Reklama

Reklama

​Udusiły i utopiły swoje dzieci. "Kiedy przychodzi kryzys, myślą tylko o tym, jak uśmierzyć ból"

26-letnia Paulina N. udusiła troje swoich dzieci. Do tragedii doszło w ubiegły czwartek w Lublinie. Trzy dni później, w Pułtusku, wędkarze znajdują w Narwi ciało 5-latki i jej matki. Obie historie, oprócz ogromu tragedii, łączy coś jeszcze. - Każda z tych matek była w kryzysie psychologicznym. I żadna nie wyszła z niego obronną ręką - tłumaczy w rozmowie z Interią Jan Gołębiowski, psycholog kryminalny.

Kobiety i ich dzieci zapłaciły najwyższą cenę za ten kryzys. Czy musiało tak być? Gołębiowski odpowiada. - Jaka jest polska służba zdrowia każdy widzi, a psychiatria jest na samym końcu jej finansowania. Monitoring wychodzących ze szpitala psychiatrycznego albo jest słaby, albo nie ma go wcale - dodaje Gołębiowski. 

Tragedia w Pułtusku

Kiedy w sobotę media obiegła historia wyłowionych z Narwi zwłok pięciolatki i 39-latki wszyscy zadawali sobie pytanie: kim są znalezione kobiety. Jeszcze tego samego dnia ojciec dziewczynki rozpoznaje na podstawie okazanych zdjęć swoją córkę i żonę. Mnożą się hipotezy, co stało się z kobietą z dzieckiem, która około czwartej nad ranem wysiadła z zaparkowanego w okolicy kładki auta. Nieszczęśliwy wypadek? Udział osób trzecich? Dziś już wiadomo, co było przyczyną ich zgonu.

Reklama

- Sekcje zwłok poszkodowanych nie wykazały ani u matki, ani u córki żadnych obrażeń zewnętrznych ciała. Przyczyną zgonu obu jest utonięcie. A analiza miejskiego monitoringu, w tym nagrania z kładki, pozwala nam na wnioskowanie, że mamy tu do czynienia z samobójstwem rozszerzonym - tłumaczy Monika Kosińska-Kaim, zastępca Prokuratora Rejonowego w Pułtusku.

Dziś wszyscy zastanawiają się nad kolejnym wątkiem tej dramatycznej historii. Co pchnęło 39-latkę do tak desperackiego czynu?

- O ile okoliczności zdarzenia są już dla nas jasne, nie znamy jeszcze motywu działania kobiety. Czynności w tym zakresie trwają - dodaje prokurator Kosińska-Kaim.

Samobójstwa to plaga ostatnich lat. Każdego dnia życie w Polsce odbiera sobie 15 osób, a 225 próbuje to zrobić.

- Codziennie słyszymy w serwisach informacyjnych, że na COVID-19 zmarło tyle i tyle osób, nikt nam natomiast nie mówi ile osób popełniło samobójstwo. A skala jest porażająca - ostrzega Jan Gołębiowski, psycholog kryminalny i profiler.

Alarmujące statystyki

W 2020 roku w wyniku śmierci samobójczej życie straciło 5165 kobiet i mężczyzn. To prawie dwa razy tyle, ile ginie w wypadkach samochodowych i prawie dziesięć razy więcej niż tych, których uśmiercono w wyniku zabójstwa.

Wśród tych ponurych statystyk są także i ci, którzy, jak 39-latka, odebrali życie nie tylko sobie, ale i swoim bliskim.   

Śledczy z Pułtuska nadal szukają powodów, które zaprowadziły 39-latkę na kładkę nad Narwią. Zdaniem specjalistów nie można wykluczyć u kobiety depresji.  

- Nawet jeśli ta kobieta nigdy się nie leczyła, nie oznacza to, że nie była chora. Jest coś takiego jak depresja maskowana. Chory może praktycznie do końca robić dobrą minę do złej gry, a w środku ukrywać duży kryzys psychologiczny. Mogą go powodować zarówno czynniki chorobowe, jak i czynniki sytuacyjne, a najczęściej splot jednego i drugiego. I wyniku takiego przeciążenia bywa, że coś w człowieku pęka - tłumaczy Jan Gołębiowski.

Polski profiler podkreśla, że chory w takiej sytuacji nie widzi niczego poza swoim cierpieniem.

- Jego pole świadomości jest zawężone. Nie widzi konstruktywnych sposobów rozwiązania problemów, jest tak skoncentrowana na swoim nieszczęściu, że wszystko nie ma dla niego sensu - tłumaczy Gołębiowski. - To nie jest myśl, że ten ktoś chce się zabić. On chce zakończyć to co czuje, wyłączyć ten dyskomfort - dodaje.

Silny związek matki z dzieckiem

Dlaczego 39-latka odebrała życie nie tylko sobie? Mieszkańcy Pułtuska nie mogą zrozumieć, w czym zawiniła matce pięciolatka.

- W niczym! Paradoksalnie jest to efekt silnego związku matki z dzieckiem, miłości i odpowiedzialności pojętej w zniekształcony sposób. Matka czuje się jednością z dzieckiem, że skoro postanawia "wyłączyć" swój świat, to czuje się zobligowana do zabrania życia także i dziecka. Do tego dochodzi poczucie osamotnienia, subiektywne przekonanie, że dziecko zostanie bez opieki matczynej i nikt się nim dobrze nie zajmie - mówi Jan Gołębiowski.

Profiler dodaje, że zaufanie matki do dziecka w takich przypadkach nie zna granic.  

- Opiniowałem kiedyś przypadek kobiety, która powiesiła się razem z synkiem w wieku szkolnym. Obrażenia jego ciała nie wskazywały, by przy odbieraniu życia stawiał jakiś opór. Jeszcze napisał przed śmiercią list pożegnalny do taty. Opisał dziecięcą rączką, że znajdzie jego i mamę w garażu i zaraz obok miał prośbę, żeby ojciec oddał koledze pożyczoną przez chłopca książkę. Jeśli ten kryzys narasta przez jakiś czas, to, jak widać, także i dziecko może w to wejść - tłumaczy Jan Gołębiowski.

Dramat w Lublinie

Zdecydowanie bliżej motywu są zapewne śledczy z Lublina. Nie jest już tajemnicą, że 26-letnia Paulina N. od lat chorowała na schizofrenię. A nawrót choroby pchnął kobietę do zabójstwa swych dzieci. Zwłaszcza, że była z nimi sama.

- Możemy porównać osobę chorą psychicznie, w kryzysie, do osoby chociażby niepełnosprawnej ruchowo. Czy jeśli ktoś porusza się o kuli czy jeździ na wózku, pozostawiony sam, będzie mógł poradzić sobie z trójką małych dzieci? Nie będzie mu łatwo. Jeśli ktoś ma chorobę psychiczną w postaci schizofrenii i ma trójkę dzieci też go to może przerosnąć - tłumaczy Jan Gołębiewski.

Specjaliści wskazują, że duża odpowiedzialność spoczywa wtedy na rodzinie. Powinna wesprzeć, opiekować się, ale jeszcze większą rolę powinny odegrać instytucje monitorujące co dzieje się z chorą osobą, która opuszcza szpital.

- Taka osoba powinna być regularnie odwiedzana przez specjalistów. Ci powinni sprawdzać jak się czuje po pobycie w szpitalu, czy bierze leki. Problem w tym, że u nas psychiatria środowiskowa, czyli monitorowanie ludzi poza szpitalami działa bardzo słabo. Nie ma na nią środków, kuleje, a w niektórych miejscach nie ma jej w ogóle - kwituje psycholog kryminalny. - Kiedy kilka lat temu pracowałem w szpitalu psychiatrycznym w podwarszawskich Tworkach to tam był Zespół Leczenia Środowiskowego. Pracujący tam specjaliści jeździli do pacjentów na wizyty kontrolne. Jechał psycholog, czasami psychiatra, pracownik socjalny, sprawdzali jak się pacjent czuje, czy bierze leki, rozmawiali z nim. I właśnie tak to powinno wyglądać.

W przypadku Pauliny N. takiego monitoringu zabrakło. A ona sama o pomoc nie poprosiła.

- Jedni przyjdą o pomoc, inni nie. Tym bardziej, że choroba psychiczna w naszym kraju nadal stygmatyzuje. Depresję już nieco oswoiliśmy. Dzięki min. znanym osobom, które głośno mówią o swojej chorobie. Już to zaczynamy rozumieć, współczujemy, że komuś jest smutno, że sobie nie radzi. Ale chory ze schizofrenią, który zachowuje się dziwacznie, nadal budzi niezrozumienie, a często i lęk. Dlatego wiele osób ukrywa objawy schizofrenii i się do niej nie przyznaje. Wszystko staje się jasne dopiero po takiej tragedii jak ta - dodaje Gołębiowski.

Irmina Brachacz

Wasze komentarze
No hate

Dodawanie komentarzy pod tym artykułem zostało wyłączone

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym, nasyconym nienawiścią komentarzom, niezależnie od wyrażanych poglądów. Jeśli widzisz komentarz w innych serwisach, który jest hejtem – wyślij nam zgłoszenie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama