Tajemnice VLOP-ów i algorytmów. "Prawdziwe media społecznościowe się skończyły"
Maksymalnie przykuć twoją uwagę - to główne i najważniejsze zadanie algorytmu. Jak to robi? Ha! Nie dowiesz się tak łatwo, to przecież najpilniej strzeżony sekret VLOP-ów. Ale przygotuj się na ogromne emocje i kontrowersyjne treści, które uderzą w twoje najczulsze struny. Zapraszam do świata tajemnic algorytmów.

Wchodzisz na jedną z platform społecznościowych. Klikasz w proponowaną rolkę. Potem kolejną i kolejną. Wpadasz w króliczą norę i sam nie wiesz, kiedy minęła ci ostatnia godzina. Nie wiesz też, ile treści podpowiedzianych przez algorytm to prawda, a ile z nich to zwykły fake.
Nie od dziś widzimy, że nasze feedy, czyli pokazujące nam się posty na platformach społecznościowych przypominają połączenie strumienia reklam z treściami, które podpowiadane są nam na podstawie wcześniejszych klików. Tak działają algorytmy, zaś wspomniane platformy opisywane są pod zbiorczą, mniej znaną nazwą - VLOP.
VLOP-y i ich algorytmy
Czym jest VLOP? To skrót od: Very Large Online Platforms (Bardzo Duże Platformy Online). Stosowany on jest w unijnych przepisach, które w założeniu miały pomóc w opanowaniu szaleństwa algorytmów. Jak to się skończyło? O tym za chwilę.
Z VLOP-ów korzystamy codziennie. To największe platformy takie jak Facebook, YouTube, Instagram, TikTok czy X.
Model działania VLOP-ów opiera się przede wszystkim na przyciąganiu i utrzymywaniu naszej uwagi. To właśnie czas spędzany na platformie, nasze zaangażowanie i dane osobowe są dziś najcenniejszym "surowcem", na którym platformy zarabiają ogromne pieniądze. Im dłużej korzystamy z aplikacji, tym więcej reklam możemy zobaczyć i tym więcej informacji o nas zbierają platformy.
Najważniejszą rolę odgrywają tutaj algorytmy rekomendujące treści. To one decydują, co pojawia się w naszym feedzie, jakie filmy oglądamy i które posty wyświetlają się częściej niż inne. Algorytmy są projektowane tak, żeby jak najdłużej utrzymać naszą uwagę i skłonić do kolejnych interakcji.
Jak tłumaczy Sylwia Czubkowska, autorka książki "Bóg Techy", wiadomo przede wszystkim, że algorytmy premiują treści wzbudzające większe zainteresowanie.
Dużym przełomem był moment wprowadzenia przycisku "like" i zmian w sposobie działania platform około 2009 roku. - Wtedy media społecznościowe zaczęły zmieniać się z miejsc służących głównie do kontaktu ze znajomymi w ogromne platformy rozrywkowe i informacyjne, które coraz częściej przypominają współczesną telewizję. Po pojawieniu się znaczka "like" skończyły się tradycyjne media społecznościowe - mówi Czubkowska.
Algorytmy przyklejają nas do ekranów
Wiemy, że algorytmy szczególnie promują treści emocjonalne - takie, które wywołują złość, strach, ekscytację albo silne zainteresowanie. Chodzi o to, żeby użytkownik zatrzymał się przy materiale na dłużej, skomentował go, udostępnił albo zareagował w jakikolwiek sposób.
- Oprócz tego, że użytkownik spędza więcej czasu na platformie, dokłada też swój user-generated content. Nie zawsze musi to być publikacja, choć oczywiście to byłoby optymalne. Wystarczy, że zalajkuje, poda dalej, skomentuje albo wykona jakąś inną aktywność - wyjaśnia Sylwia Czubkowska.
To korzyść biznesowa i handlowa dla platformy, ale także korzyść dla samego algorytmu, który może dalej uczyć się tego, jakie treści najlepiej dostarczać, żeby użytkownicy chcieli zostawać jeszcze dłużej.
To mechanizm, który sam się napędza. Im więcej czasu spędzamy na platformie, tym więcej danych zostawiamy. A im więcej danych mają platformy, tym lepiej potrafią dopasowywać treści do naszych emocji i zainteresowań. W efekcie algorytmy coraz skuteczniej "przyklejają" użytkowników do ekranów.
A bazy danych, na których pracują są przeogromne. Liczba kont użytkowników mediów społecznościowych na świecie wynosi 5,66 miliarda. I choć konto nie równa się osoba (bo jedna osoba może mieć kilka kont w społecznościówkach), można pokusić się o pewne obrazowe obliczenia. Liczba internetowych tożsamości użytkowników odpowiada 68,7 proc. światowej populacji - wynika z badań firmy Kepios opublikowanych w październiku 2025 r.
Algorytmy jako wiedza tajemna
Problem polega na tym, że tak naprawdę nie wiemy dokładnie, jak te algorytmy działają. - Cały ten mechanizm jest traktowany przez dostawców platform jako tajemnica handlowa, bardzo cenne know-how - mówi Czubkowska.
Platformy nie mają większego interesu w tym, żeby ujawniać szczegóły działania swoich systemów. Algorytmy są dla nich bardzo cenną tajemnicą biznesową.
Między innymi dlatego powstał DSA, czyli unijny Akt o usługach cyfrowych. - Oprócz dania użytkownikom narzędzi do odwoływania się od decyzji platform, DSA miało z jednej strony chronić użytkownika przed treściami szkodliwymi, a z drugiej strony przed prywatną cenzurą.
DSA wprowadza też rozwiązanie tzw. zaufanych podmiotów sygnalizujących, naukowców i zaufanych instytucji, takich jak NGO-sy czy wskazane konkretne organizacje.
Zaufani naukowcy i instytucje mają mieć dostęp do bibliotek algorytmów platform. Ich zadanie to identyfikowanie potencjalnie nielegalnych treści oraz ich zgłaszanie.
- W praktyce idzie to bardzo opornie, bo platformy starają się osłabić DSA, jak tylko się da - mówi Czubkowska. - Do tego w Polsce lokalne wdrożenie aktu zostało zablokowane i zawetowane. W efekcie polskie organizacje i naukowcy nie mają obecnie podstaw prawnych, by stworzyć listę zaufanych naukowców i zaufanych instytucji, które zgodnie z prawem mogłyby otrzymać taki dostęp.
"Krok w stronę ucywilizowania"
Czubkowska ocenia jednak, że DSA to bardzo ważne rozwiązanie. - Może wydawać się mało twarde, ale jest logiczne. Algorytmy są tajemnicą przedsiębiorstwa i dla wszystkich firm mają ogromną wartość, bo dziś systemy pozycjonujące treści są wszędzie. Odpowiadają też za sukces albo brak sukcesu ekonomicznego platform, dlatego nikt po prostu nie udostępni ich wszystkim. Zapomnijmy, nie będzie takiego świata.
Ocena treści na platformach przez ekspertów ma duże znaczenie, jeśli chodzi o treści szkodliwe, ale i dezinformację. - Potrzebni są eksperci, bo zwykły użytkownik nie będzie miał takiej pogłębionej wiedzy. Stworzenie takich list i potencjał, który daje DSA, mogłyby w pewnym marginesie czasowym zacząć przynosić pozytywne skutki - podkreśla Czubkowska.
Dodaje jednak, że wiele zależy od tego, jacy byliby to eksperci, jak bardzo byliby doświadczeni i jak szeroki dostęp otrzymaliby do bibliotek algorytmów. - Ważne byłoby też to, czy platformy rzeczywiście współpracowałyby przy wyciąganiu wniosków. Nie jestem przekonana, że będą współpracować.
Za nieodpowiednie treści przewidziano kary, ale zanim zostaną nałożone, mijają miesiące albo lata. - Nie nakłada się ich przecież za każde jednorazowe opóźnienie odpowiedzi na wnioski czy pojedynczy przypadek oporu. Muszą pojawić się bardziej skumulowane problemy.
DSA daje więc jakiś wytrych, ale to nie jest klucz do wszystkich drzwi, który wszystko załatwi. - To raczej kolejny krok w stronę ucywilizowania tej rzeczywistości - podsumowuje Czubkowska.














