnej twarzyczce dziewczyny. Spłonęła cała rumieńcem, ściągnęła czarne łuki brwi i zachmurzyła czoło.  

— Jurakusho Dori z pewnością zostanie moim narze-czonym, gdyż jego i moi rodzice bardzo sobie tego życzą — rzekła, jak gdyby usprawiedliwiając się. — A najpewniej dlatego, że Kenson-san kocha się w tym bogatym kupcu... a on już uważa się za jej pana! — dorzucił Geio.

— Nie! Nie! — potrząsając główką i tupiąc nóżką, za-protestowała dziewczyna. Chciała jeszcze coś dodać, lecz w tej chwili obejrzał się Dori i zbliżył się do nich. Kapitan wymienił swoje nazwisko.  

Wysoki Dori skrzywił się i, niby nie rozumiejąc, spytał:  

— Kapitan... kapitan... Jak nazwisko?...  

— Masao Geio... Doprawdy, stara samurajska rodzina! Żadnego kupca w rodzie...     

Jurakusho Dori zmieszał się i wykrztusił swoje nazwisko. Kapitan podniósł oczy do góry, niby coś sobie przypominając, i wreszcie rzekł:  

— Tak, tak... wiem! Skład emaliowanego naczynia...  

Gdzieś, nie pamiętam tylko gdzie, widziałem szyld Juraku-sho Dori...

— To nie nasz szyld! Nasza firma eksportuje jedwab do Europy — zaprzeczył wysoki młodzieniec.

— W każdym razie akindo, kupiec, więc nie omyliłem się! — z niewinnym uśmiechem rzekł oficer, zwracając się do Kenson-san. Stała purpurowa od gniewu czy zakłopotania, lecz Masao Geio udał, że nie spostrzegł i, wpadając w przyja-cielski ton, jął opowiadać kupcowi o ostatnich wielkich ma-newrach, bardzo zręcznie napomknął o swoim powodzeniu i o tym, że został wyznaczony do akademii sztabu generalne-go, a nominację podpisał sam książę regent Hirohito.

Mówił niedbałym tonem, z lekka pobrzękując ostroga-mi i zapalając papierosa. Nie patrząc na Kenson-san, wyraźnie czuł, że ona wzrok swój przenosi z jego twarzy i suchej, szczupłej figury na wy-soką, pałąkowatą postać młodego kupca. Jednak rozumiał, iż powinien pożegnać dziewczynę i jej towarzysza.

— Dokąd zamierzają wstąpić na zabawę Kenson-san i Jurakusho Dori? — zapytał.

— Dziś podobno są wyjątko-wo interesujące widowiska?

— Pójdziemy do cyrku, gdzie występuje pogromca lwów i niedźwiedzi — odpowiedział Dori. — Musimy już iść! Do widzenia! Sayonara!       

 — Sayonara! — rzekł oficer, prostując się i salutując. "Czekaj no, ty tyko ogrodowa! — myślał kapitan, odprowadzając wzrokiem oddalającą się parę.

— Będę i ja w tym cyrku i zobaczę, jak umiesz zabawiać piękne dziew-czyny. Brzęk złota nie może kobiecie zastąpić muzyki słów, jedwabniku eksportowy...".  

Wmieszał się w tłum i sunął za oddalającą się Ken-son-san i jej przyszłym małżonkiem. Mógłby czuć się bar-dzo nieszczęśliwy i pożerany przez zazdrość, jednak w sercu jego coś śpiewało i grało, niby powiew bliskiej i głębokiej radości.   Przeczekał, aż dziewczyna i jej towarzysz weszli do cyr-ku z namalowanymi na szyldzie lwami i tygrysami, kupił sobie bilet i ulokował się o dwa piętra wyżej, wprost nad musume i kupcem.  

Rozpoczęło się przedstawienie. Na posypanej piaskiem i trocinami arenie błaznowali klowni, zadziwiali swoją siłą i zręcznością akrobaci, biegały piękne konie, jakieś wystro-jone kobiety śpiewały skoczne piosenki i tańczyły. "

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje