Reklama

Reklama

"Jesteśmy tylko trybikami", czyli trudne realia polskiego rynku pracy

Ponad półtora miliona ludzi pracujących w Polsce żyje w ubóstwie. Przeciętny Polak przepracowuje w roku niemal dwa tysiące godzin, co daje nam drugie miejsce w rankingu najbardziej zapracowanych krajów w Unii Europejskiej. Choć spędzamy w pracy prawie jedną trzecią swojego życia, wciąż niewiele wiemy o mechanizmach rynku pracy i nierównościach panujących wśród zatrudnionych w innych branżach.

Pracownik fabryki, ochroniarz na osiedlu nowych bloków, właściciel budki z zapiekankami, szefowa związku zawodowego w sieci hipermarketów, kierownik call center i wielu innych - to właśnie oni, niewidzialni pracownicy, choć wciąż słyszą zapewnienia o perspektywie poprawy swojego losu, nie czują się beneficjentami systemu, w którym przyszło im żyć. Bo jak powiedział jeden z bohaterów: "jesteśmy tylko trybikami".

Reklama

Zbiór reportaży "Urobieni" ujawnia niewygodną prawdę o polskim rynku pracy. Opowiada historie zarówno tych, którzy w 1989 zostali siłą wtłoczeni w nowy model gospodarczy, jak i tych, których ukształtował dziki, nadwiślański kapitalizm lat dziewięćdziesiątych. Niepewność jutra, spychający w ubóstwo wyzysk, pogarda dla słabszych i rosnąca frustracja tworzą gorzką opowieść o codzienności milionów Polaków.

Wraz z Wydawnictwem Czarne przygotowaliśmy trzy egzemplarze książki "Urobieni" Marka Szymaniaka. Aby zdobyć jedną z nich wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe.

Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki.

FRAGMENT KSIĄŻKI:

"1 maja 2004 roku - ten dzień pani Urszula zapamięta do końca życia z dwóch powodów: Polska weszła do Unii Europejskiej, a ona stała się bezrobotną.

- Oglądałam Fakty. Politycy przecinali wstęgi, strzelały korki od szampana i fajerwerki. Prezenter w pięknym garniturze i pod krawatem mówił, że teraz to nawet pogoda będzie  lepsza, a ja bałam się poniedziałku. Tych zrezygnowanych spojrzeń w kolejce do pośredniaka - opowiada pani Urszula, gdy spotykamy się w lutym 2017 roku.

W mieście brakowało pracy. Bezrobocie od lat sięgało 20 procent. Ale pani Urszula miała szczęście. W czasach, kiedy wielu jej znajomych tkwiło na zasiłkach albo pracowało na czarno, ona ponad dekadę była zatrudniona u prywaciarza, w firmie handlującej sprzętem elektronicznym.

- Zajmowałam się biurem. Szef załatwiał kontrakty, towar, sklepy, a my robiłyśmy papierkową robotę. Nie płacił dużo, ale terminowo. Nie był to szczyt marzeń dla osoby z dyplomem, ale nie narzekałam. Szef był człowiekiem honoru. Nawet jak komornik wszedł do firmy, to pod stołem dostałyśmy wypłaty. Taki był. Najpierw o nas myślał, a dopiero potem o długach - mówi pani Urszula i dodaje, że interes upadł, bo rynek zalała chińszczyzna. - Szef nie mógł sobie wybaczyć, że musi nas zwolnić. Miał łzy w oczach. Pocieszałyśmy go, że wszystko będzie dobrze.

Po zwolnieniu pani Urszula długo nie mogła znaleźć żadnej pracy, więc najpierw pół roku była na zasiłku, a potem blisko rok rodzinę utrzymywał tylko jej mąż. W kolejnym pracowała na czarno to tu, to tam. Pomagała znajomemu prowadzić biuro, ale na etat zatrudnił siostrzenicę. Później na kilka miesięcy zaczepiła się w sklepie z AGD, jednak nie było ruchu, więc właściciel ją zwolnił.

- Dyplom i biurową godność schowałam do szuflady dopiero, kiedy pod koniec 2006 roku zmarł mąż. Zostałam sama z synem. Oszczędności szybko zaczęły się kurczyć - wspomina pani Urszula. Właśnie wtedy na ulicy zaczepił ją znajomy. Złożył kondolencję i powiedział, że szukają salowej w szpitalu. - "Wiem, że to praca nie dla ciebie, ale jesteś sama, nie masz nic, przejściowo to może być ratunek", mówił. Podziękowałam mu i zaraz pobiegłam do szpitala. Dyrektorowi, który mnie zatrudniał, nie przyznałam się, że mam wyższe wykształcenie. On szukał silnej kobiety do wiadra i mopa, nie do książek, a ja szukałam jakiejkolwiek pracy. Jak dwa dni później zadzwonili, żebym przychodziła od jutra, to ze szczęścia całowałam słuchawkę.

Robota w szpitalu była ciężka. Bo to nieważne, czy dzień, czy noc, czy też święto - podłogi, okna, parapety, klatki schodowe mają błyszczeć.

"Europejskie standardy" - słyszała często od przełożonego pani Urszula. Czasem w myślach odpowiadała, że wymagania może i zachodnie, ale pensja polska. Ile? Na rękę niecały  tysiąc złotych.

- Niewiele, ale na skromne życie wystarczało - mówi pani Urszula i zaraz wyjaśnia, że nie lubi narzekać. - Wtedy miałam chociaż etat, urlop, chorobowe. Teraz nie mam nic.

Teraz w życiu pani Urszuli zaczęło się w 2008 roku. Najpierw były plotki, że szpital ma długi, więc będą zwolnienia. Potem okazało się, że nie zwolnienia, tylko przeniesienia.

- Cały personel sprzątający trafi do firmy zewnętrznej. Po angielsku to outsourcing. - Pani Urszula powtarza to, co usłyszała od przełożonych. Na specjalnym spotkaniu była też mowa, że warunki pracy się nie zmienią. Że o swoje etaty nie muszą się martwić. A być może będą i podwyżki. Ale, oczywiście, jak komuś się nie podoba, to proszę, tam są czyste kartki i długopisy. Można napisać wypowiedzenie.

Kilka osób napisało, ale nie pani Urszula.

- Nie podobało nam się, że przenoszą nas jak meble. Że nie będziemy już częścią szpitala, tylko jakimś ciałem obcym. Ale nie chciałam odchodzić. Wszystko lepsze, niż znowu szukać pracy. Wierzyłam im, że "dla nas" nic się nie zmieni, a szpital zaoszczędzi, więc wszyscy zyskają. Nawet cieszyłam się, że mogę pomóc.

Później okazało się, że firma zewnętrzna ma obowiązek zatrudniać salowe na etacie tylko przez rok.

- Dostaliśmy propozycję nie do odrzucenia: śmieciówka albo wypowiedzenie. Wyszło, że outsourcing jest dobry, ale tylko dla tych, których nie dotyczy. Szpital może i zaoszczędził, jednak naszym kosztem. Bo teraz my nie mamy żadnych praw, a szpital jak miał długi, tak ma je nadal - opowiada pani Urszula i dodaje, że jedyne, co okazało się "prawdą", to podwyżki. - Wtedy zarabiałam 1000 złotych, a teraz 400 złotych więcej, bo wzrosła pensja minimalna - uśmiecha się gorzko.

W zewnętrznej firmie pani Urszula pracuje już ponad osiem lat. Tyle też nie była na urlopie.

- Jest bezpłatny, więc żeby odpocząć, muszę wcześniej nadpracować kilka zmian.

Zmęczenie to zresztą stałe uczucie, które jej towarzyszy. Pracuje wprawdzie przepisowe osiem godzin, ale tempo ją wykańcza. W pracy ma tylko kwadrans przerwy. Nie pali, a kanapki zwykle i tak nie je, bo inaczej nie zdążyłaby wymyć wszystkiego.

- Po kilku godzinach skakania po parapetach nawet młody człowiek by padł na twarz, a ja mam prawie 60 lat. Jak wracam, to nie mam nawet siły kurzu w domu pościerać.

Pani Urszula w lutym 2017 roku zarabia 2000 złotych brutto. To równowartość płacy minimalnej w 2017 roku. Do ręki co miesiąc dostaje 1459 złotych.

- Płacę rachunki, czynsz, robię zakupy, trochę odkładam, a resztę wysyłam synowi. Buty kupuję, jak się rozpadną. Ubrań nie zmieniam co sezon, bo trzymam formę, a jak już muszę, to szukam po ciucholandach, bo na mnie i tak nikt nie patrzy - mówi pani Urszula. - Co bym sobie kupiła, gdybym miała więcej pieniędzy? - powtarza moje pytanie. - Pomogłabym synowi. Z żoną wynajmują mieszkanie i zbierają na wkład własny do kredytu. Dla siebie? Pojechałabym na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Ksiądz co roku organizuje wyjazdy. A potem czyta nazwiska tych, co jadą. Chciałabym, aby kiedyś wyczytał moje.

Pani Urszula odkłada na czarną godzinę. Nie chce, aby znów przytrafiło się jej to, co kilka lat temu.

- Wtedy szef powiedział, że nie wie, kiedy nam zapłaci. A ja nie miałam nawet na jedzenie. Zaniosłam ślubne obrączki do lombardu. Przez trzy tygodnie codziennie sprawdzałam, czy nadal są na wystawie. Modliłam się przed szybą, aby nikt ich nie kupił. Na szczęście Bóg mnie posłuchał. Gdy tylko dostałam pieniądze, to natychmiast wykupiłam obrączki. Sprzedawcy chyba było mnie żal, więc straciłam tylko 100 złotych.

Pani Urszula kilka razy próbowała zmienić pracę, ale bez skutku.

- Nawet do mnie oddzwonili, ale jak tylko mówiłam, ile mam lat, to dziękowali. Jeden facet nawet rozłączył się bez słowa po tym, jak usłyszał mój rocznik.

Teraz pani Urszula martwi się głównie o zdrowie. Dotąd, kiedy chorowała, to z kaszlem czy katarem przychodziła do szpitala (nikomu nie przeszkadzało, że może zarazić pacjentów),

a kiedy całkowicie ją rozkładało, to zostawała "na bezpłatnym" w domu. Jednak kilka tygodni temu w jej prawej piersi wykryto guzka.

- Miałam biopsję - mówi ściszonym głosem. - Bałam się, że trafię do szpitala. Umowę podpisujemy co miesiąc. Jak kogoś nie ma, to wylatuje. Dlatego nawet koleżankom o tym guzku nie powiedziałam - dodaje.

*

Kilka miesięcy po naszym ostatnim spotkaniu napisałem do pani Urszuli, aby umówić się na rozmowę i dopytać o kilka drobiazgów, ale spóźniłem się. Odpowiedź dostałem od jej syna:

"Szanowny Panie Marku,

Mama nie żyje. Zmarła w poniedziałek. Miała nowotwór, przerzuty do płuc. Wszystko prawie do końca przed nami ukrywała. Wszyscy jesteśmy w szoku. Trudno mi teraz cokolwiek

więcej napisać.

Bardzo cieszyła się, że opisze Pan jej historię w książce. Miała nadzieję, że to coś zmieni. Żałuję, że nie doczekała publikacji"."

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy