W skrócie
- Po wypadku polskiego autokaru na Węgrzech, w którym zginęło 12 osób, drugi kierowca zaprzeczył doniesieniom o wielokrotnym koziołkowaniu pojazdu.
- Jak poinformował, autokar zsunął się po stromym nasypie i przewrócił na bok, a w miejscu zdarzenia brakowało barierek ochronnych.
- Według kierowcy pasażerowie rzadko zapinali pasy bezpieczeństwa, a w pierwszych godzinach po wypadku pomocą służyli wolontariusze i węgierska Polonia.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
W tragicznym wypadku polskiego autokaru, który rozbił się na Węgrzech podczas powrotu pielgrzymów z Medziugorie, zginęło 12 osób, natomiast wielu innych zostało rannych. W poniedziałek samolot z 21 poszkodowanymi wylądował na lotnisku w Rzeszowie. W środę do Polski przyleciała kolejna grupa pielgrzymów.
W internecie oraz mediach krążą spekulacje na temat przyczyn katastrofy. W rozmowie z "Super Expressem" głos w sprawie zabrał Grzegorz Wojtoń, drugi kierowca autokaru i właściciel biura podróży, który był obecny na pokładzie w chwili wypadku.
"Jedną z najczęściej powtarzanych wersji wydarzeń było to, że autokar kilkukrotnie koziołkował" - twierdzi dziennik. Kierowca natomiast stanowczo zaprzeczył, że takie zdarzenie miało miejsce. - Absolutnie nie. Proszę tego nie słuchać - uciął spekulacje.
Za mało wiarygodną Wojtoń uznał także teorię o pękniętej oponie. Jak jednak zastrzegł, wyjaśnianiem oficjalnej przyczyny wypadku zajmą się biegli.
Wypadek autokaru na Węgrzech. Kierowca ucina spekulacje
Wojtoń powiedział, że prowadził autokar przez Chorwację i część Węgier. Kiedy jego czas pracy dobiegł końca, zjechał na parking, aby zmienić się z drugim kierowcą, panem Robertem.
Jak stwierdził rozmówca "Super Expressu", jego kolega był w pełni gotowy do dalszej jazdy. - Mówił, że się czuje bardzo dobrze. Ja pytałem się, jak tam. On mówi: "Nie no, wszystko w porządku. Czuję się bardzo dobrze" - relacjonował Wojtoń.
Pan Robert ruszył w trasę. Miał prowadzić przez cztery i pół godziny, jednak po około trzech i pół godzinach zdarzył się wypadek - pojazd nagle zjechał z drogi i wpadł do przydrożnego rowu.
Tragiczny wypadek na Węgrzech. Kierowca autokaru zdradził szczegóły
Według relacji Wojtonia autokar zjechał z drogi i przewrócił się na bok, ponieważ zsuwał się po bardzo stromym i głębokim nasypie. .
- Był bardzo stromy i bardzo głęboki nasyp, który, moim zdaniem, powinien być zabezpieczony barierkami ochronnymi. W tym miejscu tych barierek nie było i kto wie, jak potoczyłaby się sytuacja, gdyby tam były - powiedział.
Wojtoń opisał, że autokar siłą rozpędu zsunął się po rowie jeszcze przez kilkanaście metrów. Właśnie to - jak opisuje dziennik - doprowadziło do powstania największych obrażeń u pasażerów.
Katastrofa autokaru z pielgrzymami. "Bardzo rzadko się zapinali"
Wojtoń został zapytany o to, czy pasażerowie mieli zapięte pasy bezpieczeństwa. - Wie pan co, bardzo, bardzo rzadko się zapinali. Można powiedzieć, że sporadycznie, chociaż mówi się, prosi się - powiedział dziennikarzowi "Super Expressu".
Po wypadku mężczyzna - mimo własnych obrażeń - aktywnie uczestniczył w akcji ratunkowej. Pomagał pasażerom wydostać się przez wybite okna i wyjścia awaryjne w dachu. W jego ocenie pomoc ze strony ambasady nadeszła zbyt późno, natomiast w pierwszych godzinach nieocenione wsparcie zapewnili wolontariusze i węgierska Polonia.
Wojtoń odniósł się także do stanu zdrowia pana Roberta. Pytany o to, czy mężczyzna mógł zasłabnąć za kierownicą z powodu choroby, stwierdził, że kierowca "miał wszelkie uprawnienia, badania psychotechniczne i badania lekarskie".
Źródło: "Super Express"















