W Polsce na endometriozę choruje 1,5 - 2 milionów kobiet. Większość z nich leczy się prywatnie. Wizyty u specjalistów, diagnostyka i leczenie generują ogromne koszty. Kobiety mówią wprost, że nie każdą na to stać. To duża grupa, która przez lata była niezauważona i pomijana. Izabela Leszczyna, była już ministra zdrowia, obiecała, że ich sytuacja się zmieni. W maju zapowiedziała, że od 1 lipca kobiety zmagające się z endometriozą będą mogą liczyć na bezpłatną, kompleksową, specjalistyczną opiekę.
- Już nigdy nie będziecie ze swoim cierpieniem same. Dziękuję wszystkim dziewczynom, kobietom, które przez lata z determinacją walczyły o to, żeby ktoś zauważył, że endometriozę powinnyśmy leczyć z publicznych środków. To jest wasz sukces - podkreślała Leszczyna.
Na stronie NFZ opublikowano listę ośmiu ośrodków leczenia endomertiozy. Placówki zlokalizowane są w różnych częściach kraju: Opolu, Lublinie, Krakowie, Katowicach, Warszawie, Gdyni, Łodzi i Poznaniu. Problem w tym, że część z nich nie zaczęła działać. W innych na termin czeka się bardzo długo.
"Nic się nie zmieniło"
Interia zapytała kobiety cierpiące na endometriozę o ich doświadczenia z nowo powstałymi ośrodkami. Liczba wiadomości, które otrzymaliśmy, była przytłaczająca. Wiele kobiet pisało, że nic się nie zmieniło, a terminy są bardzo odległe (nawet na 2027 rok).
"Dzwoniłam codziennie do różnych klinik żeby zapisać się na NFZ, dzwoniłam tyle czasu, że wygasło mi skierowanie. Zapisałam się prywatnie, kompletnie nic się nie zmieniło i raczej prędko zmian nie będzie" - napisała Natalia.
"Nigdzie nie ma terminów, a wizyta prywatna to 800 zł. Nikomu nie życzę takiego bólu, często leżałam na podłodze w łazience z silnymi wymiotami i nie miałam siły wstać, czy przejść do drugiego pokoju" - podzieliła się z nami Magda.
Joanna leczy się od pięciu lat. Za pierwszą operację zapłaciła 20 tys. zł. Czeka na drugą, jej koszt to 48 tys. zł. Kiedy pytamy, czy to dla niej duży wydatek, przyznaje, że ogromny. Operacja jest już jednak zaplanowana, bo ból jest tak silny, że uniemożliwia jej funkcjonowanie.
Anna leczy się od 2020 roku. Dziś ma 30 lat. Przez lata usłyszała wiele niewłaściwych diagnoz: od zapalenia pęcherza, po raka jajników. Przeszła jedną operację, która mogła przekreślić jej marzenie o dziecku. Kiedy zapytała lekarza, jakie ma szanse na zostanie matką, usłyszała: "ja wróżką nie jestem". Od operacji dwa razy zaszła w ciążę. W obu przypadkach rodziła przedwcześnie - w 25 i 27 tygodniu ciąży - dzieci nie przeżyły. Dziś czeka na koleją operację. Jej koszt? 45 tys. zł.
To historie kilku z dziesiątek kobiet z endometriozą, które się do nas odezwały.
Osiem ośrodków w Polsce
Jednocześnie pojawiały się głosy, że zmiany są zauważalne. "Zmieniło się i wierzę w to że małymi kroczkami będzie więcej miejsc do leczenia endometriozy. Męczę się siedem lat, mimo że pracuję, nie stać mnie na wizyty lub operację prywatnie. Nie miałam problemu, by zapisać się telefonicznie do poradni na NFZ w lipcu na sierpień. Fakt - będę jechać pół Polski, ale mocno wierzę, że mi pomogą i znów zechce mi się żyć" - napisała jedna z kobiet.
Kolejna przyznała, że pojedzie prawie 400 kilometrów na wizytę, ale nie wybrzydza. "Jestem ogromnie wdzięczna" - dodała.
Postanowiliśmy postawić się w roli chorej i sprawdzić, jak wygląda szukanie terminu wizyty na NFZ. Zadzwoniliśmy do każdego z ośmiu publicznych ośrodków leczenia endometriozy.
Szpitale Pomorskie w Gdyni i Opolskie Centrum Onkologii w Opolu nie zaczęły jeszcze działać. W tym drugim usłyszeliśmy, że "nic nie jest jeszcze ustalone i można dzwonić we wrześniu". W 1 Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Lublinie i Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie terminy dostępne są na 2026 rok. W Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie - do końca przyszłego roku brak już terminów.
Tylko w dwóch placówkach - Katowickim Centrum Onkologii i Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi - była możliwość zapisania się na ten rok. Do Wielkopolskiego Centrum Onkologii w Poznaniu, mimo wielu prób, nie udało nam się dodzwonić.

Rozporządzenie w sprawie bezpłatnego leczenia endometriozy zostało podpisane przez Izabelę Leszczynę 30 maja. Na stronie NFZ pojawiła się informacja, że "od 1 lipca 2025 r. pacjentki z endometriozą mogą korzystać z nowego, kompleksowego modelu opieki finansowanego przez Narodowy Fundusz Zdrowia". Placówki nie dostały wiele czasu na zorganizowanie się. Nieoficjalnie słyszymy, że powody były stricte polityczne: minister Leszczyna chciała wprowadzić zmianę jeszcze za czasów swojej kadencji. Pod koniec lipca przestała pełnić urząd, a w wyniku rekonstrukcji rządu jej miejsce zajęła Jolanta Sobierańska-Grenda.
Dwie strony medalu
Daniel Kurczyński, specjalista ginekologii i ginekologii onkologicznej, kierownik bloku operacyjnego w Katowickim Centrum Onkologii, a także członek powołanego przez Ministerstwo Zdrowia zespołu do spraw endometriozy zaznacza, że sytuacja jest wielowymiarowa.
- Nasz ośrodek zaczął działalność już w pierwszych dniach lipca, ale kosztowało to wiele pracy. Organizacja takiego ośrodka, ustalenie grafiku, zorganizowanie sprzętu nie jest łatwe. Przyjmujemy trzy dni w tygodniu. Początkowo uruchomiliśmy zapisy na dwa miesiące i one zapełniły się godzinę, telefony się urywały. To pokazuje, jak duże jest zainteresowanie pacjentek - mówi w rozmowie z Interią.
Dodaje, że po uruchomieniu grafiku do końca czerwca 2026 roku już praktycznie wszystkie terminy na ten rok są zajęte. - Kobiety są rozżalone, że terminy są odległe, ale nie widzą tego, jak wiele osób szuka u nas pomocy - zauważa Kurczyński.
Ginekolog podkreśla, że do zdiagnozowania choroby trzeba wykonać jedno z trudniejszych USG w ginekologii, do którego potrzebne jest duże doświadczenie. - Taka wizyta trwa około 40 minut, z automatu nie jesteśmy w stanie przyjąć dziennie dużo pacjentek. Myślę, że nawet gdybyśmy pracowali 24 godziny na dobę codziennie, to wciąż byłoby mało - mówi.
Lekarz tłumaczy, że jeden dzień w tygodniu Centrum ma zarezerwowane na same kontrole pooperacyjne, bo te osoby nie mogą czekać. Dwa pozostałe dni są przeznaczone dla nowych pacjentek.
Czyli właściwie dla kogo?
Leczenie endometriozy na NFZ. Dla kogo wizyty?
- W idealnym zamyśle poradnie są stworzone dla pacjentek, które mają podejrzenie endometriozy, a na diagnostykę nie jest potrzebne skierowanie. My zdiagnozujemy, ustalimy plan leczenia, damy zalecenia, a jeśli będzie wskazanie do operacji, to ustalimy termin i zoperujemy - tłumaczy ginekolog.
Tymczasem wokół tego, do kogo skierowane są ośrodki, narasta coraz więcej mitów. Kobiety narzekają, że na termin czeka się długo, a te którym udało się dostać, twierdzą że wizyta nie spełniła ich oczekiwań.
- Zgłaszają się pacjentki w ciąży, dla których my nie możemy właściwie nic zrobić, bo ciąża jest wybitnie ciężkim okresem do diagnozowania jakichkolwiek patologii w ginekologii. Przychodzą też pacjentki, które mają już rozpoznaną endometriozę i są w trakcie leczenia, a zdarza się że przychodzą do nas 2-3 tygodnie po wizycie diagnostycznej u lekarza specjalizującego się w leczeniu endometriozy. Z jednej strony jestem w stanie zrozumieć, że taka pacjentka ma prawo do ponownej oceny przez innego lekarza, ale z drugiej strony ogranicza to dostęp tym kobietom, które czekają na rozpoznanie i pomoc - wylicza Kurczyński.
Ginekolog przyznaje, że pacjentki mają też różne oczekiwania: żądają na wizytach USG piersi, chcą żeby im pobrać cytologię, posiewy czy leczyć infekcję intymną.
- To wszystko mogą zrobić u każdego ginekologa, do którego dostęp jest o wiele łatwiejszy. Między innymi takie sytuacje powodują, że u nas są tak odległe terminy. Jednocześnie wiemy, że niektóre pacjentki szalenie na nas narzekają, bo sam odpisuję na skargi, które NFZ do nas wysyła, że nie ma terminów, że są zbyt odległe, czy że w trakcie wizyty polegającej na diagnostyce endometriozy odmówiliśmy zrobienia USG piersi. Takie pacjentki wykazują skrajne niezrozumienie sytuacji - mówi w rozmowie z Interią Daniel Kurczyński z Katowickiego Centrum Onkologii.
Zdaniem lekarza za informacją o rozpoczęciu działania centrów powinna iść kampania informacyjna, która by wyjaśniała, do kogo te placówki są skierowane.
"Takich ośrodków powinno być 30"
Nieleczona endometrioza może przybierać przeróżne formy. Od bolesnych i bardzo obfitych miesiączek, codziennego stałego bólu brzucha, promieniującego do pleców czy nóg, bólu barków, bolesnego współżycia, po problemy z jelitami: bardzo bolesne wypróżnienia, wymioty czy krwawienia, czasami nawet niedrożność przewodu pokarmowego, upośledzenie odpływu moczu z nerki i w związku z tym powikłania takie jak chociażby nadciśnienie tętnicze.
Endometrioza może też prowadzić do pojawienia się objawów wegetatywnych - kołatania serca, zlewnych potów, napadów lęku. Może też powodować problemy z poruszaniem się, utykanie - w momencie, gdy nacieka na nerwy oraz prowadzić do problemów z zajściem w ciążę.
Lista dolegliwości wydaje się nie mieć końca. Do tego dochodzą inne problemy, z którymi chore na endometriozę przez lata musiały się mierzyć.
- Największym problemem do czasu powstania systemu było to, że te pacjentki nie wiedziały, gdzie mają trafić. Druga kwestia to leczenie operacyjne, które jest najbardziej kosztochłonne, a do tej pory nie było w Polsce refundowane. Szpitale, które się tym zajmowały, wydawały duże pieniądze i często się zadłużały. Pacjentki musiały się leczyć operacyjnie w ośrodkach prywatnych, niejednokrotnie płacąc po 60 - 100 tysięcy złotych za operacje. Teraz wiedzą, gdzie się zgłosić i mogą zostać zoperowane na NFZ. To jest kluczowa zmiana - mówi Interii ginekolog Daniel Kurczyński.
Zmiana faktycznie jest, ale do uzdrowienia systemu jeszcze daleko.
W Polsce na endometriozę choruje półtora do dwóch milionów kobiet. - System się ugina pod naporem takiej ilości pacjentek. Lekarzy specjalizujących się w endometriozie jest bardzo mało, a pacjentek nie ubędzie. Takich ośrodków jak nasz powinno być 20-30, a jest osiem. Trudno się dziwić, że są kolejki. Póki nie pojawi się dodatkowa, nowa kadra specjalistów w leczeniu endometriozy, to dostęp do diagnostyki i leczenia nie ulegnie znaczącej poprawie - przyznaje nasz rozmówca.
Paulina Sowa (paulina.sowa@firma.interia.pl)















