Reklama

Reklama

Indie okiem byłego ambasadora RP. Obraz kraju z nieznanej strony

Indie są miejscem, które fascynuje, intryguje i poraża skrajnościami. To tu premier, niczym dawni monarchowie, paraduje w marynarce, na której złotą nicią kazał wyszyć swoje inicjały, podczas gdy na ulicach miliony nadal żyją w nędzy. To nad Gangesem mimo archaicznego systemu kastowego rozwijają się najnowsze na świecie technologie. To w Indiach – mimo że dominuje tu hinduizm – za kilkanaście lat będzie mieszkać największa na świecie społeczność muzułmanów.

Dzięki pełnionej funkcji autor tej książki mógł wejść za zamknięte drzwi. Spotykał się z mężami stanu, potężnymi biznesmenami, wpływowymi dziennikarzami, a nawet artystami z Bollywood - jak choćby z Amitabhem Bachchanem, który czczony jest w jednej z hinduistycznych świątyń. Nie unikał rozmów ze zwykłymi ludźmi: taksówkarzami, sklepikarzami czy służącymi z Bombaju, Delhi czy Kalkuty. Szukał też w Indiach wątków polskich. Próbując dowieść, jak wiele łączy nasze kraje, opisał historie nie tylko Stefana Norblina, nadwornego malarza bajecznie bogatych maharadżów, czy arcybiskupa Zaleskiego, watykańskiego dyplomaty i budowniczego pierwszego na subkontynencie seminarium duchownego, ale także Dobrego Maharadży, który podczas drugiej wojny światowej dał schronienie polskim dzieciom.

Reklama

Kompletny portret Indii, targanych tęsknotą za dawną świetnością i marzeniami o jeszcze większej potędze.

Piotr Kłodkowski - orientalista. Był ambasadorem RP w Indiach (2009-2014) z akredytacją w Nepalu, Bangladeszu, na Sri Lance i Malediwach. Laureat nagród: im. Beaty Pawlak i im. Józefa Tischnera. Autor książek O iluzji wartości uniwersalnych, O pęknięciu wewnątrz cywilizacji, Doskonały smak Orientu, Jak modlą się hindusi. Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego w Katedrze Porównawczych Studiów Cywilizacji.
Wraz z Wydawnictwem Znak przygotowaliśmy trzy egzemplarze książki. Aby zdobyć jedną z nich wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe.

Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki.

FRAGMENT:

Ukryta małżonka

"Tak naprawdę to niewiele wiadomo o Narendrze Modim. Niewiele jak na oczekiwania wobec przywódcy ponadmiliardowego państwa, który z absolutnych nizin społecznych w skrajnie hierarchicznym społeczeństwie dotarł na sam szczyt władzy. Sporo jest pogłosek, plotek, zaledwie garść faktów i cała masa przypuszczeń, insynuacji i bardzo skrajnych opinii zwolenników i przeciwników. W marcu 2014 roku ponad miliard mieszkańców Indii przyjmuje z niedowierzaniem oficjalną wiadomość: sześćdziesięcioczteroletni Narendra Modi jest żonaty, i to od ponad czterdziestu lat. Przyszły premier po raz pierwszy w oficjalnym dokumencie stwierdza, że jego małżonka nazywa się Jashodaben Chimanlal Modi.

- Żonaty? Nikt go nigdy z żoną nie wiedział - dziwi się trochę nienaturalnie Mahendra, znajomy polityk Kongresu obecny na kolacji u naszych wspólnych przyjaciół w dzielnicy Defence Colony, w południowo-wschodnim Delhi.

- Dziwić się trzeba z poczucia przyzwoitości. Zawsze przedstawiał się przecież jako kawaler, który nie musi troszczyć się o rodzinę, a swój czas i energię może poświęcić ludowi - z nutą ironii dodaje Arun Lal, dziennikarz z dużego dziennika ogólnoindyjskiego.

- Zresztą bliska rodzina niemal każdego polityka w Indiach to gwarancja nepotyzmu i nieograniczonej korupcji - przypomina znaną nam wszystkim lokalną filozofię wartości rodzinnych - a Modi twierdził, że nic nie jest nikomu dłużny, więc nie da się w żaden sposób skorumpować. Ludzie to kupili.

Oburzenia nie kryją jednak dwie panie profesor z University of Delhi:

- Po prostu porzucił swoją żonę. To pewnie kolejne aranżowane małżeństwo, ale zachował się okropnie. Przez czterdzieści lat nie przyznawał się publicznie, że poślubił kobietę. Nigdy nie wymienił jej imienia. Po prostu koszmar! - Mahendra, z wrogiej przecież Modiemu partii Kongresu, taktycznie zgadza się z obydwiema paniami profesor, ale wyjaśnia, że pewnie stan jego udawanej bezżenności wynikał z zaangażowania w radykalnych organizacjach hinduistycznych, w których obowiązuje celibat.

- A jak się raz ukrywało prawdę o małżeństwie, to potem niezręcznie się wykręcać. Teraz jest oficjalnym kandydatem na premiera, więc musiał się przyznać. - Arun Lal z kolei przypomina sobie, że kilkanaście lat temu w lokalnych mediach pojawiły się artykuły na temat żony Modiego, którą wytropiono w małej wiosce w Gudźaracie, ale mało kto zwrócił na to wówczas uwagę, podobno sprawę wyciszono.

- Ale co będzie dalej, czy obydwoje będą teraz żyć razem? Było nie było, kwestia małżeństwa zrobiła się publiczna - pytam lekko prowokacyjnie, bo z góry znam odpowiedź. Goście i gospodarze kręcą głowami.

- Nie, to zupełnie niemożliwe. Teraz to dwoje obcych sobie ludzi. Poza tym Modi kreuje siebie jako lidera oddanego wyłącznie państwu i ludowi. Żadnych sentymentów dla małżonki. W Indiach tradycja samotności wodza ma się całkiem dobrze. Coś jak zreformowany Mahatma Gandhi (żonaty przecież) po trzydziestym roku życia, kiedy ślubował czystość i oddanie się sprawie. Niezależnie od tego, jak się rzeczy mają u Modiego naprawdę - to znaczy, czy wcześniej był, czy nie był z jakąkolwiek kobietą (rzecz jasna nieoficjalnie) - taki obraz podoba się wyborcom. Nie będą żałowali żony. Większość kobiet też jej nie będzie współczuła - odpowiada z pewnością siebie polityk Kongresu i nawet obecne panie jakoś nie protestują. Każdy z nas chyba rozumie, jakie są reguły Wielkiej Gry w Politykę Indyjską.

Nie ma żadnych dostępnych dokumentów na temat ceremonii ślubnej premiera. Oczywiście nie ma też żadnych fotografii, a i sam przekaz ustny jest niepewny. Najlepiej poinformowani mieszkańcy rodzinnego Gudźaratu podają wreszcie informację, że małżeństwo, zgodnie z lokalną tradycją, było aranżowane przez rodziców, a młodzi nie znali się wcześniej (albo znali się tylko z widzenia).

Narendra miał podobno osiemnaście lat, Jashodaben była rok lub dwa lata młodsza. Ślub był bardzo skromny, bo i obie rodziny należały do ubogich. Prawdopodobnie nikt ze świadków nie pamięta jakichkolwiek znaczących szczegółów. Z obliczeń wynika, że młodzi pobrali się w 1968, bo oficjalną datą urodzenia Modiego jest 17 września 1950. To bardzo ciekawy zbieg okoliczności, bo dokładnie w tym samym roku Sonia Gandhi, wówczas nosząca włoskie nazwisko Maino, poślubia Rajiva, syna ówczesnej premier Indii, Indiry Gandhi. Sonia Gandhi, szefowa Kongresu Narodowego, jest największym przeciwnikiem Narendry Modiego i należy do najpotężniejszej politycznie rodziny w Indiach - klanu Nehru-Gandhi. Jej ślub z Rajivem, przyszłym premierem, był bardzo głośnym wydarzeniem w samych Indiach i zagranicą.

Do dziś zachowało się mnóstwo fotografii z ceremonii i wiele opowieści o romantycznym spotkaniu Rajiva i Soni w Wielkiej Brytanii. Sam Rajiv przyznał, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Na setkach bądź nawet tysiącach zdjęć oboje wyglądają jak bohaterowie klasycznej love story z bollywoodzkiego filmu. Piękni, młodzi, uśmiechnięci, w tradycyjnych hinduskich strojach, nierzadko fotografują się wspólnie z dostojnie wyglądającą Indirą, która sprawuje niepodzielnie władzę w całym kraju. Kontrast nie może być większy.

Z jednej strony młody Narendra i niepełnoletnia Jashodaben, biorący ślub w małej wiosce w stanie Gudźarat, przymuszeni przez rodziców i posłuszni lokalnej tradycji, zapewne przestraszeni sobą nawzajem, jak miliony przed nimi i miliony po nich, i niepewni swojej przyszłości. Z drugiej romantyczna para: Indus z najwyższej kasty braminów kaszmirskich i potomek władców niepodległych Indii oraz piękna Włoszka, którą czeka niezwykła przyszłość w przybranej ojczyźnie. Ani Narendra, ani Sonia nie mogą wiedzieć w 1968 roku, że kilkadziesiąt lat później staną się najbardziej zajadłymi przeciwnikami na politycznym ringu, zaś personalna walka polityczna stanie się walką dwóch całkowicie odmiennych narracji o współczesnych Indiach.

Niemal tuż po ślubie Narendra Modi opuszcza swoją żonę i nigdy do niej nie wraca (aczkolwiek nie jest do końca jasne, jak długo i czy w ogóle mieszkali ze sobą jako małżonkowie). Krążą też plotki, że związek nie został skonsumowany. Dużo później Jashodaben spotkała się podobno, tylko raz, ze swoim mężem. Było to w lokalnej świątyni, kiedy sprawował już funkcję szefa regionalnego rządu w Gudźaracie.

Spotkanie miało trwać zaledwie kilka sekund, a małżonkowie nie zamienili ze sobą ani słowa. Jashodaben zostaje nauczycielką w wiejskiej szkole i pracuje tam aż do emerytury. Podobno modli się za męża. Wstaje codziennie o piątej rano i udaje się do świątyni. Jak przyznaje, nadal czeka na telefon od Narendry i trzyma jego zdjęcie w swojej książeczce z modlitwami. Kiedy oficjalnie oznajmiono, że jest żoną premiera, przydzielono jej obstawę, kilkunastu ochroniarzy. Brat Jashodaben, Ashok, skarży się, że sytuacja jest kuriozalna.

Kiedy żona premiera podróżuje skromnie rikszą lub autobusem, towarzyszy jej klimatyzowany samochód z ochroniarzami. Nie odstępują jej ani na krok. Nie darzy ich sympatią, zresztą wyznaczeni funkcjonariusze nie chcą się wylegitymować ani nie mówią, z czyjego polecenia działają. Rodzeństwo składa petycję zgodnie z przysługującym ustawowo każdemu obywatelowi i każdej obywatelce Indii "Prawem do informacji" (Right to Information Act), w której domaga się odpowiedzi na pytania dotyczące bezpieczeństwa małżonki premiera i zasad działania jej obstawy.

Ostatecznie okazuje się, że żadnej szczegółowej odpowiedzi otrzymać nie mogą. Biuro wywiadu wskazuje na odpowiednie przepisy, nie pozwalające w tym przypadku na zastosowanie powszechnego "Prawa do informacji". Co więcej, Jashodaben nie może otrzymać również paszportu, podobno zawsze brakuje właściwych certyfikatów, jest także kłopot z jej panieńskim nazwiskiem i nazwiskiem, które przyjęła po ślubie. Czuje się osaczona i przestraszona i nie chce przez pewien czas rozmawiać z mediami. Ostatecznie decyduje się jednak na krótki wywiad z przedstawicielem państwowej telewizji Doordarshan. Opowiada o swoich peregrynacjach do urzędów i o próbach ochrony swojej prywatności, i o zachowaniu własnej godności. Na początku stycznia 2015 roku oficjalny kanał Doordarshan w języku gudźarati emituje krótką historię Jashodaben.

Miliony widzów dowiadują się o niezwykłym położeniu małżonki premiera Narendry Modiego. Reakcja rządu centralnego w New Delhi jest błyskawiczna. VM Vanol, jeden z doświadczonych szefów kanału telewizyjnego, odpowiedzialny za emisję programu, dostaje propozycję nie do odrzucenia: musi zaakceptować przeniesienie, na rok przed emeryturą, z Ahmadabadu do odległego o 2500 kilometrów Port Blair, który znajduje się na archipelagu Andamanów, znanym w czasach kolonialnych jako kolonia karna. Dziennikarze z publicznych mediów zaczynają rozumieć, że premier nie jest specjalnie zainteresowany troską medialną o własną małżonkę. Zapewne rozumie to także Jashodaben.

Nadal jednak nosi naszyjnik mangalsutra, a we włosach sindur, znak wykonany z cynobru, które symbolizują uświęcony stan małżeństwa. Jest przecież żoną Narendry Modiego, i to zgodnie z prawem i odwieczną hinduistyczną tradycją. Pozostaje wierna własnemu mężowi, nigdy nie szukała pocieszenia u innych mężczyzn. Nic zatem dziwnego, że jej postawa wzbudza podziw wielu tradycjonalistów, zwłaszcza tych, którzy gorąco wspierają Modiego. Niemało jest porównań do bohaterek dawnych Indii: to przecież współczesna Jasiodhara, małżonka Gautamy Buddy, który porzucił ją, aby zdobyć najwyższy cel w życiu: oświecenie! Albo jak Ratnawali, małżonka poety Tulsidasa, który uczynił dokładnie to samo, żeby poświęcić się tworzeniu mistycznej poezji religijnej! A może jak Suwarczala, małżonka boga Hanumana i córka samego boga Surji (Słońca), która nie sprzeciwiała się w żaden sposób swojemu mężowi, kiedy ten podjął decyzję o zachowaniu swojej boskości w błogosławionym stanie celibatu!

Uświęcona czystość w małżeństwie to cel wielu mędrców i znawców doskonałego przesłania religii hinduistycznej. Od stuleci krążą na ten temat opowieści i legendy, traktują o tym najbardziej czcigodne eposy i wyjaśniają ów fenomen starożytni mędrcy. Szlachetne cierpienie i ofiara z samej siebie to z kolei cecha boskiej Sawitri, bohaterki wielkiego eposu Mahabharata, albo Sity, małżonki boga Ramy, lub może Siakuntali, którą w pięknych słowach opisał wielki poeta Kalidasa. Któż w Indiach nie zna ich imion, nie zachwyca się ich historiami, nie wskazuje jako przykład godny naśladowania?

Wielki szacunek w kraju zyskały także Indira Gandhi i jej synowa, Sonia, które nigdy nie wyszły za mąż po tragicznej śmierci swoich mężów. To, co prawda, nieco inna sytuacja, ale jakoś łączy się z propagowanym ideałem czystości. Jashodaben nie musi wobec tego wstydzić się swojej samotności, porzucenia przez męża, ani przeklinać swojego losu. Wiele wspaniałych kobiet na długo przed jej urodzeniem doświadczyło tego samego, a przecież ich ofiara nigdy nie poszła na marne! Tę wykoncypowaną w duchu tradycji interpretację zaakceptowała niemała grupa indyjskich dziewcząt, które stworzyły nieformalny fan club małżonki premiera.

"Jest dla nas ideałem, chcemy być takie jak ona!", głoszą otwarcie w swoich listach i mailach, skądinąd pisanych głównie w gudźarati i hindi, a nie po angielsku.

"Starożytne opowieści hinduizmu znalazły w niej swoje prawdziwe ucieleśnienie", deklarują z entuzjazmem. Postronny widz może mieć niejaki problem ze zrozumieniem, na czym ów ideał miałby polegać: czy młode dziewczęta chcą być porzucone przez mężów i w godności znosić swoje osamotnienie?

A może pragnęłyby zachować czystość w sytuacji, gdy mąż zdecyduje się zaangażować w działalność polityczną?

A może jeszcze inaczej: chcą walczyć o swoje prawa, chcą być silne i zyskać szacunek, mimo tego, że zostały porzucone?

Czy wobec tego - paradoksalnie - Jashodaben jest ideałem zarówno dla wyznawców starożytnej tradycji indyjskiej, jak również dla nowoczesnych kobiet, które rozumieją, że istnieje też ciemna, a nawet bardzo ciemna strona każdej tradycji? Nie wiadomo. W Indiach każda interpretacja jest możliwa. Każdy jest w stanie zredagować własną wizję ideału."

Reklama

Reklama

Reklama