Zandberg: To jest maraton. Na mecie Razem będzie współrządzić Polską
Razem i Konfederacja już niedługo zastąpią polaryzację, w której od dwóch dekad trzymają Polskę Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość - wynika z raportu "Nowy duopol obali ten system". Adrian Zandberg, współprzewodniczący Razem, w rozmowie z Interią przyznaje wprost, że w 2027 roku chce być kingmakerem, który zdecyduje, kto będzie rządzić Polską. - Jeżeli od klubu Razem będzie zależeć większość, będziemy mieć realną siłę negocjacyjną, żeby ten system zmienić. Taki jest cel - zapowiada.

Łukasz Rogojsz, Interia: Cieszy się pan, że rząd ma problemy? Przegrane wybory, spadające sondaże, tarcia wewnątrz koalicji. Coraz więcej tego.
Adrian Zandberg, współprzewodniczący Razem: - Nie spędza mi to snu z powiek. Rząd jest marny, nie dotrzymuje obietnic, przesypia szanse rozwojowe, więc takie są tego efekty.
Czyja to wina, że ten rząd jest - jak pan powiedział - marny?
- W dużym stopniu Donalda Tuska. Premierem Polski jest facet ze świata, którego już nie ma. Ze wszystkimi wyobrażeniami z tamtego świata - od roli państwa w gospodarce, przez inwestycje, po odpowiedź na pytanie, czym ma być Europa. Nie ma już liberalnej globalizacji, nie ma wzrostu gospodarczego w Niemczech, padają kolejne świętości - jak limity zadłużenia. Tylko Tusk został.
Chyba nie jest pan entuzjastą rekonstrukcji rządu.
- To są pierdoły, sprawy trzeciorzędne. Bo co to zmienia, że jakiś minister straci gabinet i limuzynę, a inny je zachowa?
Obraca pan to w absurd, a przecież obaj wiemy, że nie o to chodzi. Chodzi o to, czy ten rząd dotrwa do końca kadencji, czy nie.
- Pewnie dotrwa. I co z tego? Miliony Polaków każdego dnia idą do roboty, prowadzą dzieci do szkoły, martwią się o chorych bliskich. Dla nich ważne jest to, ile w tej pracy muszą siedzieć, jaką edukację zapewnia ich dzieciom szkoła, ile babcia poczeka w kolejce do lekarza specjalisty. A nie to, czy jakiś pan z PSL będzie wiceministrem.
Jakby pan był premierem i znalazł się na miejscu Donalda Tuska po wyborach prezydenckich, to nie zrobiłby pan rekonstrukcji?
- Po co była ta rekonstrukcja? Żeby miała sens, powinny być jakieś zmiany w polityce gospodarczej, społecznej. Widział je pan? Żadnych nowych pomysłów nie ma.
Tutaj pan tego nie oceni, bo minął raptem miesiąc.
- Niedługo minie połowa kadencji, rząd nie zrealizował większości obietnic - to fakt. Oczywiście możemy sobie powiedzieć, że teraz nic się nie dzieje, bo są wakacje. A potem będzie Boże Narodzenie, Wielkanoc, kolejne wakacje, a na koniec wielkie zdziwienie, dlaczego znowu przegrali wybory. I rytualna dyskusja, że to pewnie wina Razem. Oni nie wyciągają wniosków. I to się już nie zmieni.
Skąd może pan to wiedzieć?
- Bo mam oczy. Gdyby Tusk wyciągał wnioski, powiedziałby, co schrzanił, a potem, co i jak zmieni. Zamiast tego zmienił parę twarzy w rządzie. Przeciętny Polak większości z tych twarzy nawet nie rozpoznaje. To nie ma żadnego znaczenia.

Mówi pan: Tusk schrzanił. A mógł nie schrzanić w realiach tej koalicji i prezydenta z przeciwnego obozu politycznego?
- Przecież nawet nie próbują. Rozdzielenie prywaty i publicznego w ochronie zdrowia, tak żeby skończyć z systemową korupcją? Nie dotykamy. Wyższe opodatkowanie korporacji? Nie dotykamy. Podatek cyfrowy dla kolonizujących polską gospodarkę big techów? Nie dotykamy. Ucięcie spekulacji na mieszkaniach? Nie dotykamy. Czy Nawrocki by to zablokował? Może tak, może nie. Ale nie dowiemy się, bo rząd nic nie zrobił. Trochę tak jak z liberalizacją aborcji. Dużo było gadania, a na koniec Andrzej Duda nie miał nawet czego zawetować, bo rząd niczego nie przeprowadził przez Sejm. Oczywiście można powiedzieć: słuchajcie, nic nie da się zrobić. A potem już tylko administrować spółkami skarbu państwa. Tylko potem niech się nie dziwią, jaki będzie wynik kolejnych wyborów.
Jak pana słucham, to rządzenie prawie 40-milionowym krajem i nawigowanie czteropartyjną koalicją przy prezydencie z przeciwnego obozu politycznego wydaje się dziecinnie proste. Adrian Zandberg byłby lepszym premierem od Donalda Tuska?
- O tym, kto będzie kolejnym premierem, Polacy zadecydują za dwa lata. Na razie Tusk ciężko pracuje na to, żeby Polską rządził pan Czarnek z panem Mentzenem. Dziś jedyna szansa, żeby ten scenariusz się nie ziścił, to wzrost siły Razem. Natomiast Razem póki co ma 5-6 proc. poparcia. Rośniemy, ale przed nami jeszcze sporo pracy. Więc pozwoli pan, że nie będę się rozsiadać na wyobrażonych stołkach. Wedle stawu grobla.
Prof. Przemysław Sadura i Sławomir Sierakowski w swoim raporcie o wyborach prezydenckich wieszczą polityczny przełom - koniec duopolu PO-PiS-u, który ma zastąpić duopol Razem-Konfederacja. Ma pan poczucie, że te wybory faktycznie były kamieniem milowym dla polskiej polityki?
- Fakty są takie, że nie ma wyborców przed 35. rokiem życia, którzy z czystym sercem głosują na PO albo PiS. Ci, którzy wytrwali przy PO-PiS-ie, głosują z coraz większym niesmakiem. Większość wypisała się ze świętej wojny Tuska z Kaczyńskim, bo widzą, że ta wojna jest o niczym.
Taka jest emocja społeczna - spolaryzowana, PO-PiS-owska.
- Emocje są różne. Są też miliony Polaków, którzy chcą, żeby polityka znów dotyczyła rzeczywistych problemów. Żeby politycy spierali się, nawet brutalnie i ostro, ale o coś, o konkrety. A nie tylko, że tamci to zło, zdrada narodu i zaprzaństwo, a my - samo dobro.
Do partii zgłosiło się ponad 11 tysięcy ludzi, rozsianych po całej Polsce. Urośliśmy liczbowo, mam nadzieję, że skutecznie oduczyło nas to paru sekciarskich nawyków
Pana spór ze Sławomirem Mentzenem będzie właśnie taki - ostry, ale merytoryczny, o konkrety i wizję Polski?
- Razem i Konfederację dzieli bardzo, bardzo dużo. My chcemy Polski opartej na solidarności; oni proponują Polskę, która stawia na egoizm. Razem to państwo, w którym każdy może żyć po swojemu; Konfederacja chce meblować ludziom życie osobiste pod dyktando religii - np. w sprawie antykoncepcji awaryjnej czy aborcji. Więc tak, ten spór będzie w wielu sprawach ostry. Ale nie marzę o tym, żeby teraz jedną polaryzację zamienić na drugą. Nawet jeśli w tej nowej polaryzacji miałoby być więcej treści.
To jaka jest dziś dominująca linia sporu w polskiej polityce? Miasta kontra wieś? Bogaci kontra biedni? Liberałowie kontra konserwatyści? Jeszcze jakaś inna?
- Jesteśmy różnorodnym społeczeństwem, ta różnorodność będzie tylko większa. Jest wiele linii podziału, różnych interesów. Wymienił pan kilka z nich. Polski nie da się sensownie podzielić na pół. Czas, żeby polska polityka dojrzała i uznała ten fakt. To będzie dużo zdrowsze od PO-PiS-owej wojny totalnej.
I będzie pan o tym wszystkim merytorycznie rozmawiać z umownym Mentzenem, żebyście nie stali się drugim Tuskiem i Kaczyńskim?
- Przecież nie o to chodzi, żebyśmy wszyscy złapali się za ręce przy ognisku, zaśpiewali "Kumbaya" i żeby było miło i słodko. Miło nie będzie. Ale kiedy Tusk i Kaczyński pójdą w końcu na emeryturę, warto zrobić miejsce dla nieco sensowniejszego sposobu uprawiania polityki. Takiego, w którym można spierać się o jedne rzeczy i dogadywać się w innych.
Tego lata, jeśli chodzi o "dogadywanie się", wielką karierę zrobił Szymon Hołownia i jego spotkania z czołowymi politykami PiS-u. Cenę polityczną już zapłacił za to ogromną, a na tym raczej nie koniec. Chyba nie ma w Polsce przestrzeni na rozmowy ponad politycznymi podziałami.
- Jak nie wyjdziemy z wojennego myślenia o polityce, to będziemy mieć jako kraj spory kłopot. Przed Polską stoją gigantyczne wyzwania, choćby w energetyce, wymagające działań realizowanych dłużej niż przez jedną kadencję. Jeśli nie nauczymy się zawierać takich porozumień, to przegramy wszyscy. Zwycięzca będzie rządzić krajem, w którym brakuje prądu w gniazdkach.
Czyli Hołownia miał w sumie sporo racji w tym, co mówił i tym, co zrobił?
- Awantura o zaprzysiężenie była niepoważna. Uważam, że ci, którzy chcieli huśtać państwem i podważać wybory, postępowali nieodpowiedzialnie. Natomiast do politycznych spotkań zdecydowanie lepiej nadaje się budynek parlamentu niż mieszkanie pana Bielana. Marszałek Hołownia zapewnił sobie kryzys wizerunkowy na własne życzenie.
Zapytam wprost: spotkałby się pan z prezesem Kaczyńskim, gdyby dostał od jego otoczenia zaproszenie na rozmowę o Polsce?
- Regularnie spotykam się w parlamencie z politykami innych partii.
Mówię o takim spotkaniu w cztery oczy, choćby w mieszkaniu Adama Bielana.
- Do politycznych spotkań zdecydowanie lepiej służy parlament czy Kancelaria Prezydenta. Ot, na przykład, parę tygodni temu spotkałem się w cztery oczy z człowiekiem, do którego poglądów jest mi w wielu sprawach naprawdę daleko. Nie robiłem tajemnicy ani z tego spotkania, ani z tematów rozmowy.
Z Karolem Nawrockim.
- Tak.

Jak się rozmawiało?
- Starałem się przekonać wtedy jeszcze prezydenta elekta, że kwestia niepełnosprawności, asystencji osobistej nie może czekać, ani nie może paść ofiarą konfliktu premiera z prezydentem. Rozmawialiśmy też o przepychanych przez sektor finansowy REIT-ach, czyli specyficznych funduszach, które jeszcze mocniej windują ceny mieszkań. Uważam, że jeśli rząd by się ugiął i na takie zmiany poszedł, taka ustawa powinna zostać zawetowana. I o tym między innymi rozmawialiśmy.
Jaki po tej rozmowie ma pan obraz Karola Nawrockiego jako polityka i prezydenta?
- Z prezydentem Nawrockim mam spory protokół rozbieżności. To się nie zmieni. Ale polityka to także przekonywanie do konkretnych rozwiązań ludzi, z którymi w innych sprawach się nie zgadzamy.
Ma pan poczucie, że nowy prezydent cechuje się podobnym podejściem - szukania punktów wspólnych w rozmowie o Polsce nawet z przedstawicielami innych obozów politycznych?
- Czas pokaże. Karola Nawrockiego wystawiło w wyborach Prawo i Sprawiedliwość, ale w wielu dziedzinach ma poglądy bardziej konfederackie. Łatwo może się pan domyślić, że to mieszanka odległa od mojego sposobu myślenia. Nie zmienia to faktu, że Karol Nawrocki będzie prezydentem Polski przez najbliższe pięć lat. Wypieranie tego faktu przez niektórych polityków jest nierozsądne.
Porozmawiajmy o lewicy, bo wybory prezydenckie były dla lewicy ważne. Razem wyszło z nich wyraźnie wzmocnione, z wynikiem nieznacznie lepszym od Nowej Lewicy. Macie nadzieję na zmianę warty po lewej stronie?
- Robimy swoje. Mnie w tym niemal milionie głosów na Razem najbardziej cieszy jedno: pokazaliśmy, że w polityce pieniądze i układy to nie wszystko. Weszliśmy w kampanię z sondażami na poziomie 0,5 proc i bez pieniędzy, a liberalne media kładły nas do grobu. Nasza konkurencja z Nowej Lewicy miała wielomilionowy budżet i wsparcie salonowych komentatorów. A tymczasem okazało się, że liczy się też parę innych rzeczy.
Tak, chcę pozycji, która pozwoli nam przepchnąć sprawy z naszego programu. (...) Po wyborach w 2023 roku większość sejmowa nie zależała od nas. Dlatego Platforma mogła powiedzieć nam: nie. Walczymy o to, żeby w 2027 nikt nie miał takiego komfortu
Charyzmatyczny lider.
- Wiarygodność. Ludzie przed wyborami zadają sobie pytanie: czy ten facet mówi to, co mówi, na serio, czy tylko dlatego, że mu tak napisali na kartce. To zresztą przekleństwo całego tego rządu. Miliony ludzi zorientowały się, że nie ma sensu im wierzyć, bo co innego mówili przed wyborami, a co innego robią.
Zatem opłacało się opuścić koalicję wspierającą rząd.
- Nie patrzę na to w kategoriach opłacalności.
Bzdura. Każdy polityk patrzy na to w takich kategoriach.
- A jednak. Może inni mają tak, że rano przy myciu zębów myślą tylko nad tym, co się bardziej opłaci. Ja mam tak, że każdego dnia potrzebuję odpowiedzi na pytanie, po co jestem w polityce. Po co się kopię z tym koniem.
I po co?
- Bo chcę prawdziwej zmiany. Polski, w której będzie mniej nierówności, wyzysku. Takiej, w której jak uczciwie pracujesz, to żyjesz bez strachu o jutro.
- Nie marzę o stanowiskach, nic na to nie poradzę. Są ludzie, którzy kochają być bardzo ważni i przecinać wstęgi. Innych podnieca obsadzanie kolegami spółeczek. Mnie to pierwsze nudzi, a drugie brzydzi. O coś innego mi w polityce chodzi. Dlatego jak nam powiedzieli przy negocjacjach koalicyjnych, że jeśli chodzi o nasz program zdrowotny, mieszkaniowy czy wydatki na naukę, to możemy zapomnieć, ale za to możemy porozmawiać o tym, co najważniejsze, czyli co chcemy dla siebie wziąć - to było dla mnie jasne, że nic tam po nas.
Kto zapytał o podział łupów? Tusk?
- To akurat podejście, które łączy obecnie rządzące partie.
I co powiedzieliście?
- Prawdę: że nie jesteśmy zainteresowani.
Wróćmy do lewicy. Pan uważa, że w 2027 roku to Razem będzie pierwszą siłą po lewej stronie?
- Niezbyt mnie to pochłania. Mnie interesuje realizacja programu, a nie tytuł "pierwsza siła po lewej stronie". Chcę państwa, które na serio inwestuje w rozwój i przeciwdziała nierównościom. Chcę państwa, które przestanie wtykać ludziom nos w ich osobiste sprawy, da żyć po swojemu. Interesuje mnie to, żeby Razem było w 2027 roku w pozycji, w której może takie zmiany wymusić. Czyli w takiej, w której będzie od nas zależeć większość rządząca.
Adrian Zandberg jako kingmaker.
- Tak, chcę pozycji, która pozwoli nam przepchnąć sprawy z naszego programu. Inaczej to się po prostu nie wydarzy. To jest w gruncie rzeczy prosta matematyka. Po wyborach w 2023 roku większość sejmowa nie zależała od nas. Dlatego Platforma mogła powiedzieć nam: nie. Walczymy o to, żeby w 2027 nikt nie miał takiego komfortu.

Co to konkretnie znaczy? Co jest waszym celem?
- Jeżeli od klubu Razem będzie zależeć większość, będziemy mieć realną siłę negocjacyjną, żeby ten system zmienić. Taki jest cel. Dlatego po wyborach prezydenckich nie zatrzymaliśmy się, nie świętujemy, tylko weszliśmy od razu w tryb prekampanii parlamentarnej.
I co w tym trybie? Ma pan poczucie, że ludzie, którzy na pana zagłosowali w maju - w dużej mierze to nie byli ani wyborcy Razem, ani nawet lewicy - to ci ludzie chcący realnej zmiany? Czy może po prostu kolejna fala antysystemowców, którzy chcieli zrobić na złość PiS-owi i Platformie?
- Miliony ludzi mają dość PO-PiS-u, szukają alternatywy. To nasi potencjalni wyborcy. Coraz większej grupy, zwłaszcza młodych, nie interesują etykietki. Chcą usłyszeć wizję przyszłości. My ją mamy. Niektórych dziwią wyborcy, którzy się w ostatnich wyborach wahali: Razem czy Konfederacja. Albo ludzie, którzy zastanawiali się czy przerzucić głos na Razem, gdy PiS coraz mocniej zmienia się w Konfederację-bis. Mnie zupełnie to nie dziwi. Tak, trafiamy z naszym programem szerzej niż dotąd. Nie będę za to przepraszać.
To kim jest dzisiaj wyborca Razem, skoro to nie jest wyborca lewicowy?
- Nasi wyborcy są raczej młodsi niż starsi. Nadal jesteśmy najsilniejsi w wielkich miastach. Ale w kampanii prezydenckiej poszliśmy szerzej. Budujemy się także tam, gdzie dotąd byliśmy bardzo słabi.
Czyli gdzie?
- Rozmawiamy, kiedy akurat jestem w trasie, więc podam panu przykład z tej trasy. Tarnów to nigdy nie był bastion Razem. Jeśli dobrze pamiętam, mieliśmy tam przed wyborami dwoje członków. Teraz, w środku lata i już po kampanii, na spotkanie z Razem przychodzą dwie setki ludzi. To jest ta zmiana, która wydarzyła się w Razem w tym roku.
Nie ma już liberalnej globalizacji, nie ma wzrostu gospodarczego w Niemczech, padają kolejne świętości - jak limity zadłużenia. Tylko Tusk został
Może w końcu będziecie mieć struktury ogólnopolskie z prawdziwego zdarzenia.
- Owszem. Mamy tu jeszcze sporo do zrobienia. Przez lata byliśmy zamknięci w naszych twierdzach - kilku miastach z silnymi politechnikami, silnymi uniwersytetami. Non-stop słuchaliśmy, że sufitem dla Razem jest 300-400 tys. głosów w skali kraju, że nic więcej niż parę mandatów zdobytych z cudzych list nie jest możliwe.
- Kampania prezydencka była dla Razem ważna psychologicznie. Zdobyliśmy ten pierwszy milion głosów. Jesteśmy inną partią niż przed wyborami. Do partii zgłosiło się ponad 11 tysięcy ludzi, rozsianych po całej Polsce. Urośliśmy liczbowo, mam nadzieję, że skutecznie oduczyło nas to paru sekciarskich nawyków. No i budujemy struktury tam, gdzie nas dotąd nie było.
Wie pan, że budowanie struktur to mozolna praca u podstaw?
- Czy brzmię jak ktoś, kto nastawia się na sprint? To jest maraton. Na mecie Razem będzie współrządzić Polską.
Okej, wiecie mniej więcej, kto jest wyborcą Razem, ale jaki on jest, jakie ma cele, jakie ma aspiracje, jakie emocje w nim siedzą?
- Powiem panu, co słyszę na spotkaniach. Ludzie mają dosyć słuchania, że się nie da, że nie ma pieniędzy, że nie teraz. Chcą silnego państwa, które zainwestuje w przyszłość. Cenią sobie wolność, jeśli chodzi o życie osobiste, nie chcą, żeby im tam władza właziła z butami. Ale przede wszystkim szlag ich trafia, bo widzą polityków zajmujących się sobą, kiedy kluczowe sprawy leżą odłogiem. Tak, są wkurzeni, mają poczucie niesprawiedliwości. Chcą, żeby polityka w końcu zaczęła być o ich codziennych sprawach. O tym, jak naprawić sypiącą się ochronę zdrowia. O tym, co zrobić z cholernie wysokimi cenami mieszkań i kosztami najmu. Bo system, w którym najbogatsze 1-2 proc. społeczeństwa wyciska resztę dla zysku jak cytrynę, to jest patologia.
Pachnie odgrzewanym kotletem antysystemowości.
- Od czasów Kukiza "antysystemowość" niewiele w Polsce znaczy. Razem jest po to, żeby poza gniewem polityka miała też treść.
Tylko tacy rozgniewani wyborcy, zbuntowani przeciwko polaryzacji, są ciężcy do utrzymania w dłuższej perspektywie czasu. Macie na to jakiś pomysł?
- To jeden z powodów, dla których rozmawiamy w trasie. Parę lat oglądam politykę z bliska, nie wierzę w magiczne rozwiązania. Innej drogi, niż uparcie przekonywać ludzi, nie ma.
Tuż przed pierwszą turą wyborów powiedział pan w wywiadzie dla "Kultury Liberalnej": "Lewica zbyt długo chciała być najgrzeczniejszym uczniem w klasie. Takim, który przypadkiem kogoś nie urazi i nie walnie porządnie ręką stół. To był błąd i myślę, że Razem skutecznie wychodzi z tego kujońskiego uprawiania polityki. Zmiana w polityce bierze się z nadziei, wzajemnej troski, ale też z gniewu. I ten gniew trzeba pozwolić ludziom przekuć w działanie". Chcecie się stać depozytariuszem gniewu polskiego społeczeństwa?
- Gdybyśmy nie byli wkurzeni tym, jak działa polskie państwo, to byśmy nie budowali Razem. To jest pewnie zasadnicza różnica pomiędzy Razem a tymi, którzy teraz rządzą. Jak pan pogada z Olą Owcą, z Marceliną Zawiszą, z Maćkiem Koniecznym, z kimkolwiek z naszej ekipy, to usłyszy pan to samo. Nie jest tak, że poprosiliśmy sondażownię, żeby nam powiedziała, gdzie jest elektorat do zagospodarowania i ile można z tego wycisnąć. Ci wkurzeni na marnie działające państwo, na nierówności ludzie, to nie jest jakiś teoretyczny elektorat - tylko my.

Pan też jest wkurzony?
- A pana to wszystko nie wkurza? Nie wkurza pana, jak pan widzi w Sejmie, że zajmujemy się pierdołami, a sprawy, od których będzie zależeć przyszłość Polski za 10 lat, leżą odłogiem? Mnie wkurza. Wkurza mnie jako rodzica, kiedy widzę, jak nasz system szkolny rozpada się na dwa światy: dla zamożnych i dla całej reszty. Wkurza mnie, że w kraju, w którym gospodarka rośnie, ochrona zdrowia wygląda jak w Azji Środkowej. Wkurza mnie, jak widzę firmy finansujące polityków, które zbijają zyski na tym, że Polacy umierają w kolejkach do lekarzy. Jak mnie to przestanie wkurzać, jak uznam to za normalne - to będzie ten dzień, w którym powinienem przestać się zajmować polityką.
Nie boi się pan, że jak to wkurzenie waszych wyborców minie, to przestaniecie być potrzebni?
- Jestem mało bojaźliwy. A w polityce jestem po to, żeby wkurzenie moje i innych przekuć na realną zmianę.
Wiem, że nie spalił pan mostów z Włodzimierzem Czarzastym. Kontaktujecie się, rozmawiacie. O czym?
- No pewnie, że rozmawiamy. Rozmawiam zarówno z Włodzimierzem Czarzastym, jak i z Karolem Nawrockim. Dlaczego miałbym nie rozmawiać?
Ale to nie z Nawrockim był pan w jednej formacji.
- To, dlaczego się rozstaliśmy, nie jest tajemnicą. Nowa Lewica uważa ten rząd za dobry. Ja uważam, że to jest rząd marny, rząd rozczarowania. Mamy inną ocenę rządu, inaczej głosujemy w sprawach takich jak choćby budżet ochrony zdrowia. Moim zdaniem Nowa Lewica poszła drogą, która prowadzi do wasalizacji przy boku Tuska. Ale to nie powód, żebym nie mówił im "dzień dobry" na korytarzu.
Czy brzmię jak ktoś, kto nastawia się na sprint? To jest maraton. Na mecie Razem będzie współrządzić Polską
Marszałek Czarzasty powiedział niedawno w TVN24: "Ja będę zabiegał osobiście, jeżeli będę miał na to jakikolwiek wpływ, żeby Lewica w najbliższych wyborach poszła wspólnie - razem z partią Razem". Jest pan zainteresowany taką ofertą?
- Przygotowujemy Razem do samodzielnego startu w 2027 roku. To dla nas oczywisty scenariusz. Jesteśmy partią, która bardzo krytycznie ocenia ten rząd za koryciarstwo, nieróbstwo i niespełnione obietnice. Nasz start w następnych wyborach będzie to odzwierciedlać.
Dla dobra całej lewicy Nowa Lewica powinna wyjść z rządu przed wyborami w 2027 roku?
- Rozmawiamy po prawie dwóch latach naprawdę marnych rządów Tuska. Nowa Lewica mimo to tego rządu nie opuściła. Nie zakładam więc, że opuści go teraz.
Kiedy rozmawialiśmy w październiku ubiegłego roku, powiedział pan, że Nowa Lewica boi się Tuska, dlatego ani mu się nie postawi, ani nie odejdzie z rządu.
- No i nie odeszła. W międzyczasie zagłosowali za budżetem, który głodzi ochronę zdrowia. Tyle wyszło ze sprawczości u boku premiera Tuska. Ale chyba dość już rozmawialiśmy o panu premierze, o tym, kto się go boi, a kto nie. To naprawdę nie powinien być punkt odniesienia. Świat się dramatycznie zmienia, a my zamiast o Polsce przyszłości, ciągle gadamy o facecie z poprzedniej epoki, który nie rozumie tej zmiany.
Teraz powie pan, że Razem rozumie?
- Tak. Dlatego Razem ma przyszłość.
Rozmawiał Łukasz Rogojsz
















