Zamykane kolejne porodówki. Plan awaryjny ministerstwa wzbudził skrajne emocje
Coraz mniej dzieci, coraz mniej porodówek w Polsce. Nowy projekt ministerstwa na awaryjne wsparcie kobiet, które na oddziały porodowe mają daleko, wzbudził skrajne emocje. - Nie chciałabym, żeby moje dziecko przyszło na świat w takich warunkach - mówią kobiety, słysząc o pomyśle utworzenia "Terenowych Oddziałów Położniczych" przy szpitalnych oddziałach ratunkowych. - Celem absolutnie nie jest rodzenie na SOR-ach - podkreśla ginekolog, który pracował przy tworzeniu projektu. Ale pytań wciąż jest wiele.

W 2024 roku w Polsce urodziło się około 252 tys. dzieci. To najniższy wynik od czasów powojennych. Wiele wskazuje na to, że bieżący rok wypadnie jeszcze gorzej, bo w ostatnich trzech kwartałach przyszło na świat około 181 tys. dzieci.
Konsekwencji niżu demograficznego jest wiele, wśród nich kolejne szpitale, które zamykają porodówki. Brak porodów, to brak pieniędzy dla personelu i rosnąca skala długów. Na mapie kraju zaczynają się tworzyć tak zwane białe plamy - rejony bez czynnych oddziałów porodowych. Mieszkające tam ciężarne kobiety zadają sobie pytanie: czy zdążę dojechać do szpitala, kiedy zacznę rodzić?
Ministerstwo Zdrowia wpadło na pomysł rozwiązania tego problemu. Projekt rozporządzenia zakłada tworzenie Terenowych Oddziałów Położniczych "TOP Mama" na szpitalnych oddziałach ratunkowych i izbach przyjęć.
W sieci zawrzało, pojawiła się lawina komentarzy i masa pytań.
Zamknięte porodówki. "Bardzo stresująca sytuacja"
Słynna "ostatnia porodówka w Bieszczadach" to zamknięty od kilku miesięcy oddział ginekologiczno-położniczym w szpitalu powiatowym w Lesku. Kobiety z tej części kraju, takie jak Sylwia, do najbliższego szpitala mają ponad 50 km. Trasa zajmuje zwykle około półtorej godziny. - To dla mnie bardzo stresująca sytuacja, gdyby wody odeszły mi w domu albo zaczęły się skurcze, jest ogromne ryzyko, że urodzę w aucie - mówiła nam kobieta.
Podobnie sytuacja wygląda w województwie pomorskim, gdzie w ostatnich miesiącach zamknęło się sześć porodówek. Mieszkająca w Gdańsku Klaudia cieszy się, że w jej przypadku szpital z działającym oddziałem położniczym był bardzo blisko. - Nie myślałam, że urodzę tak szybko - mówi Interii. Po dwóch godzinach od odejścia wód miała już dziecko w ramionach. Do szpitala dotarła w 15 minut.
- To był mój pierwszy poród, niestety nic nie szło zgodnie z planem. Byłam zdenerwowana, wręcz przerażona, mimo tego, że cały czas towarzyszył mi mąż i najlepsza położna, jaką mogłam sobie znaleźć - opowiada Justyna z Krakowa. Rodziła prawie dobę. Wspomina ogromne emocje, ból, na który nie była przygotowana i to, że niejednokrotnie musiała wychodzić ze swojej psychicznej strefy komfortu.
- Nie wyobrażam sobie, że tym przeżyciem miałby dzielić się ze mną cały SOR. Nie chciałabym, żeby moje dziecko przyszło na świat w takich warunkach - mówi.
Internet zalały historie trudnych porodów i pytania kobiet, czy w przypadku komplikacji, tylko z położną u boku na szpitalnym oddziale ratunkowym, miałyby szanse na przeżycie? Kto miałby wykonać tam cięcie cesarskie i czy noworodek byłby otoczony odpowiednią opieką?
Projekt Ministerstwa Zdrowia - o co chodzi?
Sięgamy do projektu, by sprawdzić, jakie faktycznie zapisy się w nim znalazły. "Projekt rozporządzenia zakłada zorganizowanie opieki położnych u świadczeniodawców posiadających izbę przyjęć lub szpitalny oddział ratunkowy, zabezpieczenie transportowe - w tym całodobowy dostęp do środka transportu z odpowiednim wyposażeniem i udziałem położnej i dwóch ratowników medycznych, co jest kluczowe dla bezpieczeństwa kobiety i noworodka" - czytamy.
W dokumencie zapewniono, że zmiana ma na celu rozszerzenie dostępności opieki okołoporodowej, w szczególności na obszarach powiatów, w których najbliższy oddział położniczo-ginekologiczny jest oddalony o ponad 25 km.
W rozporządzeniu szczegółowo określono w co musi być wyposażona placówka. Na liście znajduje się m.in. aparat KTG, łóżko położnicze, stanowisko do resuscytacji noworodka czy inkubator transportowy. Z projektu wynika też, że celem położnych ma być badanie kobiet i ocenienie, czy są w stanie dotrzeć do najbliższej porodówki. Jeśli tak, ma być zapewniony im transport. W sytuacjach ekstremalnych, gdy akcja będzie działa się bardzo szybko, poród może odbyć się na miejscu.
"Celem nie jest rodzenie na SOR-ach"
- Zamykanie oddziałów położniczych jest faktem, który ze względu na demografię od lat obserwujemy i nie zapobiegniemy temu. Możemy za to spróbować mieć kontrolę nad tym, które to oddziały się zamykają i jak będą zabezpieczone potrzeby ciężarnych z okolic -tłumaczy Interii prof. Maciej W. Socha, ginekolog i kierownik Oddziału Położniczo-Ginekologicznego Szpitala św. Wojciecha w Gdańsku, który jako konsultant wojewódzki w dziedzinie położnictwa i ginekologii dla woj. kujawsko-pomorskiego pracował przy tworzeniu projektu.
Jak podkreśla, "celem tego projektu absolutnie nie jest rodzenie na SOR-ach".
- Jeśli jednak tak się zdarzy, to oczywiście położna ten poród przyjmie i zapewni dalszy transport matki z dzieckiem. Natomiast w zamyśle to są miejsca, które mają jedynie zabezpieczyć ciężarne - mówi.
Podkreśla, że to pomysł interwencyjny. - To da pacjentkom szansę dotarcia na czas na porodówkę, żeby nie musiały tam same jechać. Projekt powstał przede wszystkim z myślą o kobietach wykluczonych komunikacyjnie, by miały zapewniony bezpieczny transport karetką - wyjaśnia prof. Socha.
Ginekolog jest zszokowany, że pomysł został przedstawiony jako plan ministerstwa na załatanie dziury po porodówkach.
Prof. Socha wyjaśnia, że chodziło o to, by ciężarnych, które mają powyżej 25 km do najbliższej porodówki, nie zostawiać bez wsparcia.
O ocenę pomysłu pytamy doświadczoną położną. Anna Wolak-Nowotarska zwraca uwagę, że "projekt na pierwszy rzut oka wydaje się słuszny".
- Ciężarna będzie wiedziała, że zajmie się nią osoba kompetentna, położna, która potrafi ocenić stan kobiety, rozpoznać patologię, posiada kwalifikacje do przyjęcia porodu fizjologicznego - mówi Interii.
Zauważa jednak, że "rozporządzenie jest bardzo mało uszczegóławiające, co zostawia pole do łamania standardu okołoporodowego, niekoniecznie celowo, lecz poprzez brak możliwości do jego realizowania".
Standard opieki okołoporodowej w Polsce zapewnia kobietę o możliwie najbardziej sprzyjających warunkach do odbywania porodu. Analizując nowy pomysł ministerstwa w głowie położnej pojawiło się jednak wiele pytań.
- Czy musimy skazać kobietę, której poród przebiega w sposób gwałtowny, co przecież nie jest jej winą, na potencjalnie gorsze warunki do porodu? Co z opieką poporodową? - pyta Anna Wolak-Nowotarska i przyznaje, że odpowiedzi na te pytania w projekcie rozporządzenia nie widzi.
Założenie ministerstwa ma wejść w życie 1 stycznia 2026 roku. Projekt trafił teraz do konsultacji publicznych, swoje uwagi można zgłaszać do 20 listopada.
Paulina Sowa (paulina.sowa@firma.interia.pl)













