Reklama

Reklama

Witek: Ci, którzy mówią, że w stanie wojennym kulturalnie traktowano, plują nam w twarz

Jeżeli ktoś mówi, że stan wojenny był okresem, w którym kulturalnie traktowano ludzi pluje nam w twarz; nie tylko internowanym, ale też rodzinom ofiar, tym którzy stracili pracę, zostali zmuszeni do emigracji - powiedziała we wtorek Elżbieta Witek, szefowa gabinetu politycznego premier.

- To były strasznie mroczne czasy. Czy baliśmy się, czy byliśmy w strachu? Tak. Nikt nie wiedział co się wydarzy, na czym to będzie polegało. Czołgi na ulicach, telewizja zmilitaryzowana, panowie w mundurach wojskowych prezentowali programy, godzina policyjna, zakaz poruszania się - to były ograniczone prawa na terenie całej Polski. To było coś z czym wcześniej nie mieliśmy do czynienia i nie wiadomo było jak to się skończy. Wiedzieliśmy, że za wschodnią granicą jest sąsiad, w cudzysłowie przyjaciel, który "może pomóc". To były naprawdę koszmarne czasy - wspominała Witek, która we wtorek była gościem TVP Info.

Reklama

Podkreśliła, że prawdziwym "chichotem historii" jest fakt, iż wiele osób, które brały udział w represjach, nie zostało rozliczonych. - Ta gruba kreska, która doprowadziła do tego, że nie rozliczyliśmy stanu wojennego dzisiaj ma swój finał. Bo to się nie skończyło. W moim mieście mam esbeków, którzy prowadzili rewizje, śledzili nas, wzywali na milicję, aresztowali, i idą w pierwszym szeregu przede mną na ósmego maja - bo są w stowarzyszeniu emerytowanych oficerów Wojska Polskiego - mówiła.

Dodała, że "jeżeli ktoś mówi, iż stan wojenny, był okresem, w którym kulturalnie traktowano ludzi, to pluje w twarz internowanym, represjonowanym, rodzinom ofiar". - ZOMO strzelało do ludzi i ZOMO, jak wówczas mówiliśmy, pewnie było czymś szprycowane, bo oni mieli pianę na ustach idąc na te akcje. Ja pamiętam pacyfikację kopalni Wujek, w Lubiniu padli zabici, pamiętają to ludzie do dnia dzisiejszego. Jeden z oprawców chodzi sobie spokojnie do dnia dzisiejszego, ma zwolnienia lekarskie, nie można go wsadzić do więzienia. To jest coś strasznego, że po 35 latach dochodzimy do takiego momentu, w którym ci, którzy byli po stronie państwa opresyjnego, ci, którzy w stanie wojennym stali po tamtej stronie: esbecy, ZOMO, mają czelność stanąć i mówić, że to było kulturalne - zaznaczyła minister.

Wspominała, że ona sama trafiła na trzy miesiące do więzienia za udział w sierpniowej manifestacji. - Jako nauczycielka historii, nieprawomyślna, niezgadzająca się z ustrojem, byłam niebezpieczna i niewygodna dla władzy. (...) Pamiętam tych milicjantów, którzy robili zdjęcia. Pomodliliśmy się, odśpiewaliśmy hymn i rozeszliśmy się do domów, ale wiedzieliśmy, że na podstawie tych zdjęć aresztowania będą. Najpierw zamknięto mojego męża, a potem mnie - wspominała.

Witek podkreśliła, że miała wówczas 22 lata. "Pragnienie wolności było takie, że nie patrzyliśmy na to po ile lat mamy i co się z nami stanie. Wiedzieliśmy, że jesteśmy w okresie, w którym mamy ogromną szansę coś dla Polski, Polaków zrobić" - dodała.   

W wyniku wprowadzonego 13 grudnia 1981 r. przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego stanu wojennego zginęło co najmniej kilkadziesiąt osób, a tysiące internowano, w tym niemal wszystkich członków Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność". Na ulicach miast pojawiły się patrole milicji i wojska, czołgi, transportery opancerzone i wozy bojowe. Wprowadzono oficjalną cenzurę korespondencji i łączności telefonicznej; zmilitaryzowano także najważniejsze instytucje i zakłady pracy. Zawieszone zostało wydawanie prasy, z wyjątkiem dwóch gazet ogólnokrajowych ("Trybuny Ludu" i "Żołnierza Wolności") oraz 16 terenowych dzienników partyjnych.

Władze PRL spacyfikowały 40 spośród 199 strajkujących w grudniu 1981 r. zakładów. Najtragiczniejszy przebieg miała akcja w kopalni "Wujek", gdzie interweniujący funkcjonariusze ZOMO użyli broni, w wyniku czego zginęło dziewięciu górników.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy