"Zachód" wraca do Polski w jednym celu. Przyciąga ich służba zdrowia
Chociaż od lat układają sobie życie za granicą, w sprawach zdrowia wielu Polaków wciąż wraca do Polski. Trend jest wyraźny i nie dotyczy tylko jednego kraju. Emigranci argumentują, że jest wiele powodów, dla których polska służba zdrowia jest dla nich pierwszym wyborem.

W skrócie
- Wielu Polaków mieszkających za granicą planuje urlopy, by leczyć się w Polsce, korzystając z tańszych i łatwiej dostępnych prywatnych usług medycznych.
- Niektóre osoby wracają do Polski na specjalistyczne badania, wizyty lekarskie i leczenie ze względu na barierę językową, finanse oraz większe zaufanie do polskich lekarzy.
- W systemach opieki zdrowotnej za granicą, takich jak w Wielkiej Brytanii i Holandii, wskazuje się zarówno zalety jak cyfryzacja i szybka pomoc w nagłych wypadkach, jak i wady, np. trudniejszy dostęp do specjalistów lub zachowawcze podejście do leczenia.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
- Podczas urlopów w Polsce często korzystam z prywatnych usług medycznych. Najczęściej są to wizyty u dentysty, czasem także u dermatologa - mówi Interii Paweł, który od ponad dekady mieszka w Wielkiej Brytanii.
Kilka razy w roku przyjeżdża do kraju i z wyprzedzeniem planuje konsultacje u specjalistów. - Głównym powodem są finanse. Prywatne wizyty lekarskie w Polsce są zdecydowanie tańsze niż w Wielkiej Brytanii, a do tego znacznie łatwiej dostępne. Mam też wrażenie, że stomatologia i medycyna estetyczna stoją u nas na bardzo wysokim poziomie. W gabinetach dostępny jest nowoczesny sprzęt i technologie, a lekarze, do których trafiam, są bardzo profesjonalni - podkreśla.
Polacy nie leczą się za granicą. Przyjeżdżają do Polski
Zdaniem Pawła umówienie się na prywatną wizytę w Wielkiej Brytanii graniczy z cudem. - Liczba lekarzy przyjmujących prywatnie jest niewielka, a ceny usług potrafią być astronomiczne. Sektor prywatny praktycznie nie funkcjonuje, a szkoda, bo mógłby realnie odciążyć publiczną służbę zdrowia - zaznacza. Której jakość bywa różna.
- Niestety czas oczekiwania nawet na podstawowe zabiegi czy wizyty u specjalistów jest bardzo długi. Jeśli chodzi o lekarzy rodzinnych, poziom jest bardzo zróżnicowany, od osób niekompetentnych po naprawdę oddanych i kompetentnych specjalistów. Wiele zależy od tego, na kogo się trafi - mówi.
Z kolei dużym atutem brytyjskiego systemu jest jego cyfryzacja. - Niezależnie od tego, do jakiej placówki trafisz, personel ma dostęp do twojej historii medycznej i listy przyjmowanych leków. To znacząco ogranicza ryzyko błędów i usprawnia leczenie - podsumowuje.
Chwalą polską służbę zdrowia. "Wystarczy się umówić i zapłacić"
Karolina, autorka TikTokowego profilu "Polka w Holandii", za granicą mieszka od trzynastu lat. Z odpowiednim wyprzedzeniem planuje wizyty kontrolne u specjalistów oraz badania, takie jak USG. W trakcie urlopu stara się również wykonywać badania krwi.
- Często jest to logistyczna układanka. Trzeba dopasować terminy do urlopu i innych obowiązków. Mimo to wiele osób decyduje się na takie rozwiązanie, bo daje ono większe poczucie kontroli nad własnym zdrowiem - podkreśla.
Głównym powodem jest to, że w Polsce łatwiej dostać się na wizytę prywatną. - Wystarczy się umówić i zapłacić, by trafić bezpośrednio do specjalisty, bez konieczności przechodzenia przez lekarza rodzinnego. W Holandii nie zawsze jest to możliwe, zwłaszcza w przypadku profilaktyki - opowiada.
Jej doświadczenia z holenderską opieką zdrowotną są mieszane. - Dużym plusem jest sprawna organizacja systemu i szybka pomoc w nagłych przypadkach - przyznaje. Jako minus wskazuje dostęp do specjalistów.
- W wielu sytuacjach potrzebne jest skierowanie od lekarza rodzinnego. Jeśli problem nie jest bardzo poważny albo chcemy działać profilaktycznie, nie zawsze łatwo je uzyskać. Z drugiej strony, gdy już je dostaniemy, czas oczekiwania na wizytę u specjalisty jest stosunkowo krótki, często to kwestia kilku tygodni - zauważa.
Karolina podkreśla, że w Holandii system opiera się na prywatnym ubezpieczeniu zdrowotnym, a zakres usług zależy od wykupionego pakietu. - Podstawowe ubezpieczenie nie obejmuje na przykład leczenia stomatologicznego czy fizjoterapii, więc żeby obniżyć koszty takich wizyt, trzeba wykupić dodatkowe rozszerzenie. Część specjalistów przyjmuje prywatnie, ale w wielu przypadkach i tak wymagane jest skierowanie - wyjaśnia.
Lekarze odsyłają do domu i radzą odpoczynek. "Frustrujące"
Opłaca także tzw. "eigen risico" czyli wkład własny w opiekę zdrowotną. - Płacimy je tylko w momencie kiedy korzystamy ze specjalistów. I to są różne kwoty w zależności jakie badania są robione - dodaje. Pierwszym punktem kontaktu zawsze jest lekarz rodzinny.
- System jest bardziej zachowawczy. Często zaleca się obserwację objawów, odpoczynek albo paracetamol jako pierwsze rozwiązanie. Z jednej strony ma to swoje zalety, bo pozwala uniknąć niepotrzebnego leczenia, ale z drugiej bywa frustrujące, gdy czujemy, że coś jest nie tak, a nie jesteśmy od razu kierowani dalej - mówi.
Tak było w jej przypadku, gdy próbowała leczyć trądzik. - Przez wiele lat próbowałam różnych metod w Polsce i byłam u kilku dermatologów, ale niestety bez większych efektów. Z czasem straciłam wiarę, że da się ten problem skutecznie wyleczyć. Dopiero w Holandii trafiłam najpierw do terapeuty skóry, który wprost powiedział mi, że w moim przypadku konieczne będzie leczenie farmakologiczne i że same kremy czy zabiegi nie wystarczą - wspomina.
Lekarz rodzinny początkowo zalecił leczenie miejscowe. Gdy po kilku tygodniach nie przyniosło ono efektów, Karolina otrzymała skierowanie do dermatologa. - Na wizytę czekałam około 2-3 tygodni i mogłam sama wybrać klinikę. Samo leczenie okazało się najskuteczniejsze ze wszystkich, które wcześniej przechodziłam. To pokazało mi, że mimo bardziej zachowawczego podejścia na początku, opieka specjalistyczna w Holandii stoi na bardzo wysokim poziomie - zapewnia.
"Zachód" wraca do Polski. U lekarzy kolejki
Wracają nie tylko na święta i rodzinne uroczystości, ale także po diagnozę, receptę i poczucie bezpieczeństwa. Wielu Polaków mieszkających za granicą od lat leczy się w Polsce.
- Gros lekarzy zwraca uwagę, że ich pacjenci to także osoby, które przylatują lub przyjeżdżają z państw zachodnich. Jeszcze na początku XXI wieku tłumaczono to życiem w zawieszeniu, migranci nie byli zintegrowani z miejscem pobytu na emigracji, więc naturalnie wracali do kraju także po pomoc medyczną - mówi dr Rafał Cekiera, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.
Dziś ten argument stracił na znaczeniu. Wielu Polaków świetnie odnalazło się w nowych realiach, ma stabilną pracę, zna język, funkcjonuje w zagranicznych systemach. A jednak, kiedy chodzi o zdrowie, wybierają Polskę.
- Prywatna opieka medyczna w Polsce bywa po prostu tańsza i łatwiej dostępna niż w krajach takich jak Anglia. Tamtejsze systemy publiczne, choć rozbudowane, często oznaczają długie kolejki i ograniczony dostęp do specjalistów - tłumaczy ekspert.
Chodzi jednak nie tylko o pieniądze. W grę wchodzi także bariera językowa. - Nawet dobra znajomość obcego języka nie zawsze wystarcza, gdy trzeba precyzyjnie opisać objawy, zrozumieć diagnozę, czy podjąć decyzję o leczeniu. W takich momentach pacjenci wolą mieć absolutną pewność, że nic nie zostało przeoczone lub źle zinterpretowane - podkreśla.
Najważniejszy okazuje się jednak czynnik psychologiczny. - Zdrowie to obszar, w którym zaufanie ma kluczowe znaczenie, a to, jak pokazują badania i doświadczenia lekarzy, wielu migrantów wciąż lokuje w Polsce. Mimo powszechnej krytyki systemu publicznego i długiego czasu oczekiwania, kompetencje polskich lekarzy oceniane są bardzo wysoko - wyjaśnia socjolog.
Z kolei wobec zagranicznych systemów ochrony zdrowia często pojawia się dystans związany z niepewnością i stereotypami. - Popularna opowieść o tym, że w Anglii na wszystko zalecany jest paracetamol, stała się już niemal memem. Ale za tym uproszczeniem kryje się realne przekonanie o wysokiej jakości polskiej kadry medycznej - zaznacza dr Rafał Cekiera.
W konsekwencji urlop w Polsce wiąże się z logistyczną układanką między wizytami u lekarzy a spotkaniami z bliskimi. - To taki montaż, odwiedziny u bliskich i przy okazji przegląd zdrowia - dodaje ekspert.
Dokładny wgląd w zdrowie
Martyna Sojka mieszka w Holandii od ponad trzech lat. - Pracuję na co dzień z ludźmi, przez ten czas widziałam kilka przypadków medycznych i jak opieka medyczna mniej więcej wygląda w tym kraju - mówi.
W wielu z nich recepta jest jedna. - Paracetamol. To ich złoty lek na wszystko. Boli cię ręka, paracetamol, boli cię głowa, paracetamol, uderzyłeś się głową o podłogę, paracetamol. Takie podejście ma swoje plusy i minusy.
W Polsce na każde przeziębienie lekarz przepisuje antybiotyk, a w Holandii chyba bardziej stawiają na to, aby organizm sam próbował zwalczyć chorobę - mówi. Mimo wszystko, swoich lekarzy Martyna ma w Polsce. Do kraju przyjeżdża co sześć, czasami siedem tygodni.
- Wcześniej staram się zaplanować wszystkie ważne wizyty - podkreśla. Na pierwszym miejscu zawsze jest u niej ortodonta. - Mam aparat ortodontyczny i muszę wykonywać regularne wizyty - wyjaśnia. Na założenie aparatu zdecydowała się w Polsce, nie w Holandii.
- Zdecydowały o tym opinie ortodontów na Google, zauważyłam że w moim regionie w Polsce mają lepsze opinie oraz podejście do klienta. Z tego co się orientowałam, aparat ortodontyczny w kraju był trochę droższy niż ten w Holandii, ale za to w Polsce ortodonci wydają mi się bardziej rzetelni. To oczywiście kwestia sporna, każdy może mieć swoje zdanie - mówi.
Pozostałe usługi też stara się wykonywać podczas powrotów do kraju. - To też kwestia bariery językowej. Mówię po angielsku i posługuję się podstawami holenderskiego, jednak nie wszystkie kwestie mogę zrozumieć dobrze, więc wolę mieć pewność i klarowność wyników, które objaśni mi lekarz w Polsce - dodaje.
Anna Korytowska

















