Reklama

Reklama

"Fiva", czyli godziny grozy na Ścianie Trolli

W 1969 roku młodzi wspinacze, Gordon i John Stainforth, postanowili zmierzyć się z najwyższą w Europie pionową ścianą skalną, norweską Ścianą Trolli. Zachęceni przez "ekspertów", pewni swoich umiejętności i zaopatrzeni w marny prowiant oraz sprzęt, który dziś określilibyśmy jako przestarzały, wybrali drogę nazywaną "Fiva". Słowo wymawiane jak angielskie fever - gorączka - miało doskonale oddać piekielne chwile, jakie niebawem przeżyli.

Niestety bracia zlekceważyli kapryśną i groźną naturę gór. Przygoda, która miała im zająć jedno popołudnie, okazała się trwającym ponad 50 godzin testem sprawności fizycznej, a także prawdziwą próbą charakteru i zaufania. To była wyprawa, która mogła kosztować ich życie.

40 lat później Gordon Stainforth - który dziś wspina się, pisze książki i fotografuje góry - zdecydował się opisać te dramatyczne wydarzenia. To bardzo osobista, wspaniale opowiedziana, a zarazem nietypowa relacja, pozwalająca czytelnikowi dotrzymać kroku młodym Stainforthom, pokonującym nieprzyjazną i trudną skalną drogę.

Reklama

Dla naszych internautów wraz z Wydawnictwem Poznańskim przygotowaliśmy kilka egzemplarzy książki. Aby spróbować zdobyć jeden z nich, wystarczy zmierzyć się z niżej przedstawionym zadaniem konkursowym. Wcześniej polecamy lekturę fragmentu opowieści Gordona Stainfortha.

Przeczytaj fragment książki "Fiva"

SEKUNDĘ PÓŹNIEJ

Potężne szarpnięcie i lina z zaskakującą gwałtownością mknie między moimi rękawiczkami bez palców, jakby na jej końcu były co najmniej trzy osoby.

Kiedy zaciskam na niej prawą rękę, ręka wali mnie w podbródek, a palce rozwierają się z powodu gorąca powstałego wskutek tarcia. Lina nabrała tak ogromnej prędkości, że gdy próbuję ją zatrzymać, parzy mi dłonie niczym rozżarzony do czerwoności pogrzebacz. Nie mogę zrobić tego w mitenkach, palce nie chcą się zacisnąć. Za każdym razem, kiedy próbuję, odruchowo się rozwierają.

To niemożliwe, lina smaga mi ręce i wyślizguje się jak żywe srebro, nie kontroluję jej. Stracę ją! Za ułamek sekundy ją stracę!

Ciemna plamka Johna pędzi w przepaść z zawrotnym przyspieszeniem. Jeśli nie uda mi się go złapać, lina się skończy, punkty stanowiskowe wylecą i obaj spadniemy, a z nami czekan, który zwisa nade mną bezużytecznie. Spadniemy do podnóża góry.

Muszę ją zatrzymać albo będzie po nas. Umrzemy.

Z całej siły staram się stać prosto i spowolnić pęd liny. Olbrzymi ciężar pędzącej masy ciała Johna sprawia, że mnie obraca... obraca... i obraca... ciągnie w dół.

Szarpie i obraca w prawo. Zupełnie jakby mój brat leciał w przestrzeń kosmiczną, a ja próbowałbym utrzymać go gołymi rękami na rozgrzanym do czerwoności kablu.

Lina wyje, przesuwając się po moim karku jak piła taśmowa - na śliskiej kurtce został tak absurdalnie krótki jej kawałek, że prawie nie ma tarcia, a ja czuję gorąco przenikające przez kaptur, gdy wrzyna mi się w szyję.

Stanowisko musi wytrzymać. Musi!

Wytrzyma albo już po nas.

Z całej siły próbuję stać prosto, ale górna część mojego ciała skręca się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, tak że stoję klatką piersiową do ściany, podczas gdy olbrzymi ciężar ciągnie mnie w dół i w bok. Moje stopy pogrążają się w śniegu, a serce w piekielnych otchłaniach.

Nagle półka się urywa, a ja wiszę na czekanie bokiem do ściany, z prawym policzkiem przyciśniętym do lodu, a lina owija się wokół mnie jak żywe stworzenie.

Czekan musi mnie utrzymać!

Lina przesuwa się po moim karku z zawrotną prędkością... 

Albo jesteśmy martwi.

Lina jak wściekły wąż wyrwała mi się z rąk, a ja - jak gdyby złapała mnie gigantyczna dłoń  - zostałem ciśnięty w otchłań.

Teraz nie ma już nic poza powietrzem i filarami zbliżającymi się do mnie pod dziwacznym kątem.

A więc to jest śmierć. Tak to wygląda.

Myślę tylko o jednym: co powiedzą ludzie?

Tylko o to się martwię.

Wraz z tą myślą pojawia się najsilniejsze, najbardziej przerażające uczucie, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem. To koniec. Jest zatruwające, odrażające i silniejsze od wszystkiego, nawet od wstrząsu z powodu tego, co się mi przydarzyło.

Wstyd. Straszny wstyd.

Zawiedliśmy, zawiedliśmy wszystkich, a najbardziej tatę. To takie cholernie, cholernie głupie! Obrzydliwe i żałosne.

Wstyd.

Odbijam się od zlodowaciałego śniegu, po czym znów zostaję ciśnięty w powietrze, bardzo daleko.

...Staniemy się teraz koszmarnym tematem tabu, będą nas wspominać - jeśli w ogóle ‒ tylko przyciszonymi głosami, zostaniemy wymazani z historii, bo to zbyt straszne, by o tym rozmawiać. Będziemy tematem, który należy zmienić tak szybko, jak to możliwe. "Bliźniacy Stainforth" staną się symbolem tematu tabu, słowami cuchnącymi niemożliwym do wyrażenia wstydem.

Jakie to cholernie, cholernie GŁUPIE!

Takie myśli, i wiele innych, przelatują mi przez głowę, gdy pikuję w stronę śmierci.

Zaczynam liczyć uderzenia tak, jak liczy się sekundy dzielące od znieczulenia, gdy siedzi się na fotelu dentystycznym. Tym razem będzie to jednak znieczulenie na wieczność.

Nie jest to nieprzyjemne.

Dwa!

Kolejne silne uderzenie i znów katapultuję się w pustkę.

"Ci nieszczęśni bliźniacy Stainforth, którzy zabili się w Norwegii. I zawiedli swojego ojca!"

Smutni, żałośni i niewyobrażalnie głupi "bliźniacy Stainforth"! Teraz nie żyją.

Trzy!

Góra wpada na mnie z takim impetem, jak samochód podczas kraksy, jest nieruchoma jak w stop-klatce, jakbym wjechał w skalną ścianę. Potężne uderzenie nie wywołuje bólu. Nie czuję nic, wszystko zredukowane jest do jednego, twardego, fizycznego faktu.

Twarda skała. Tkwię. Głową w dół. Zastygły w czasie. Przyszpilony jak owad.

Jestem tylko obserwatorem. Patrzę w dół na śnieg zalegający w żlebie daleko pode mną i na chmury po drugiej stronie.

Nic więcej.

Może to właśnie jest śmierć?

Widzę małe stopnie biegnące przez pierwsze lodowe wybrzuszenie 6-9 metrów niżej, a później nic prócz chmur. Żadnych oznak życia. Ani liny. Nic. Lina zniknęła.

A potem - w życiu nie doświadczyłem czegoś tak strasznego, to było straszniejsze niż śmierć  - uświadomiłem sobie coś, co uderzyło mnie mocniej niż jakkolwiek skała....

John zginął.

...serce mi pęka...

John zginął!

To najgorsza chwila w moim życiu - o ile oczywiście jeszcze żyję.

John zginął.

Wiszę zostawiony na śmierć. Wiszę głową w dół na wysokości 1200 metrów w norweskich górach. Utknąłem tu na zawsze, będę tak wisiał, aż umrę.

Żałuję, że nie spadłem razem z nim. Czy może być coś gorszego niż to?

Nie. To koniec życia. Koniec wszystkiego. Lepiej od razu umrzeć niż wisieć i czekać na śmierć.

Próbuję się ruszyć, jakkolwiek, obrócić, wykorzystując ostrą krawędź skały obok, staram się odwrócić, wrócić do pionu. Wreszcie jedno zgięte kolano opieram o stromą półkę i oszołomiony gapię się na chmury w dole. Dociera do mnie, w jak koszmarnej jestem sytuacji, i zastanawiam się, co, do diabła, mam zrobić.

Co mam, do diabła, robić, skoro John nie żyje?! Przecież jestem w piekle.

Nagle słyszę bardzo cichy głos, tak cichy, że w pierwszej chwili wydaje mi się, że to wytwór mojej wyobraźni. Moje imię. Z bardzo daleka.

Zaskoczony odwracam gwałtownie głowę, żeby spojrzeć przez prawe ramię.

Nade mną zionie bezkresna, biała, otoczona wielkimi ciemnymi skałami otchłań. Ograniczające ją wielkie skalne ściany są nie do przejścia To skręcający pod dziwnym kątem upiornie biały korytarz Wielkiego Króla Gór.

Dokładnie pośrodku tego korytarza, około 9 metrów nade mną...

...głowa Johna.

Tylko głowa leżąca na śniegu. To jest głowa Johna.

A gdzie reszta?

Jestem przerażony. Co mam powiedzieć?

- Żyjesz? - pytam trwożliwie, niepewnie, z niedowierzaniem. Bardzo możliwe, że John nie żyje.

- Tak, wszystko w porządku. - Ta głowa mówi! Głos brzmi bardzo dziwnie. I po chwili, słabo i nerwowo, choć to z pewnością głos Johna: - A u ciebie w porządku? Nie jesteś ranny?

On żyje.

Ja żyję.

- Żyję! - wypalam w odpowiedzi.

Dlaczego John myśli, że jestem ranny?

Obciążam kolano, próbując stanąć. Nie wiem dlaczego.Muszę stanąć i cały swój ciężar oprzeć na prawej nodze. Nie mogę.

Co mnie przytrzymuje!

- Nie ruszaj się! Nie ruszaj! - Głos Johna brzmi bardzo stanowczo, lecz spokojnie. John nie krzyczy, choć mówi bardzo zdecydowanie:

- Zostań tam, gdzie jesteś!

Uświadamiam sobie, że większość ciężaru mojego ciała utrzymuje niepewnie splątana lina.

‒ Żyję, żyję... - bełkoczę jak małe dziecko, próbując wstać i wyplątać się z liny. Zginam lewe kolano.

- Nie ruszaj się! Zostań dokładnie tam, gdzie jesteś! Będę cię asekurował.

‒ Żyję... żyję! - Wciąż nie mogę w to uwierzyć, to zdumiewające, że ja i John znów jesteśmy w świecie żywych.

Stoję teraz na obu nogach, kuśtykam wkoło, masuję kolano. Zdaję sobie sprawę, jak niewiele mnie tu trzyma. Jestem na stromej skalnej półce, szerokiej na około metr, i w każdej chwili mogę zostać z niej zmieciony przez śnieg. Jedna żyła liny przytrzymuje moją prawą nogę, druga biegnie do uprzęży w pasie. Nie jest jednak jasne, co właściwie mnie trzyma.

- Nie ruszaj się! Po prostu tam stój i spróbuj się przyaucić.

Przez cały czas bezwiednie masuję bardzo, bardzo mocno lewe kolano. Z początku prawie nie zauważam bólu. Kiedy jednak wreszcie uświadamiam sobie, że mnie boli, mam wrażenie, że ktoś nastawił mój ból na najwyższy poziom i wciąż go podkręca, ponad wszelkie limity, coraz bardziej i bardziej. Po jakichś dwudziestu sekundach ból staje się niemal nie do zniesienia.

Ale z pewnością się zmniejszy? Nie. Muszę po prostu masować nogę. Robię to tak energicznie, że za minutę pewnie nie będę miał kolana.

- Muszę się przyasekurować, muszę się przyasekurować... - mamroczę.

W głębi półki widzę mały skalny ząb. Zdejmuję z szyi najdłuższą pętlę, zarzucam ją na ząb i wpinam się w nią, klękając na zdrowym prawym kolanie. Orientuję się, że półka to górna część sporego głazu, który zaklinował się w żlebie i teraz jego czubek wystaje ze śniegu. Nie przypominam sobie, żebym go wcześniej widział.

John majstruje przy linie - ciągnie ją, rzuca. Pętla dociera do mnie.

- Zwiąż się!

Zdejmuję plecak, przypinam go do taśmy i obwiązuję się liną w pasie. To się nazywa asekuracja. Kiedyś opowiem wam o tym więcej.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama