Żyją w niedostatku, ciągle z czegoś rezygnują. "Niby pieniądze szczęścia nie dają..."
- Pieniądze ledwo wystarczają na najbardziej podstawowe potrzeby - mówi 43-letnia Katarzyna. Jej historia nie jest wyjątkiem. Według danych EAPN w niedostatku żyje dziś ponad 17 milionów Polaków.

Katarzyna Tarnowska ma 43 lata, męża i dwójkę dzieci. Przez wiele lat pracowała i prowadziła dom. Kilka lat temu usłyszała diagnozę, która wywróciła jej życie do góry nogami.
- Choruję na nieuleczalną genetyczną chorobę SCA1. Objawia się ona postępującymi zaburzeniami ruchu i niestety całkowicie uniemożliwia mi podjęcie pracy - mówi. Dziś Kasia porusza się na wózku i wymaga stałej pomocy. Jej mąż musiał zrezygnować z pracy, by móc się nią opiekować. Rodzina utrzymuje się wyłącznie z renty i świadczeń.
- Te pieniądze ledwo wystarczają na najbardziej podstawowe potrzeby. Starcza na leki, opłacenie rachunków i skromne zakupy spożywcze. Zdarza się, że nie wystarcza nawet na to. Często musimy wybierać, z czego zrezygnować - opowiada Kasia.
- O jakichkolwiek dodatkowych wydatkach, rehabilitacji czy sprzęcie, który ułatwiłby mi codzienne funkcjonowanie, nie ma mowy - dodaje. Pomocy szuka wszędzie tam, gdzie to możliwe. Jest pod opieką fundacji, zbiera 1,5 proc. podatku, sprzedaje swoje rzeczy i organizuje licytacje, by zdobyć środki na życie.
- Żeby móc dalej żyć, potrzebuję specjalistycznej maszyny. To nie jest luksus, tylko konieczność. Niestety dziś absolutnie nie stać mnie na jej zakup. Choroba potrafi całkowicie zdeterminować życie całej rodziny - dodaje.
Na styk
Violetta i Mariusz są po pięćdziesiątce. Małżeństwo od lat żyje skromnie. Utrzymują się z renty Mariusza oraz dodatku mieszkaniowego. - Mamy gdzie mieszkać, mamy co jeść. To najważniejsze - mówi Mariusz.
Od pierwszego do pierwszego starcza im dosłownie na styk. - Ale już na nic więcej nie możemy sobie pozwolić. Żadnych niespodziewanych wydatków, żadnych większych planów. W takiej sytuacji bardzo łatwo wpaść w pętlę zadłużenia. Cieszę się, że mimo wszystko udaje nam się nie pożyczać - przyznaje.
Violetta pracowała zawodowo tak długo, jak pozwalało jej zdrowie i sytuacja rodzinna. Później przez dwadzieścia lat opiekowała się synem z niepełnosprawnością. - To była opieka całodobowa. Nie dało się jej pogodzić z pracą - opowiada.
Po śmierci syna przez pół roku otrzymywała zasiłek dla bezrobotnych. - Tak wygląda zabezpieczenie państwa w takiej sytuacji: sześć miesięcy i koniec - mówi. W tym czasie złożyła dokumentację do ZUS-u.
- Z racji wieloletniej opieki, wieku i własnych problemów zdrowotnych liczyłam, że uda się uzyskać jakieś świadczenie. Mam poważne schorzenia sercowe - mówi. Mimo to Violetcie nie przysługuje ani renta, ani świadczenie przedemerytalne.
- Do emerytury zostało mi jeszcze ponad sześć lat. I nic nie można zrobić. Przepisy są twarde. Z formalnego punktu widzenia wszystko się zgadza, ale bardzo trudno to zaakceptować. Próbuję znaleźć pracę, ale w moim wieku, z przerwą zawodową i schorzeniami nie jest łatwo - przyznaje.
Dziś nie otrzymuje żadnych świadczeń. Jest ubezpieczona przy mężu. Z pomocy MOPS-u również nie mogą skorzystać. - Minimalnie przekraczamy próg dochodowy. Dosłownie o kilka złotych. Za dużo, żeby dostać pomoc, za mało, żeby żyć spokojnie. Pojawiają się nerwy, lęk, ciągły stres. Gdyby nie mąż, nie wiem, co by było. Wolę nawet o tym nie myśleć - przyznaje Violetta.
Małżeństwo nie ukrywa poczucia głębokiej niesprawiedliwości. - Gdyby żona oddała syna pod opiekę państwa i sama pracowała zawodowo, dziś nie mielibyśmy tylu problemów. A my wzięliśmy odpowiedzialność. Żona poświęciła się opiece nad dzieckiem przez dwadzieścia lat i w efekcie została sama, całkowicie poza systemem. Życie bywa brutalne - mówi Mariusz.
Na koniec dodaje gorzko: Niby pieniądze szczęścia nie dają. Ale trzeba mieć ich chociaż trochę, żeby w ogóle dało się normalnie żyć.
Polska bieda
Według danych EAPN ponad 17 milionów Polaków żyje w niedostatku. - Mówimy tu o takim poziomie dochodu, poniżej którego trudno zaspokajać potrzeby życiowe, w tym przede wszystkim wyższego rzędu, takie jak dostęp do kultury, wypoczynku czy kontynuacja edukacji - mówi prof. Arkadiusz Karwacki, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Minimum socjalne wyznaczane przez ekspertów IPiSS opiera się na koszyku dóbr i usług oraz minimalnych cenach, uwzględniających wydatki m.in. na żywność, mieszkanie, zdrowie, edukację, transport i kulturę. Dochód poniżej tej granicy oznacza niedostatek.
- W I kwartale 2025 r. minimum socjalne wynosiło ok. 1896 zł miesięcznie dla osoby samotnej oraz 1500-1700 zł na osobę w rodzinach z dziećmi - podaje ekspert.
"Bywa tak, że nie mam pieniędzy na jedzenie"
Justyna samotnie wychowuje trzyletnią córkę. - Zajmuję się nią wyłącznie ja. Jej ojciec mieszka daleko, nie płaci alimentów. Wpada w odwiedziny raz na kilka miesięcy. Wszystko jest na mojej głowie. Opieka, organizacja codzienności, utrzymanie, które bywa najtrudniejsze - mówi.
Szczególnie wtedy, gdy dają o sobie znać problemy zdrowotne. - Mam zwalające z nóg migreny, silne bóle kręgosłupa. Próbuję się diagnozować, ale terminy do specjalistów są bardzo odległe. Na prywatne wizyty mnie nie stać, a nie wszyscy lekarze, do których trafiam, realnie pomagają. Szczerze mówiąc, nie pomógł mi nikt - zaznacza.
Brak wsparcia Justyna odczuwa praktycznie w każdym obszarze swojego życia. - Ze względu na stan zdrowia nie mogę podjąć się pracy fizycznej. W grę wchodzą wyłącznie zajęcia w godzinach 8-16, kiedy córka jest w przedszkolu. Obecnie udało mi się znaleźć pracę dorywczą, ale nawet nie wiem, jaką pensję będę w stanie wypracować - przyznaje.
Pieniędzy brakuje na wszystko: na leki, rachunki, podstawowe potrzeby. - Jestem zapożyczona, gdzie tylko się da. Złożyłam wnioski o pomoc do MOPS-u, ale na razie nie otrzymałam żadnego wsparcia. Na programy miejskie socjalne się nie łapie, za krótko mieszkam w tym mieście - tłumaczy.
Próbowała uzyskać pomoc od fundacji, ale jeszcze się nie udało. - Jedna z nich wymaga spotkań, a wyjście z domu to jest w moim stanie problem. A potrzebuję dosłownie wszystkiego, nawet paczek żywnościowych. Często bywa tak, że nie mam pieniędzy na jedzenie - mówi otwarcie.
Dużym wyzwaniem jest dla Justyny opłacenie czynszu. Chciałam zamieszkać w domu samotnej matki, ale najpierw nie było miejsc, potem dziecko było za duże - tłumaczy.
Oszczędza, choć właściwie nie ma z czego. - W zeszłym miesiącu oszczędzałam na jedzeniu. Zdarzało się, że jedynym posiłkiem w ciągu dnia była zupa zjedzona w pracy - dodaje.
Justyna nie ukrywa, że są momenty, w których traci nadzieję. - Potrzebuję jakiejkolwiek informacji: gdzie mam żyć i jak mam żyć, żeby moja córka była bezpieczna i zaopiekowana, a ja miała szansę zadbać o swoje zdrowie - podsumowuje.
Od wypłaty do wypłaty
Problem niedostatku ma wiele przyczyn. - Kluczowe są niskie płace w polskiej gospodarce. Miliony osób zarabiają w pobliżu wynagrodzenia minimalnego, dlatego nawet pełnoetatowa praca nie chroni przed znalezieniem się poniżej minimum socjalnego - tłumaczy socjolog Arkadiusz Karwacki.
Jednocześnie koszty życia rosną szybciej niż wynagrodzenia. - Wzrosły ceny energii, żywności i transportu - dodaje. W stanie trwałego niedostatku żyją m.in. samotni emeryci i renciści, osoby pracujące w niepełnym wymiarze czasu oraz rodziny wielodzietne utrzymujące się z jednego źródła dochodu.
- Pomoce, takie jak świadczenie 800+, łagodzą doświadczenie biedy, ale zwykle nie wystarczają, by osiągnąć minimum socjalne. W konsekwencji ponad połowa dzieci w Polsce żyje w rodzinach o dochodach poniżej tego progu - wyjaśnia prof. Karwacki.
Niedostatek dotyka także części klasy średniej. - To m.in. o osoby z wyższym wykształceniem, często prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą. Podwyższone ryzyko dotyczy również gospodarstw domowych z osobami z niepełnosprawnościami, a także osób bez pracy lub zatrudnionych na niskopłatnych stanowiskach - dodaje.
Osoby żyjące poniżej minimum socjalnego często funkcjonują "od wypłaty do wypłaty", bez oszczędności i zabezpieczenia finansowego. Zmuszone są do rezygnacji z części wydatków, między innymi na profilaktykę zdrowotną, kulturę czy wypoczynek.
- Nie chodzi tu o skrajne ubóstwo, lecz o stałe poczucie niepokoju i kruchości, podatność na zdarzenia losowe, które mogą zagrozić zaspokojeniu nawet podstawowych potrzeb - zauważa socjolog.
W dłuższej perspektywie prowadzi to do ograniczenia aspiracji i strategii rozwojowych całych gospodarstw domowych.
- Rezygnacja z inwestowania w edukację dzieci, podnoszenia kwalifikacji czy zmiany miejsca zamieszkania staje się racjonalną reakcją na niepewność jutra. Jeśli pełnoetatowa praca nie daje stabilności ekonomicznej, rodzi frustrację i podkopuje zaufanie społeczne, zarówno wobec instytucji państwa, jak i innych grup społecznych - podkreśla prof. Karwacki.
Problem życia w niedostatku ma więc nie tylko wymiar ekonomiczny, lecz także społeczny i polityczny. Wpływa na zdrowie publiczne, relacje społeczne, poziom zaufania i stabilność demokracji, determinując codzienne decyzje milionów osób.

















