Reklama

Zmarł Donat Doliwa, ostatni więzień Radogoszcza

W Łodzi zmarł Donat Doliwa - ostatni więzień hitlerowskiego obozu na łódzkim Radogoszczu. O śmierci swojego współpracownika poinformowało na stronie internetowej łódzkie Muzeum Tradycji Niepodległościowych.

"Był wieloletnim współpracownikiem i przyjacielem Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi, który przez całe życie czuł się zobowiązany do utrwalania w młodym pokoleniu pamięci o tragedii II Wojny Światowej oraz o funkcjonowaniu hitlerowskiego więzienia na Radogoszczu. Kiedy tylko mógł, powracał do Oddziału Martyrologii Radogoszcz. (...) Co roku uczestniczył również w uroczystościach upamiętniających masakrę radogoską i zakończenie okupacji hitlerowskiej w Łodzi. Do ostatniej chwili współpracował z Muzeum, pomagając pracownikom przy tworzeniu nowej ekspozycji stałej dotyczącej więzienia, w którym był osadzony" - można przeczytać w pożegnaniu podpisanym przez pracowników i dyrekcję Muzeum.

Reklama

Na Radogoszczu od 1940 r. funkcjonował hitlerowski obóz, a później więzienie policyjne. Na kilkadziesiąt godzin przed wkroczeniem Armii Czerwonej do Łodzi, w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 r., Niemcy podpalili więzienne budynki. W płomieniach zginęło ok. 1,5 tys. osób; uratowało się zaledwie ok. 30 więźniów.

Donat Doliwa, uczestnik kampanii wrześniowej, był więźniem Rozszerzonego Więzienia Policyjnego na Radogoszczu jako dwudziestoczterolatek. Trafił tam w grudniu 1943 r. i przebywał w nim do stycznia 1944 r. Został zwolniony na rok przed podpaleniem więzienia.

Rok temu, 96-letni wówczas Doliwa, podczas uroczystości upamiętniających kolejną rocznicę spalenia obozu wspomniał: "To było straszne więzienie. Trzy razy dziennie były apele i trzy razy dziennie bicie. (...) Trzymano nas rozebranych do pasa na mrozie tak długo aż żandarm nie odliczył, czy są wszyscy więźniowie. Ale żeby ktoś mógł stąd uciec nie było mowy. A warunki były gorsze niż w różnych obozach. W obozach było więcej swobody, tu jej nie było wcale. (...) Jeśli ktoś poczuł się źle - trafiał do sanitariusza Mateusza, który miał laskę grubszą od mojej - i nie wracał już na górę. To była wykańczalnia". 

PAP

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy