Reklama

Reklama

Historia o miłości, w którą trudno uwierzyć

Na początku rozmawiali przy użyciu alfabetu Morse'a. Kawałkiem metalu lub knykciem stukali w dzielącą ich ścianę. Pewnej nocy ona opowiedziała mu całą historię Tristana i Izoldy. Gdy przeniesiono ich do innych więzień, pisali do siebie listy. W jednym tak Ju pisał do Małej: "Cóż za radość szalona – otrzymałem dwa listy od Ciebie. Dwa nowe strumienie otuchy…".

Pierwszy raz - bez krat, siatek i zasuw - zobaczyli się na swoim ślubie.

Mała i Ju to pseudonimy Wiesławy Pajdak i Jerzego Śmiechowskiego - łączniczki i żołnierza Polski Podziemnej walczących z niemieckim okupantem. Za działalność niepodległościową po II wojnie światowej zostali skazani na lata stalinowskiego więzienia. Tam właśnie się w sobie zakochali.

Reklama

To historia o miłości, w którą trudno uwierzyć.

Angelika Kuźniak - reporterka, autorka bestsellerów: Marlene, Papusza, Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk, Stryjeńska. Diabli nadali. Trzykrotnie uhonorowana nagrodą Grand Press, laureatka Nagrody im. Barbary Łopieńskiej. W 2016 była nominowana do Nagrody Literackiej Nike.

Ewelina Karpacz-Oboładze - reporterka Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. Trzykrotnie uhonorowana nagrodą Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Współautorka (wraz z Angeliką Kuźniak) bestsellerowej książki Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk.

Dla naszych internautów wraz z wydawnictwem Znak przygotowaliśmy kilka egzemplarzy książki. Aby zdobyć jeden z nich, wystarczy zmierzyć się z przedstawionym poniżej zadaniem konkursowym.

Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki "Krótka historia o długiej miłości".

FRAGMENT KSIĄŻKI:

"[...]

Doskonale zapamiętała tę chwilę. Jak gdyby wszystko ważne zdarzyło się tylko wtedy.

Była sobota, grudzień czterdziestego siódmego roku.

W ścianę sąsiedniej celi zastukała przed północą.

Cicho, cichuteńko.

Pytała alfabetem Morse’a, krótko, rzeczowo. Kto tam siedzi?

Z jakiej sprawy? Może przyszedł niedawno i wie, co na wolności?

Przyłożyła ucho do ściany.

Ściana się odezwała.

On się odezwał.

* * *

Cztery tygodnie wcześniej.

5 listopada 1947 roku.

Warszawa.

Jeszcze przez wiele lat po tym dniu słyszała w głowie stuk wywalanych na podłogę szuflad.

Przyszli wczesnym popołudniem. Czego szukają, nie wiedziała. Nie wiedziała również, że dwa dni wcześniej w Krakowie aresztowano jej matkę Janinę.      

I że natychmiast wysłano do Warszawy telefonogram z nakazem aresztowania córki.

Rewizję w akademiku przy ulicy Górnośląskiej, w pokoju dwudziestotrzyletniej Wiesławy Pajdak, studentki stomatologii, funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa zakończyli o dziewiętnastej.

Zarekwirowano: maszynę do pisania Rheinmetall, blok rysunkowy, dwie fotografie, kopertę, osiem listów, pięć kart pocztowych, egzemplarz "Gazety Ludowej" z drugiego lipca czterdziestego siódmego roku oraz zużyty bilet kolejowy na pociąg pospieszny z Warszawy do Krakowa z miejscówką.

- Pani pójdzie z nami - powiedzieli na koniec. Zapewnili, że na chwilę, że chodzi o drobiazgi.

Poszła więc. W wełnianej sukience w kolorze wrzosu, jasnych pantoflach i cienkim jesiennym palcie.

* * *

Ten sam dzień.

I kilka następnych.

Warszawa, ulica Koszykowa, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego.

- Przeczytajcie na głos. Słyszycie? Powiedziałem, przeczytajcie.

Śledczy podsuwa jej kartkę.

Ona czyta.

"Oświadczam, co następuje: Ja, Wiesława Pajdak, córka Antoniego Pajdaka, urodzona 9 stycznia 1923 roku w Krakowie, zeznaję..."

Zeznała.

Że w czasie wojny pod pseudonimem "Krystyna" działała w konspiracji. Była łączniczką między organizacją Wolność, Równość, Niepodległość (WRN) a Delegaturą Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na Kraj, w której działał jej ojciec, adwokat, minister podziemnego rządu polskiego, socjalista, żołnierz legionów. Ten, którego w procesie szesnastu przywódców Polski Podziemnej wyłączono z procesu głównego i skazano po cichu na pięć lat (karę nadal odsiaduje).

Zeznała.

Że podczas okupacji przez ponad półtora roku dostarczała z Krakowa do Warszawy dokumenty, broń zapieczoną w chlebie "w prostej zakupowej torbie z podwójnymi bokami" oraz pocztę "Żegoty". W czterdziestym trzecim roku pomogła ojcu ukryć w Warszawie żydowską rodzinę, przeżyli wojnę. Ponadto przepisywała i przewoziła grypsy obozowe (głównie od Józefa Cyrankiewicza), z Warszawy nadawano je do Londynu. Dla więźniów obozu Auschwitz-Birkenau przygotowywała paczki, a w krakowskim mieszkaniu przy ulicy Tarnowskiego siedem pakowała szczepionki Weiglowskie przeciwko tyfusowi.

Od maja czterdziestego czwartego do wyzwolenia uczyła przedmiotów humanistycznych na tajnych kompletach gimnazjalnych. Po wojnie nie działała w WRN-ie.

Na Koszykowej Wiesławy Pajdak nie dręczono ani nie bito.

[...]

* * *

6 listopada 1947 roku.

Gdynia.

Był to dziwny dzień.

Rano do Jerzego Śmiechowskiego, młodego maklera morskiego, zadzwonił znajomy. Ostatni raz widzieli się przed wojną. Znajomy jest w Gdyni przejazdem i chciałby się spotkać, wraca do Warszawy nazajutrz rano. Jerzy

zaprosił go do swojego mieszkania, na ulicę Staromiejską.

Rozmowa się nie kleiła. Do tego Śmiechowski zauważył, że "znajomy dziwnie rozgląda się po mieszkaniu". Pożegnali się parę minut po dwunastej.

Następnie wczesnym popołudniem, podczas spaceru z łączniczką z czasów okupacji Wandą Białostocką, Jerzy ma wrażenie, że ktoś go śledzi.

O szóstej wieczorem był już w domu. Rozległo się pukanie. Akurat stał w przedpokoju, wiązał krawat przed lustrem. W kuchni jego żona Maria przyszywała guzik do marynarki od garnituru, w którym miał pójść do teatru.

Drzwi wejściowe były dwuskrzydłowe, oszklone w jednej trzeciej od góry. Po włączeniu światła część korytarza była jasna. Przez wizjer zobaczył kilkunastu mężczyzn w cywilu, jeden celował z karabinu.

- Urząd Bezpieczeństwa, otworzyć!

Otworzył dolny, potem górny zamek. Wpadli do środka. Jeden z nich zawołał: "Uwaga na balkony!" (były dwa: od frontu i od podwórza). Inni rozbiegli się po pokojach. Przetrząsali dom. Po kilku godzinach kazali mu się ubrać i pójść przodem. Zostawili po sobie stos powyrzucanych z szaf ubrań,

dokumentów i książek.

[...]

- Dość!

Pułkownik Józef Różański, szef departamentu śledczego w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, uderza pięścią w stół.

- Trzeba od razu powiedzieć: mam z panem [jeszcze tak się do Jerzego zwracano, później pojawi się "ty", na końcu "skurwysyn"podwójne porachunki. Ja jako Różański do NSZ-owca i jako przedstawiciel władzy ludowej do przestępcy i szpiega. W Polsce nie sąd, nie prokurator decyduje o karze. O tym decyduję ja. Dla pana kara jest jedna - krzyżyk, kara śmierci. Wiemy już teraz, że jest pan rezydentem wywiadu brytyjskiego na Wybrzeżu. Dwudziestego października tego roku wywiózł pan Stanisława Mikołajczyka z Polski. Jak? Proszę ujawnić siatkę.

Jerzy Śmiechowski siedzi na krześle pod ścianą, naprzeciwko okien, w świetle.

Zaprzecza oskarżeniom.

O ucieczce Mikołajczyka, przywódcy Polskiego Stronnictwa Ludowego, posła na Sejm Ustawodawczy, wicepremiera i ministra rolnictwa w Tymczasowym Rządzie Jedności Narodowej, dowiedział się z serwisu informacyjnego BBC.

Różański nie rezygnuje:

- Co pan wie o ucieczce Stefana Korbońskiego?

- Stefan Korboński, poseł na sejm, ostatni delegat rządu londyńskiego na kraj, działacz Państwa Podziemnego. Znam to nazwisko.

Różański zapewnia, że wie, jak Korboński uciekł z Polski. I kto mu pomógł. Interesuje go, gdzie jest teraz.

Jerzy Śmiechowski spogląda na zegarek. Odpowiada z namysłem, spokojnie:

- Od trzech godzin w Szwecji."

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama