Reklama

Reklama

"Widziałem te kłamstwa". Były dziennikarz TVP wraca do wypadku Szydło

"Rozmawiałem ze świadkami wypadku premier Szydło - nikt nie słyszał sygnałów. Powiedziałem o tym na antenie i usłyszałem wtedy od wydawcy kilka mocnych słów" - wspomina Wojciech Jakóbczyk, który w 2017 roku był dziennikarzem Telewizji Polskiej. Twierdzi, że widział "kłamstwa i manipulacje" publicznego medium, które towarzyszyły opisywaniu zdarzenia z udziałem ówczesnej szefowej rządu. Zarzucił też reporterowi "Wiadomości", iż przesądził o winie 21-letniego kierowcy seicento, czego nie powinien robić.

Na łamach piątkowej "Gazety Wyborczej" wypowiedział się emerytowany funkcjonariusz Służby Ochrony Państwa Piotr Piątek. Oświadczył, że on i jego koledzy składali fałszywe zeznania w sprawie wypadku ówczesnej premier Beaty Szydło z 2017 roku. Jak twierdzi, kolumna wioząca byłą premier m.in. przez Oświęcim miała wyłączone sygnały dźwiękowe. Działały jedynie światła - tzw. koguty, a to za mało, by pojazdy miały status uprzywilejowanych w ruchu.

- Mieliśmy włączone sygnały świetlne, było już ciemno, wjechaliśmy w miasto. Generalnie wszyscy wiedzieliśmy, że nie mamy włączonych sygnałów dźwiękowych. Dla nas to była rzecz oczywista - powiedział Piątek.

Reklama

Zdaniem rozmówcy dziennika, "chodziło o względy wizerunkowe, żeby ludzie nie widzieli, że władza się wozi i panoszy". - Za każdym razem, gdy jeździłem do domu pani premier, nie włączaliśmy syren. Jechaliśmy po cichu, żeby nie wzbudzać sensacji - wyjaśnił.

Były dziennikarz TVP: Świadkowie wypadku mówili, że nie było dźwiękowych sygnałów

Po publikacji "Wyborczej" głos zabrał były dziennikarz TVP Marcin Jakóbczyk. Jak przekazał, w dniu wypadku premier Szydło miał dyżur w pracy i przełożeni wysłali go do Oświęcimia. "Te kłamstwa i manipulacje widziałem z bliska. Rozmawiałem ze świadkami wypadku - nikt nie słyszał sygnałów. Powiedziałem o tym na antenie, podczas 'lajfa' (wejścia na antenę - red.) dla TVP Info i nawet dałem się wypowiedzieć świadkowi. Usłyszałem wtedy w słuchawce, od wydawcy, kilka mocnych słów, których tutaj nie wypada przytaczać" - napisał na Facebooku. 

Jak dodał, podczas kolejnego "lajfa" pokazał, że w miejscu wypadku jest podwójna ciągła linia, której "kolumna rządowa bez sygnałów nie powinna przekraczać". "Zdjęto mnie z anteny. Wróciłem do domu i obejrzałem w 'Wiadomościach' 'fabularyzowany' materiał Bartłomieja Graczaka, a w nim - zamiast podwójnej ciągłej - linia przerywana!" - stwierdził Jakóbczyk. 

Uściślił, że dzień później w głównym programie informacyjnym TVP1 "była już podwójna ciągła, ale dodano też głośne sygnały dźwiękowe, żeby widz nie miał wątpliwości". "Graczak wydał osąd, czego dziennikarz nigdy nie powinien robić. Wyraźnie podkreślał, że 'sprawcą wypadku jest 21-letni mieszkaniec Oświęcimia', 'kolumna jechała w sposób prawidłowy, sygnały świetlne oraz dźwiękowe były włączone', a kierowca seicento ich nie słyszał, bo głośno słuchał muzyki i jechał starym autem" - opisał. 

Jakóbczyk przypomina o ustawie medialnej. "Nie będziecie w stanie odróżnić prawdy od kłamstwa"

Do posta dziennikarz dołączył również zdjęcie satelitarne miejsca wypadku auta Beaty Szydło oraz przedstawiającą je grafikę z "Wiadomości". Na fotografiach widać, że linia na drodze jest ciągła, a w grafice z telewizyjnej Jedynki - przerywana. 

"Wyobraźcie sobie, że po dzisiejszym sejmowym głosowaniu już nigdy nie będziecie w stanie odróżnić kłamstwa od prawdy. Nawet nie będziecie się musieli o to martwić" - podsumował Marcin Jakóbczyk, nawiązując do uchwalenia przez izbę niższą parlamentu nowelizacji ustawy medialnej. 

Jeżeli prezydent Andrzej Duda podpisze się pod nowymi rozwiązaniami prawnymi, firmy spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego będą mogły posiadać co najwyżej 49 proc. udziałów w spółkach medialnych. Tymczasem właścicielem Grupy TVN - w tym kanału informacyjnego TVN24 - jest amerykański koncern Discovery.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy