Reklama

Reklama

Gdy medycyna bardziej szkodzi niż pomaga...

​Dr Ben Goldacre w swojej kolumnie na łamach "Guardiana" od lat demaskuje manipulacje podejrzanymi danymi medycznymi i pseudomedyczne metody leczenia, odkrywa ponure tajemnice stojące za praktykami producentów leków, bierze pod lupę medyczne mistyfikacje, np. tę rozpętaną wokół szczepionki trójskładnikowej MMR, a także analizuje robiące wodę z mózgu reklamy kosmetyków, akupunkturę i homeopatię, witaminy i wywołujący wśród społeczeństwa poruszenie temat "toksyn".

Ta pełna goryczy i sarkazmu, choć przy tym przezabawna, książka, stanowiąca plon jego wieloletniego śledztwa dziennikarskiego, jest niezwykle fascynującą i otrzeźwiającą podróżą po obszarze szkodliwej niby-medycyny, którą codziennie karmią nas przeróżne media i pozujący na autorytety szarlatani.

Reklama

Wraz z Wydawnictwem Zysk i S-ka przygotowaliśmy dla państwa trzy egzemplarze książki "Szkodliwa medycyna". Aby zdobyć jeden z nich, wystarczy odpowiedzieć na pytanie.

Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki.

Fragment:

"Efekt placebo

Spośród niebezpieczeństw związanych z  medycyną uzupełniającą i alternatywną największym rozczarowaniem jest sposób rozumienia naszego ciała. Tak jak teoria Wielkiego Wybuchu jest czymś więcej niż historią stworzenia z Księgi Rodzaju, historia, jaką nauka opowiada nam o świecie naturalnym, jest o wiele ciekawsza niż bajeczka o magicznych pigułkach przygotowanych przez alternatywnego terapeutę. Aby przywrócić równowagę, proponuję ci pełną przygód wycieczkę po jednym z najdziwaczniejszych i najbardziej pouczających obszarów badań medycznych, mianowicie zastanowimy się wspólnie nad związkiem między naszym ciałem a naszym umysłem, nad rolą poczucia sensu w leczeniu, a w szczególności nad "efektem placebo".

Badania nad placebo

W większości badań nie dysponujemy grupą "absolutnie pozbawioną leczenia", która mogłaby być porównywana z grupą otrzymującą placebo i grupą otrzymującą lek, a to wszystko z bardzo poważnych powodów etycznych. Jeśli pacjenci są rzeczywiście chorzy, to nie powinno się zaniechać leczenia tylko ze względu na własne małostkowe zainteresowanie siłą efektu placebo. Obecnie w większości przypadków za niewłaściwe uważa się stosowanie placebo w próbie: gdziekolwiek to możliwe, należy porównać nową formę leczenia z najlepszym już istniejącym, aktualnym leczeniem.

(...)

Skoro więc nie chcemy przeprowadzać żadnych nieetycznych eksperymentów naukowych na chorych z grupami pozostawionymi "bez leczenia", to jak inaczej możemy określić zakres wpływu efektu placebo na współczesne choroby? Po pierwsze, co wręcz genialne, możemy porównać jedno placebo z drugim.

Pierwszym krokiem była metaanaliza Daniela Moermana, antropologa specjalizującego się w mierzeniu efektu placebo. Wziął on dane z badań kontrolowanych placebo nad lekami na wrzody żołądka, co było sprytnym posunięciem, ponieważ wrzody żołądka są dla nauki doskonałym materiałem badawczym. Ich obecność lub brak łatwo obiektywnie stwierdzić za pomocą kamery gastroskopowej wprowadzanej do żołądka i uniknąć jakichkolwiek wątpliwości.

Moerman skupił się tylko na danych dotyczących placebo, a następnie — w swoim drugim genialnym posunięciu — spośród wszystkich badanych leków, z ich różnymi schematami dawkowania, zestawił te, gdzie dawka wynosiła dwie cukrowe pigułki dziennie, z tymi, gdzie dawkowanie wynosiło cztery tabletki cukru dziennie i porównał czas gojenia się wrzodów pod wpływem placebo. To, co otrzymał, było wręcz spektakularne, mianowicie cztery pigułki z cukru okazały się skuteczniejsze niż dwie (odkrycia te zostały również powielone na innym zbiorze danych. To tylko informacja dla tych, którzy zanadto się niepokoją o powtarzalność ważnych odkryć klinicznych).

Jak wygląda leczenie

Zatem cztery pigułki są skuteczniejsze niż dwie. Jak to możliwe? Czy tabletka z placebo ma działanie podobne do innych tabletek? Czy istnieje krzywa reakcji na określoną dawkę, jaką farmakolodzy określają względem jakiegokolwiek innego leku? Odpowiedź brzmi, że efekt placebo to coś więcej niż tylko pigułka: chodzi o kulturowy sens leczenia. Działanie tych pigułek po prostu nie zachodzi w żołądku. Są one podane w określony sposób, miewają różne postaci i są zażywane z nadzieją — dopiero to wszystko ma wpływ na przekonania pacjenta na temat swojego zdrowia, co z kolei wpływa na wynik leczenia. Homeopatia jest doskonałym przykładem wartości, jaką niesie ze sobą cały ceremoniał.

Rozumiem, że może się to wydawać nieprawdopodobne, więc zebrałem dla ciebie najlepszą kolekcję danych na temat efektu placebo w jednym miejscu, dlatego wyzwanie jest następujące: zobacz, czy potrafisz lepiej wytłumaczyć ten bez wątpienia dziwny, daję słowo, zestaw wyników eksperymentalnych.

Po pierwsze, Blackwell (1972) przeprowadził wiele eksperymentów na pięćdziesięciu siedmiu studentach, aby określić wpływ koloru — a także liczby pigułek — na spodziewane efekty. Badani siedzieli na nudnym, godzinnym wykładzie i podawano im jedną lub dwie pigułki, różowe lub niebieskie. Powiedziano im, że mogą się spodziewać podania środka pobudzającego lub uspokajającego. Ponieważ byli to psycholodzy, a poza tym działo się to w czasach, kiedy z badanymi można było robić, co się chce — nawet ich okłamywać — zabieg polegał tylko na podaniu wszystkim studentom pigułek z cukru w różnych kolorach.

Kiedy później zbadano poziom ich pobudzenia — jak również wszelkich subiektywnych odczuć — okazało się, że tak jak można się było spodziewać, dwie pigułki okazały się bardziej skuteczne niż jedna (a poza tym dwie tabletki wywoływały silniejsze skutki uboczne). Stwierdzono też, że kolor ma wpływ na wyniki. Różowe pastylki z cukru były lepsze na podtrzymanie koncentracji niż niebieskie. Ponieważ kolory same w sobie nie mają wewnętrznych właściwości farmakologicznych, różnica w działaniu mogła być spowodowana wyłącznie kulturowym znaczeniem różu i błękitu: różowy wyostrza zmysły, niebieski zaś jest uważany za kolor, który raczej tłumi reakcje. Inne badanie sugerowało, że oxazepam, lek podobny w działaniu do valium (który był mi kiedyś jako nadpobudliwemu dziecku z marnym skutkiem przepisany przez lekarza ogólnego), był bardziej skuteczny w leczeniu lęku, kiedy miał postać zielonej tabletki, a bardziej skuteczny w leczeniu depresji, gdy był koloru żółtego.

Firmy farmaceutyczne, a przynajmniej większość z nich, znają zalety dobrego brandingu: w końcu wydają więcej na PR niż na badania i rozwój. Jak się można spodziewać po ludziach czynu, posiadających ogromne domy na wsi, wcielają oni te teoretyczne idee w życie. Na przykład prozac może być biały lub niebieski; i jeśli masz mnie za kogoś, kto wybiera tylko co ciekawsze zjawiska, to odpowiadam, że przegląd koloru tabletek obecnie dostępnych na rynku wskazuje na to, że leki pobudzające występują raczej w postaci czerwonych, pomarańczowych lub żółtych tabletek, podczas gdy środki antydepresyjne i środki uspokajające są na ogół niebieskie, zielone lub fioletowe.

Jeśli chodzi o postać, to sprawa wykracza poza kwestię koloru. W 1970 roku środek uspokajający — chlordiazepoksyd — jak się okazało, jest bardziej skuteczny w postaci kapsułek niż pigułek, nawet przy tym samym składzie, w tej samej dawce. Kapsułki w tamtym czasie wydawały się nowocześniejsze, przez to w pewnym sensie bardziej "naukowe". Być może sam bywasz rozrzutny i wydajesz więcej w aptece tylko dlatego, by ibuprofen był w kapsułkach.

Sposób podania też nie jest bez znaczenia. Okazało się, że zastrzyki z soli fizjologicznej w trzech oddzielnych eksperymentach były bardziej skuteczne niż pigułki z cukru, jeśli chodzi o stabilizowanie ciśnienia krwi, bólu głowy i bólu pooperacyjnego, a to przecież nie z powodu jakiejkolwiek wyższości fizycznych korzyści z wstrzykiwania słonej wody nad łykaniem tabletek z cukru — bo taka nie istnieje — ale dlatego, że, jak wszyscy wiedzą, zastrzyk stanowi o wiele bardziej dramatyczną interwencję niż banalne łykanie pigułki.

Wracając do naszych terapeutów alternatywnych, "British Medical Journal" opublikował ostatnio artykuł porównujący dwie różne terapie placebo zastosowane w celu uśmierzenia nieznacznego bólu, z których jedną stanowiła pigułka z cukru, a drugą swego rodzaju "rytuał", leczenie wzorowane na akupunkturze. Próba ta wykazała, że większe korzyści dawał rozbudowany rytuał niż placebo.

Jednak najlepszym świadectwem społecznej struktury efektu placebo jest bez wątpienia dziwna historia dotycząca opakowania. Ból to dziedzina, w której — jak sam zapewne podejrzewasz — kulturowe znaczenie procesu może mieć znaczący wpływ. Wielu ludzi odkryło, że mogą zapomnieć o bólu — przynajmniej do pewnego stopnia — kiedy zajmą swoją uwagę czymś innym, ale też że ból zęba nasila się pod wpływem stresu.

Branthwaite i Cooper podjęli się w 1981 roku niebywałego zadania i skupili swoją uwagę na 835 kobietach cierpiących na bóle głowy. Było to badanie czteroramienne, w którym badane były poddane albo działaniu aspiryny, albo placebo, a tabletki pakowano albo w pozbawione napisów, bezbarwne, neutralne pudełka, albo w kolorowe, krzykliwe, markowe opakowania. Badacze odkryli, jak się zresztą można było spodziewać, że aspiryna lepiej pomagała na ból głowy niż pigułki z cukru. Ponadto stwierdzili, że jakość opakowania miała korzystny wpływ, wzmagając zarówno efekt działania placebo, jak i aspiryny.

Ludzie, których znam, wciąż upierają się przy kupowaniu markowych leków przeciwbólowych. Jak pewnie możesz sobie wyobrazić, spędziłem pół życia, próbując wytłumaczyć im, dlaczego jest to wyrzucanie pieniędzy w błoto. W rzeczywistości paradoks danych eksperymentalnych Branthwaite’a i Coopera mówi, że ci ludzie mają całkowitą rację. Niezależnie od tego, co podpowiada teoria farmakologii, markowy produkt jest lepszy, i od tego nie uciekniemy. Częściowo odpowiedzialna za to jest też cena. niedawne badania dotyczące łagodzenia bólu spowodowanego porażeniem elektrycznym wykazały, że leczenie tego bólu było skuteczniejsze, kiedy pacjentów poinformowano, że lek kosztuje 2,50 dolara, niż kiedy im powiedziano, że kosztuje 10 centów. (A artykuł, który jest obecnie w druku, wykazuje, że ludzie chętniej stosują się do porady lekarza, kiedy za nią zapłacili).

Jest coraz lepiej albo gorzej w zależności od tego, ku któremu z podejść się skłaniasz. Montgomery i Kirsch (1996) powiedzieli studentom, że wezmą udział w badaniu nad nowym znieczuleniem miejscowym zwanym "trivaricaine". Trivaricaine jest brązową maścią, którą smaruje się skórę, pachnie jak lekarstwo i jest tak silna, że kiedy się ją nakłada, trzeba założyć rękawiczki: to właśnie sugerowali studentom. W rzeczywistości maść była zrobiona z wody, jodyny i oleju tymiankowego (dla zapachu), a eksperymentator (oczywiście ubrany w biały fartuch) używał gumowych rękawiczek tylko po to, by wzmocnić teatralny efekt. Żaden ze składników tej maści oczywiście nie ma działania przeciwbólowego.

Trivaricaine nakładano na któryś z palców wskazujących osób badanych, a eksperymentatorzy za pomocą imadła powodowali bolesny ucisk na palec uczestników w zmiennej kolejności. Raz najpierw aplikowano ucisk, a raz najpierw trivaricaine. Badani stwierdzali, że w palcach, na które uprzednio nałożono maść, odczuwali mniejszy ból i było to mniej nieprzyjemne uczucie. To też jest efekt placebo, mimo że nie stosowano pigułek.

Niech będzie jeszcze dziwniej. Fałszywe ultradźwięki są w stanie uśmierzyć ból zęba, wykazano, że operacje placebo przynoszą korzystne efekty nawet w przypadku bólu kolana (chirurg po prostu wykonuje nacięcia laparoskopowe i pozoruje działanie, jakby faktycznie robił coś sensownego), a ponadto operacje placebo mają nawet, jak wykazano, wpływ na leczenie dusznicy bolesnej. Dusznica to ból odczuwany wtedy, kiedy do mięśnia sercowego nie dociera dostateczna ilość tlenu potrzebnego do jego funkcjonowania. Dlatego ćwiczenia fizyczne prowadzą do nasilenia objawów, ponieważ wymagają od mięśnia sercowego bardziej intensywnej pracy. Podobnego bólu możesz doświadczyć, wbiegając po schodach na dziesiąte piętro, oczywiście zależnie od tego, na ile jesteś sprawny.

Leczenie dusznicy zazwyczaj polega na rozszerzaniu naczyń krwionośnych i często wykorzystuje się do tego grupę związków chemicznych zwanych azotanami. Rozkurczają one mięśnie gładkie w ciele, co oznacza, że rozszerzają się wówczas tętnice, które przepuszczają więcej krwi (ale rozkurczają równocześnie inne mięśnie gładkie, w tym zwieracz odbytu, dlatego w sklepach erotycznych można dostać odmianę tych leków pod nazwą "płynne złoto").

W latach 50. XX wieku pojawił się pomysł, że można spowodować rozrost grubszych naczyń krwionośnych w sercu, jeśli podwiąże się tętnicę przy przedniej ścianie klatki piersiowej, która nie jest zbyt ważna, ale która rozgałęzia się na główne tętnice serca. Przypuszczano, że tym samym wyśle się wiadomość z powrotem do głównego rozgałęzienia tętnic mówiącą, że potrzebny jest większy ich rozrost, i w ten sposób da się zmanipulować cały organizm. Niestety, pomysł ten okazał się nonsensowny, ale stał się modny. W 1959 roku przeprowadzono kontrolowaną próbę placebo takich operacji. W niektórych operacjach chirurdzy zrobili wszystko zgodnie ze sztuką, natomiast w operacjach "placebo" przeprowadzili całą procedurę, tylko nie podwiązywali tętnic. Stwierdzono, że skutki operacji placebo były tak samo dobre jak operacji rzeczywistych — ludzie na ogół czuli się lepiej w obu przypadkach, a różnica pomiędzy grupami była niewielka. Jednak najdziwniejsze jest to, że w owym czasie nikt nie robił z tego afery: prawdziwa operacja nie była skuteczniejsza niż fikcyjna — jasne, ale jak wytłumaczyć fakt, że ludzie jeszcze przez długi czas odczuwali poprawę będącą skutkiem operacji. Nikt nie pomyślał o mocy efektu placebo. Operacja w ówczesnym mniemaniu poszła po prostu na marne.

(...)"

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje