W obu przypadkach kłamali o Ukraińcach. Do akcji weszło państwo. Też nie dało rady
Kosztują niewiele, resztę robią ludzie. I to za darmo. Fałszywe informacje szerzą się w sieci i często - nawet mimo interwencji państwowych instytutów - już w niej zostają. Eksperyment NATO StratCom pokazuje, że manipulacja w internecie wciąż jest łatwa i tania. Specjaliści dodają: piekielnie groźna.

Młody chłopak atakuje siekierą. Medycy napiszą później w komunikacie o ofierze: liczne rany cięte i rąbane. Gmach Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego staje się niemym świadkiem makabrycznej zbrodni. Od ciosów umiera 53-letnia portierka. Ranny zostaje 39-letni strażnik, który ruszył kobiecie z pomocą. Wydarzenia z wieczora 7 maja 2025 wstrząsają nie tylko społecznością akademicką. Wywołują poruszenie w kraju, opisują je też media zagraniczne.
Tego samego dnia policja informuje o zatrzymaniu osoby, która zaatakowała - 22-letni obywatel Polski.
Są jednak tacy, co wiedzą lepiej. W mediach społecznościowych niosą się wpisy, mówiące o tym, że za makabrą na kampusie UW stoi Ukrainiec. Niektórzy podają tylko narodowość, inni imię i nazwisko (fałszywe).
Tłumacz big techom, a one swoje
Mimo przekazania administratorom Facebooka oficjalnych komunikatów polskich służb, które mówią o zatrzymaniu Mieszka R., a nie Dmytro Budchyka, wpisy z nieprawdziwymi informacjami nie zostają usunięte.
- Zgłaszaliśmy takie materiały, ale nie były one zdejmowane z platform społecznościowych, choć wskazywaliśmy jasno, co mówi komunikat policji. Platforma uznała, że to niewystarczający dowód na to, że Ukrainiec nie był sprawcą - rozkłada ręce Izabela Jarka, ekspertka NASK-PIB z Ośrodka Analizy Dezinformacji.
Pod jej redakcją Instytut przygotował raport na temat reakcji platform społecznościowych na zgłoszenia w 2025 roku.
I tak: zgłoszono łącznie 46 511 materiałów. Ponad 44 proc. z nich było podszywaniem się pod osobę publiczną lub instytucję. Następne w kolejności są manipulacje, w tym skoordynowane akcje siatek botów (ponad 34 proc.). Pozostałe zgłoszenia to wprost przekazy dezinformacyjne, których było ponad 21 proc.
Platformy usunęły 12 proc. zgłaszanych treści, 20 proc. odrzucono, a moderacji poddano 68 proc.
Wśród odrzuconych zgłoszeń są m.in. te dotyczące zabójstwa na UW, gdzie wskazywano, że sprawca jest Ukraińcem.
W sieci poniosły się też wpisy, według których Ukrainką miała być dziewczynka, która zabiła 11-latkę w parku przed szkołą w Jeleniej Górze. Mimo że polskie służby jasno wskazały, że to nieprawda i interweniował NASK-PIB - większość zgłoszeń została odrzucona. "Platformy ograniczały się jedynie do minimalnej moderacji, pozostawiając fałszywe treści w przestrzeni publicznej" - podaje Instytut w raporcie.
- W przypadku manipulacji napotykamy największe problemy z moderacją po stronie big techów. Często dostajemy wiadomość od platformy, że nie widzą niczego niezgodnego z regulaminem - przyznaje Izabela Jarka z NASK-PIB.
Co to znaczy? Że to domino trudno zatrzymać. Choć nie jest to niemożliwe, nieraz to walka z wiatrakami.
A jak nie wiadomo, o co chodzi, może chodzić o pieniądze.
Pieniądze nie śmierdzą?
W grudniu ubiegłego roku opublikowano wyniki głośnego śledztwa agencji Reutera, które ujawniło, że około 10 proc. dochodów Mety (amerykański konglomerat technologiczny, właściciel m.in. Facebooka, Instagrama i Whatsappa) mogło pochodzić z reklam związanych z oszustwami i zakazanymi produktami.
Reporterzy ustalili, że firma miała wewnętrzne systemy identyfikujące podejrzanych reklamodawców, ale nie zawsze ich blokowała, bo agresywne usuwanie scamów (oszustw polegające na wprowadzeniu kogoś w błąd, by uzyskać korzyść - red.) mogłoby obniżyć przychody reklamowe.
Dlatego kiedy pytamy ekspertów, gdzie najbardziej jesteśmy narażeni na dezinformację, zgodnie wskazują media społecznościowe. - To coś ogólnodostępnego, po co sięgamy i scrollujemy bez zastanowienia - mówi Izabela Jarka.
- Dzisiaj niemal każdy jest w stanie - dzięki sztucznej inteligencji - wygenerować fejkową treść, a potem pokazywać ją np. w mediach społecznościowych. Jeśli do tego sprawnie obsługuje te media, to może generować miliony odsłon - mówi Interii dr hab. Rafał Klepka z Zakładu Komunikowania Politycznego i Mediów Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Tanio kupię, tanio sprzedam
Do myślenia daje eksperyment przeprowadzony przez NATO Strategic Communications Centre of Excellence (StratCom), czyli jednostkę Sojuszu Północnoatlantyckiego zajmującą się komunikacją strategiczną.
Eksperyment mierzy zdolność platform cyfrowych do wykrywania i usuwania nieautentycznych interakcji i postów. Mówiąc wprost - autorzy sprawdzają, jak i za ile można kupować i promować fałszywe narracje w mediach społecznościowych. Ogólny wniosek jest taki: jest lepiej niż było (badanie jest przeprowadzane co roku od sześciu lat), ale wciąż jest źle, a wygenerowanie fałszywych treści można kupić tanio i równie tanio kupić ich rozpowszechnianie.
Autorzy w ramach eksperymentu zrobili następujące zakupy: obserwujący, wyświetlenia, polubienia, udostępniania i komentarze. Promowano w ten sposób 126 postów (treści apolityczne). Do ich stworzenia wykorzystano 28 fałszywych kont.
Przy całkowitym koszcie 252 euro, kampania wygenerowała 206 234 wyświetleń, 200 polubień i 17 442 nieautentycznych komentarzy.
Z raportu NATO StatCom wynika, że platformy usuwają dziś więcej botów niż wcześniej, ale nierówno: najlepiej wypadły VKontakte i X, dużo słabiej Instagram i TikTok. Największym problemem pozostaje to, że większość kupionych reakcji nadal zostaje online.
Ludzie potrzebują wiedzieć
A kiedy już coś zostanie w sieci, to może być potem podane dalej, prawda?
Do szerzenia się fałszywych informacji przyczyniają się nie tylko boty, ale także - a nawet przede wszystkim - użytkownicy.
To jeden z głównych wniosków badania naukowców z Massachusetts Institute of Technology (MIT), którzy w 2018 roku rozchodzenie się nieprawdziwych informacji sprawdzali na podstawie Twittera (dzisiaj X). Okazało się, że fake newsy były o 70 proc. bardziej podatne na retweet, czyli podanie dalej, niż prawdziwe informacje. Co więcej, prawdziwe informacje potrzebowały około sześć razy więcej czasu niż te fałszywe, by dotrzeć do grupy 1500 osób.
- Treści, które są negatywne i emocjonalne działają na nas zdecydowanie bardziej, niż te wyważone i pozytywne - mówi Rafał Klepka.
I choć lata płyną, technologie się zmieniają, ludzka natura pozostaje taka sama - to my jesteśmy kluczowym elementem w tej układance.
Według Przemysława Dudka, analityka z zespołu Demagoga, "fałszywe informacje nie mają żadnej magicznej właściwości, która sprawia, że szybciej się roznoszą". - To kwestia luk informacyjnych, które wypełniają. Ludzie naturalnie szukają odpowiedzi, szczególnie w sytuacjach kryzysowych. Jeśli ich nie ma albo nie potrafią znaleźć rzetelnych informacji, taką lukę mogą wypełnić jakiekolwiek przekazy, które wyglądają na wiarygodne - wskazuje w rozmowie z Interią.
Dlatego właśnie w kampaniach dezinformacyjnych wykorzystywane są często bieżące wydarzenia, m.in. wspomniane już zabójstwa na UW czy w Jeleniej Górze.
Oszukali nawet BBC
Nabrać na nieprawdziwe informacje dają się nawet dziennikarze najpoważniejszych światowych redakcji. Oni zresztą są celem szczególnym - mogą bowiem dezinformację uwiarygodnić.
Tym sposobem nieistniejąca osoba udzieliła wywiadu brytyjskiemu nadawcy publicznemu - telewizji BBC, podając się za ofiarę rzekomego rasizmu na granicy polsko-ukraińskiej. Sprawę opisywaliśmy w Interii w 2022 roku.
Interweniowała wówczas sama kancelaria premiera. Udało się - stacja film usunęła.
Tylko skąd w BBC wzięła się kobieta widmo? - Była to osoba podstawiona, wyszkolona, wiedziała, co i jak ma mówić. I dziennikarz jej uwierzył - tłumaczyła nam Marta Gromada z NASK.
- Wszyscy jesteśmy narażeni na dezinformację, także media - przyznaje Izabela Jarka. I wskazuje, że w przypadku niedawnego strajku rolników wykorzystano nieprawdziwe zdjęcia w jednym z dużych mediów.
Jak zatrzymać kłamstwo?
Fałszywe informacje mogą zataczać szerokie kręgi w mediach społecznościowych, ale nie tylko.
- W rozprzestrzenianiu się dezinformacji chodzi nie tylko o to, że coś "udostępniamy". Jeśli dezinformacja zaczyna infekować nasze myśli i poglądy, to one zaczynają się pojawiać w rozmowach z sąsiadami, przyjaciółmi, rodzinie. Przekazywanie dalej ma nie tylko wymiar technologiczny - podkreśla Rafał Klepka.
Przemysław Dudek z Demagoga przekonuje, że mimo wszystko można - i warto - działać. A z pomocą przychodzi fact checking, czyli analiza i weryfikacja treści i reagowanie, gdy w przestrzeni publicznej pojawia się nieprawdziwa informacja.
- Z perspektywy fact checkera najskuteczniejsze jest oznaczanie fałszywej treści i otoczenie jej prawdziwymi informacjami. Samo usunięcie fałszywej wiadomości mogłoby paradoksalnie spowodować jej utrwalenie - nie byłoby sprostowania. Weryfikując fałszywe informacje, docieramy przede wszystkim do osób, które mogą w nie uwierzyć, ale są otwarte na racjonalne argumenty, jeżeli zostaną im przedstawione - mówi. I dodaje: "Bo zdajemy sobie sprawę, że są też tacy, którzy mimo podania im prawdziwych informacji nie uwierzą".
- Są społeczności, których członkowie napędzają nawzajem własną radykalizację. Jeśli takie osoby dodatkowo tracą kontakt z najbliższymi, zaczynają obracać się wyłącznie w takim środowisku. W takich przypadkach potrzebne są działania, które wykraczają poza suchą weryfikację faktów - wskazuje.
Bo co innego dać się nabrać, a co innego nie chcieć szukać odpowiedzi.
A dla wszystkich, którzy nie chcą dać się wykorzystać w szerzeniu dezinformacji, przygotowaliśmy osiem zasad, które pomogą przetrwać w internecie.
Justyna Kaczmarczyk (justyna.kaczmarczyk@firma.interia.pl), Jolanta Kamińska-Samolej (jolanta.kaminska@firma.interia.pl)















