Reklama

Reklama

Z każdym rokiem przybywa grobów. Jeden tuż za oknem

Taki widok musi szokować. Tuż obok ogrodzenia i zaledwie pięć metrów od domu Lecha Szymanowskiego z Zielonej Góry powstał grób. Mężczyzna jest zszokowany, bo przypadek sprawił, że w mogile spoczywa jego bliski znajomy. Na razie mogiła jest jedna, ale kolejne to tylko kwestia czasu. Materiał "Interwencji".

Kiedy 30 lat temu pan Lech kupował działkę budowlaną w Zielonej Górze, miał świadomość, że w niedalekim sąsiedztwie znajduje się cmentarz. Mężczyzna otrzymał wówczas zapewnienie, że cmentarz ma być likwidowany i że nie należy się tym przejmować. Tak się jednak nie stało.

- Rodzice tu nabyli działkę od miasta, o czym świadczy akt notarialny. W tym akcie znajdziemy wpis, że została ona sprzedana pod budowę domku jednorodzinnego. Następnie rodzice wnioskowali o pozwolenie na budowę. Wówczas lokalny sanepid wydał opinię negatywną, ponieważ tu była studnia. Ta opinia została uchylona przez wojewódzki sanepid, ponieważ było planowane przyłączenie do miejskiej sieci wodociągowej, a także jest w uzasadnieniu napisane, że cmentarz będzie ulegał likwidacji - tłumaczy Rafał Szymanowski, syn pana Lecha. 

Reklama

Grób pięć metrów od domu

Mimo zapewnień sanepidu nekropolia nie dość, że nie została zlikwidowana, to z roku na rok rozrastała się. Dwa tygodnie temu odbył się kolejny pogrzeb. Zmarły to były wspólnik pana Lecha, który został pochowany w odległości około pięciu metrów od jego domu.

- Tu średnio co dwa-trzy tygodnie pochówki są, przez te 35 lat. Na dziś to zostało może z 10 miejsc. Miasto nie ma już gdzie chować, to chowają cztery metry od mojego domu. To mój kolega, z którym pracowałem osiem lat, bardzo mi bliski człowiek. Jest mi niezmiernie przykro, bo co dzień wstaję i jednak przypomina mi się cała sytuacja. Nie spodziewałem się, że go położą pod moim płotem, praktycznie metr od mojej posesji, a pięć od domu - komentuje pan Lech.

- Staraliśmy się rozmawiać, od początku próbujemy znaleźć jakiś kompromis i nawiązać dyskusję, ale nawet niedawno dostaliśmy w odpowiedzi od zarządcy cmentarza, że tak naprawdę to jest teren cmentarza i oni sobie chować mogą, gdzie chcą - dodaje Rafał Szymanowski, syn pana Lecha.

Władze miasta nie komentują

- My jako zarządca cmentarza w żaden sposób nie przesuwaliśmy tego ogrodzenia. Pozwolenie na budowę zostało wydane i pan Szymanowski wybudował się przy cmentarzu. Wiedział, gdzie się buduje - tłumaczy Mariusz Knyspel, zarządca cmentarza w Zielonej Górze.

Na uwagę, że Lech Szymanowski dostał zapewnienie o tym, że ten cmentarz ma być zlikwidowany, odpowiada: - Widziałem to pismo, ale tę informację podał wojewódzki sanepid w Zielonej Górze.

A w wojewódzkim sanepidzie reporterzy Interwencji usłyszeli, że sprawa jest zbyt świeża i na rzetelną szerszą informację trzeba zaczekać.

Władze miejskie odmawiają komentarza w tej sprawie, a zarząd cmentarza nie widzi podstaw do wstrzymania pochówków. Sprawa zdaje się nie mieć dobrego rozwiązania.

- Poniosłem niesamowite koszty, budując to, a już nie mówiąc o mojej pracy, którą tu włożyłem przez te trzydzieści parę lat. Mając dom jednorodzinny, to cały czas coś trzeba przy nim robić. I ja robię. My nauczyliśmy się z tym żyć i chciałem pana zapewnić, że bardzo dobre relacje mam z tymi ludźmi. W niczym mi tu nie szkodzą, nie kłócimy się, tylko że nie odpowiadają "dzień dobry" - mówi o zmarłych zza ogrodzenia pan Lech.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy