Reklama

Reklama

Zduńczyk: Dzielę się przeżyciami, by młodzi nie doświadczyli tego co ja

Jako świadek historii dzielę się przeżyciami z młodzieżą polską i niemiecką w nadziei, że w przyszłości nie doświadczą tego, co było udziałem mojego pokolenia – mówiła była więźniarka Auschwitz Halina Brzozowska-Zduńczyk podczas uroczystości wyzwolenia obozu.

Główna ceremonia rocznicowych obchodów odbywa się w budynku tzw. Centralnej Sauny w byłym Auschwitz II-Birkenau. Bierze w niej udział ok. 80 byłych więźniów obozu, a także prezydenci Polski Andrzej Duda i Chorwacji Kolinda Grabar-Kitarović, Zofia Pilecka-Optułowicz - córka rtm. Witolda Pileckiego, dobrowolnego więźnia Auschwitz, który utworzył w nim ruch oporu.

Losy ocalonych i ich powroty do normalnego życia były szczególnie wyeksponowane podczas obchodów rocznicowych. Halina Brzozowska-Zduńczyk po wojnie skończyła studia. Została geologiem. Założyła rodzinę. Ma córkę. Miała 12 lat, gdy Niemcy deportowali ją wraz z 6-letnią siostrą Marysią z ogarniętej powstaniem Warszawy do Auschwitz. Zostały bez rodziców i 13-letniego brata Tadeusza. W obozie siostry zostały rozdzielone. Marysia trafiła do obozowego szpitala.

Reklama

"Na kilka dni przed 27 stycznia odzyskuję Marysię. Pomaga mi w tym szpitalna pielęgniarka. Ciągnę Marysię, owiniętą w koc, po śniegu, z rewiru (szpital obozowy - PAP) do mojego bloku. Marysia nie poznaje mnie. Zwraca się do mnie per pani. Nie zna swoich personaliów i nie pamięta rodziny. Tylko płacze. Umieściłam ją ukradkiem na najwyższej koi w moim baraku, tzw. dziecięcym" - relacjonowała swoje przeżycia.

Dziewczynki doczekały wolności. "Nagle do baraku wpadli z wielkim wrzaskiem bardzo młodzi żołnierze. Byli w innych mundurach - zielonych, wełnianych, grubych. Mówili, że są Rosjanami i już jesteśmy wolne. Zaraz usiłowali nas karmić. Słonina, skwarki i razowy chleb. Musiałam teraz zadbać o ubrania. (...) Najtragiczniejsze było jednak wyjście z baraku. (...) całe obejście, dojścia i drogi były pokryte leżącymi ludźmi, skrajnie wyniszczonymi, konającymi, żebrzącymi o pomoc, albo trupami. Nie było gdzie postawić nogi" - powiedziała.

Po kilku dniach dziewczynki poszły w kierunku Krakowa. "Dotarłyśmy okrutnie umęczone To był powrót do życia" - powiedziała. Siostrami zaopiekował się PCK. Krótko potem wróciły do stolicy. Ich dom został jednak doszczętnie spalony w powstaniu warszawskim. Gościnę znalazły u siostry matki. W maju wrócili rodzice i brat, którzy byli więzieni w obozie w Oranienburgu.

"Dla rodziny najważniejszy jest dom, w którym wyrastają marzenia i powstają plany na przyszłość. Zamieszkaliśmy na polskiej wsi z myślą o dobrym powietrzu, małym warzywnym ogródku na własne potrzebny, z kozą, która dawała zdrowe mleko, co było szczególnie ważne dla nas dzieci, tragicznie wynędzniałych" - wspominała.

Jak podkreśliła rzeczywistość była bardzo trudna. "Po powrocie z obozów (...) trzeba było mieć szalony upór i chęć do życia w warunkach skrajnego niedostatku i ogromnych trudności" - mówiła w środę.

Gdy miała 17 lat ucząc się podjęła pracę. Rodzina zamieszkała w Warszawie. Otrzymali niewielkie mieszkanie na Bielanach. "Ze względu na dużą odległość domu od uczelni i późne powroty z wykładów zmuszona byłam często do korzystania z noclegu u zaprzyjaźnionych rodzin. Sypiałam, na materacu pod stołem lub na dwóch-trzech zsuniętych krzesłach" - wspominała. Wytrwała. Ukończyła studia. Została inżynierem geologiem. Wyszła za mąż i urodziła córkę Marysię.

"Dopiero po 20 latach, po raz pierwszy po opuszczeniu obozu, wróciłam tu, by wziąć udział w obchodach rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz. Od tej pory częściej powracam do tego miejsca. (...) Mam tu okazję spotkać się z tymi, z którymi dzieliłam los" - podkreśliła Halina Brzozowska-Zduńczyk.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama