Reklama

Wróciła ze szpitala z krwiakiem na twarzy. Zdjęcia powstanki warszawskiej obiegły sieć

Hanna Arendt-Wisłocka ps. "Kluska" 2 stycznia trafiła do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Oławie z powodu złego samopoczucia i podwyższonego ciśnienia. Dwa dni później wróciła do domu z krwiakiem po prawej stronie twarzy. - Gdy zobaczyłem, jak wygląda, przeraziłem się. Była nie do poznana. Jej szczupła twarz zmieniła się w balon - relacjonuje Marek Arendt, syn powstanki. Sprawa pani Hanny poruszyła tysiące internautów. Ta historia jednak nie jest czarno-biała. Według dyrekcji szpitala do wypadku w ogóle by nie doszło, gdyby syn pacjentki odebrał ją w dniu, w którym trafiła do SOR. Ten napisał jednak: "odmawiam przyjęcia Mamy do domu". Jak mówi Interii, miał swoje powody.

Ta historia poruszyła tysiące osób. Na facebookowym profilu BohaterON, czyli ogólnopolskiej kampanii mającej na celu upamiętnienie i uhonorowanie uczestników Powstania Warszawskiego, zamieszczono w piątek post o Hannie Arendt-Wisłockiej ps. "Kluska". To łączniczka z Powstania Warszawskiego, była pielęgniarka i dyrektorka PCK we Wrocławiu. Do wpisu załączono zdjęcie powstanki - jedno sprzed pobytu w SOR w Oławie, drugie po.

Ze sprawą zgłosił się do organizacji Marek Arendt, 72-letni syn kobiety.

- 2 stycznia mama miała bardzo wysokie ciśnienie, 191/110. Zadzwoniłem na numer 112, przyjechało pogotowie i zabrano ją do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Oławie - opowiada w rozmowie z Interią.

Reklama

I dodaje, że tego samego dnia szpital poinformował go, że mamę można już odebrać. - Wyraziłem wątpliwość, czy mamę na pewno wyleczono w tak krótkim czasie, bo widziałem, w jakim stanie została zabrana. Odmówiłem przyjęcia mamy. Poproszono, abym wysłał maila z taką informacją, tak zrobiłem. Fatalnie się też czułem - tłumaczy mężczyzna.

"Jej twarz zmieniła się w balon"

Następnego dnia, 3 stycznia, pan Marek ponownie odebrał telefon ze szpitala i usłyszał, że mamę można odebrać z SOR w Oławie. - Nie było mnie w domu, byłem we Wrocławiu i załatwiałem ważne sprawy. Nie mogłem więc tego zrobić. Po powrocie miałem mroczki przed oczami, szum w głowie, również wysokie ciśnienie, a ponieważ sam jestem po zawale, zaniepokoiłem się i wezwałem karetkę pogotowia. Przyjechali do mnie ratownicy z Wrocławia. W związku z tym wszystkim najwcześniej mogłem odebrać mamę kolejnego dnia. 4 stycznia zadzwonił już sam dyrektor i powiedział, że wysyła transport medyczny z mamą, bo w jego ocenie pacjentka nie wymaga dalszego leczenia. Powiedziałem, żeby przyjechali - relacjonuje mężczyzna.

- Mama została przywieziona do domu. Gdy zobaczyłem, jak wygląda, przeraziłem się. Była nie do poznana. Jej szczupła twarz zmieniła się w balon, miała ogromnego krwiaka. Zauważyłem też, że nie ma górnych zębów. Spytałem, co się stało, ale panowie zajmowali się jedynie transportem medycznym i nie znali szczegółów. Przekazali mi jednak, że kiedy ją odbierali usłyszeli, że pacjentka dzień wcześniej, a więc 3 stycznia, wypadła z łóżka - mówi syn powstanki.

Zaznacza, że w dokumentacji medycznej ze szpitala nic o dodatkowym urazie nie mógł znaleźć. - Dlaczego więc szpital stwierdził, że ona może wrócić do domu? - pyta mężczyzna.

W karcie informacyjnej, którą pokazał nam pan Marek, napisano: "Rozpoznanie: złe samopoczucie, zmęczenie, inne zaburzenia równowagi elektrolitowej i płynowej oraz stłuczenie twarzy st. pr. krwiak podskórny". Wywiad: "Pacjentka przywieziona do SOR przez ZRM z powodu kołatania serca. W wywiadzie choroba Alzheimera, utrwalone migotanie przedsionków". Przeprowadzono badania fizykalne i laboratoryjne, a 3 stycznia diagnostykę: tomografię komputerową głowy. W opisie tego badania czytamy o "wąskiej szczelinie złamania ściany bocznej oczodołu prawego".

W podsumowaniu lekarz napisał: "W SOR wykonano badania laboratoryjne - hipernatremia, poza tym bez istotnych odchyleń. Po zastosowanym leczeniu uzyskano poprawę. W stanie stabilnym wypisana do leczenia w lecznictwie otwartym. Przekazanie do domu uzgodniono z synem". Zalecenia lekarskie to przyjmowanie leków jak dotychczas, odpowiednie nawodnienie, kontrola ciśnienia w domu i kontrola w POZ u lekarza rodzinnego.

- Nie ma jednego zdania, że uległa jakiemuś wypadkowi - komentuje Marek Arendt.

Szpital: Syn odmówił przyjęcia do domu

O sprawę spytaliśmy dyrekcję Zespołu Opieki Zdrowotnej w Oławie. Otrzymaliśmy oświadczenie szpitala, który potwierdził, że 2 stycznia pani Hanna trafiła do SOR w Oławie z powodu złego samopoczucia i podwyższonego ciśnienia.

"Po diagnostyce i leczeniu uzyskano poprawę stanu pacjentki i nie stwierdzono konieczności hospitalizacji. W godzinach popołudniowych tego dnia, po rozmowie telefonicznej z synem, pacjentkę wypisano i przewieziono transportem szpitalnym do domu, w którym nie zastano nikogo. Syn pacjentki, który do tej pory opiekował się swoją mamą, odmówił przyjęcia jej do domu" - informuje dyrektor ZOZ lek. med. Andrzej Dronsejko.

Przytacza fragment maila, o którym wspominał nam również pan Marek. "Przekażcie Hannę do szpitala, gdzie przy obecnym stanie zdrowia fizycznym i psychicznym jest jej miejsce. Ja odmawiam przyjęcia Mamy do domu". W tej wiadomości syn powstanki podał również, jak informuje szpital, że "sam jest chory i nie może dalej opiekować się mamą".

"O tym zdarzeniu powiadomiono policję, która nie podjęła interwencji w tej sprawie" - dodaje dyrektor ZOZ. Pacjentka wróciła do SOR w Oławie.

Według szpitala nie udało się rozwiązać sytuacji również następnego dnia. "Syn nadal kategorycznie odmawiał przyjęcia mamy do domu. Próby kontaktu z Gminnym Ośrodkiem Pomocy Społecznej w Czernicy również się nie powiodły".

"Potknęła się, upadła i doznała urazu głowy"

Hanna Arendt-Wisłocka przebywała więc nadal na oddziale ratunkowym. Szpital podaje, że pacjentka nie zgłaszała dolegliwości, a kontakt z nią był zachowany, choć nie zawsze logiczny. "Wstawała i chodziła samodzielnie, wykonywała proste polecenia, ale często błądziła, nie była zorientowana co do miejsca i czasu. Obserwowano objawy otępienia, być może również choroby Alzheimera, na którą powoływał się jej syn" - czytamy.

Mimo zaleceń personelu, aby nie opuszczała samodzielnie łóżka, miała co jakiś czas wstawać i krążyć po oddziale. "Personel wielokrotnie odprowadzał panią Hannę do łóżka, jednak mimo to pacjentka próbowała wychodzić przez barierki oraz w części łóżka nieobjętej barierkami. Barierki zabezpieczające były opuszczane wyłącznie w obecności personelu" - dodano. Szpital podkreśla też, że personel nie miał prawa do stosowania u pani Hanny innych środków, które miałyby ją unieruchomić.

"Około godz. 16 w dniu 3 stycznia pani Hanna wbrew zaleceniom personelu wstała z łóżka i, idąc, potknęła się, upadła i doznała urazu głowy po stronie prawej. Nie doszło natomiast, jak insynuuje syn pacjentki, do upadku z łóżka" - informuje dyrektor. Dodaje, że uraz nie dotyczył zębów pacjentki.

Po upadku, według relacji szpitala, natychmiast udzielono pacjentce pomocy: zbadano ją i zrobiono zimny okład w miejscu urazu. Wykonano również pełną diagnostykę obrazową wraz z tomografią komputerową. "Nie stwierdzono obrażeń wymagających leczenia szpitalnego. Ze względu na przyjmowane leki przeciwzakrzepowe w miejscu urazu powstał krwiak podskórny" - tłumaczy szpital.

I dodaje: "Jest nam bardzo przykro z powodu urazu, jakiego doznała pacjentka podczas pobytu w naszym szpitalu. Z pewnością do takiego zdarzenia nie doszłoby, gdyby w dniu 2 stycznia po leczeniu i wypisaniu z SOR, pacjentka została przyjęta przez syna do domu. Nie wymagała ona bowiem już w tym dniu hospitalizacji, a opieki ze strony najbliższej rodziny, na którą niestety nie mogła liczyć". Ponadto, według dyrektora, nie doszłoby również do wypadku, gdyby pani Hanna stosowała się do zaleceń i próśb personelu. 

Drugi pobyt na SOR-ze. "Mama fatalnie się czuła"

Gdy 4 stycznia pani Hanna była już w domu, po jakimś czasie pan Marek ponownie wezwał pogotowie. - Widziałem, że mama fatalnie się czuje, próbuje coś powiedzieć, ale wydaje tylko z siebie nieartykułowane dźwięki. Pogotowie przyjechało, znowu z Oławy. Zabrano ją do szpitala i na następny dzień zdecydowano wysłać mamę do Wrocławia na konsultację chirurgiczną i okulistyczną - relacjonuje syn powstanki.

Okulista nie stwierdził wskazań do leczenia w trybie ostrodyżurowym. Lekarz chirurgii szczękowo-twarzowej w opisie konsultacji napisał: "W dokumentacji medycznej brak informacji o okolicznościach, charakterze oraz momencie urazu". Potwierdził, że w badaniu tomografii komputerowej wykazano wąską szczelinę złamania ściany bocznej oczodołu prawego oraz obrzęk tkanek miękkich i krwiaka w okolicy bocznej części oczodołu prawego. Nie stwierdził cech patologii wewnątrzoczodołowej. "Brak wskazań do interwencji chirurgicznej z zakresu twarzoczaszki" - dodał.

Hanna Arendt-Wisłocka wróciła do SOR w Oławie, gdzie przebywała do 9 stycznia.

Dyrekcja szpitala w oświadczeniu podkreśla jeszcze, że starsi ludzie źle znoszą zmiany miejsca przebywania. Czują się zagubieni, błądzą i są niespokojni. Dlatego szpital stara się pobyty starszych ludzi ograniczyć do niezbędnych sytuacji wynikających z zagrożenia życia. "Trudno nam też przeciwdziałać sytuacjom, w których do szpitala trafiają pacjenci, z którymi kontakt z uwagi na wiek i choroby współistniejące jest mocno utrudniony. W tym przypadku personel medyczny podejmował wszelkie starania, celem zapewnienia właściwej opieki nad pacjentką. Niestety, nawet najwyższa staranność nie zawsze gwarantuje pełne bezpieczeństwo pacjentów" - podkreślono.

Zdaniem dyrektora szpitala, co w oświadczeniu podkreślono kilkukrotnie, "syn pacjentki nie interesował się stanem zdrowia mamy". Miał również "zachowywać się arogancko i momentami wulgarnie w stosunku do personelu medycznego SOR w Oławie". "Jego działania nie miały na celu zapewnienia matce możliwie najlepszej opieki, a jedynie przerzucenie odpowiedzialności za opiekę nad matką i jej aktualny stan na personel ZOZ w Oławie" - czytamy.

Syn zawiadamia policję i inne instytucje

Pan Marek komentuje: - To kłamstwo. Gwałtowna reakcja nastąpiła tylko w momencie, kiedy mama 4 stycznia wróciła do domu. Wtedy zadzwoniłem do dyrektora, który dwie godziny wcześniej zapewniał mnie, że mama nie wymaga hospitalizacji. Podniesionym głosem zapytałem, w jakim stanie ją wysłał, dlaczego nikt nie powiedział mi, że uległa wypadkowi.

- Nieprawdą jest również to, że nie interesowałem się mamą. Próbowałem ją odwiedzić podczas drugiego pobytu w szpitalu, ale powiedziano mi, że odwiedzin na oddziałach nie ma - dodaje.

Jak pani Hanna czuje się teraz? - Mama dalej jest opuchnięta, ale już nieco mniej. Nabiera pomału życia. Muszę jednak stale się nią opiekować - mówi pan Marek.

- Mam nadzieję, że ta sprawa nie ucichnie i zostanie wyjaśniona. Wystosowałem pismo do dyrekcji szpitala i starosty, na razie bez odzewu, a minął ponad tydzień od wysłania. Nikt nie zaproponował rekompensaty za te urazy - dodaje. - Zgłosiłem się też do Ministerstwa Zdrowia, Rzecznika Praw Pacjenta i złożyłem w Komendzie Powiatowej Policji w Oławie zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Ktoś musi ponieść za tę sytuację konsekwencje. Z kobiety radosnej, otoczonej ludźmi, którzy ją kochają, zrobiono wrak człowieka - podsumowuje syn powstanki.

Biuro komunikacji Ministerstwa Zdrowia przekazało nam, że zgłoszenie od syna pacjentki wpłynęło do resortu 16 stycznia. Tego samego dnia sprawa została przekazana do Prokuratury Rejonowej w Oławie, Rzecznika Praw Pacjenta z powiadomieniem Starostwa Powiatowego w Oławie. Wiemy też, że Rzecznik Praw Pacjenta wszczął już postępowanie wyjaśniające.  

Ponadto w Komendzie Powiatowej Policji w Oławie dowiedzieliśmy się, że 5 stycznia, a więc po pierwszym pobycie w szpitalu, funkcjonariusze przyjęli zawiadomienie w kierunku art. 160 kk, dotyczące narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. - Policjanci wystąpili do Prokuratury Rejonowej w Oławie z wnioskiem o zwolnienie z tajemnicy lekarskiej oraz zabezpieczenie dokumentacji medycznej - informuje asp. szt. Wioletta Polerowicz z KPP w Oławie.

Zbiórka na pobyt w ośrodku opieki

BohaterON również zajmuje się wyjaśnianiem sprawy. "Zaoferowaliśmy pomoc w zakresie wynajmu łóżka rehabilitacyjnego, zakupu materaca przeciwodleżynowego i wózka, pokryjemy także koszty niezbędnych wizyt lekarskich oraz prawników. Jednak pani Hanna wymaga w obecnym stanie całodobowej opieki w ośrodku, co wymaga sporych regularnych nakładów finansowych" - informuje organizacja.

Założono na ten cel zbiórkę pieniędzy. Jak się dowiedzieliśmy, z tych środków organizacja będzie sama, bezpośrednio opłacać potrzeby pani Hanny.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: szpitalny oddział ratunkowy | powstanie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy