W skrócie
- Relacje PiS i Konfederacji są coraz bardziej napięte. Zdaniem Marcina Palade, partia Jarosława Kaczyńskiego musi liczyć się z utratą poparcia, zwłaszcza wśród młodszych wyborców.
- Ekspert stawia tezę, że PiS w 2027 roku nie będzie miał samodzielnej większości w Sejmie, a chcąc wrócić do władzy musi myśleć o koalicji z Konfederacją.
- Palade zauważa, że struktura elektoratu zmienia się na niekorzyść PiS, a konkurencja na prawicy, szczególnie Konfederacja i Grzegorz Braun, zyskują na sile.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
Relacje między Prawem i Sprawiedliwością a Konfederacją są w ostatnich dniach mocno napięte. Zaczęło się od "Deklaracji Polskiej", którą do podpisania przedstawił Konfederacji Jarosław Kaczyński.
Jeden z liderów ugrupowania - Sławomir Mentzen - odpowiedział, że deklaracji nie podpisze i zarzucił Kaczyńskiemu chęć rozbicia partii. Nazwał też lidera PiS "politycznym gangsterem". Na to zareagowali liczni politycy PiS, zarzucając Mentzenowi brak dojrzałości, nazywając go "rozwydrzonym bachorem" i obwiniając o celowe zaostrzanie relacji. Część polityków PiS, jak Przemysław Czarnek czy Zbigniew Bogucki, zrezygnowała też z udziału w akcji "piwo z Mentzenem" mimo wcześniejszej zgody.
O kulisach napiętych relacji pisaliśmy w Interii między innymi w tekście "Mentzen nazywa Kaczyńskiego politycznym gangsterem. Ma w tym jasny cel" oraz w tekście "Koalicja z Mentzenem nieunikniona? Prezes reaguje nerwowo".
- Nie ulega wątpliwości, że do wyborów w 2027 roku przyjaźni między Konfederacją a PiS nie będzie - uważa Marcin Palade, socjolog polityki i ekspert od geografii wyborczej. - Obie partie obok własnego elektoratu, który jest poza zasięgiem konkurencji, mają pewien zbiór wspólny wyborców, których chcą przeciągnąć na swoją stronę - wyjaśnia.
Nie ulega wątpliwości, że do wyborów w 2027 roku przyjaźni między Konfederacją a PiS nie będzie
- PiS już dziś, co pokazały ostatnie wybory prezydenckie, ma problem z tym, że utracił część wyborców na rzecz Konfederacji i Grzegorza Brauna, więc nie dość, że chce ich przekonać do powrotu, to jeszcze próbuje zabezpieczać się przed kolejnymi falami odchodzących wyborców - dodaje.
PiS nie ma szans na samodzielne rządzenie?
Marcin Palade jest autorem analizy, która odbiła się w PiS dość szerokim echem. Została opublikowana na stronie Klubu Jagiellońskiego i dotyczy strat w elektoracie PiS i potencjału tej partii na kolejne wybory.
Teza Paladego jest ostra - PiS nie ma szans na realizację ambicji prezesa Kaczyńskiego, by uzyskać 40 proc. poparcia i móc w przyszłości samodzielnie rządzić. Jak dowodzi Palade, "nie sprzyja temu ani demografia, ani geografia wyborcza".
"Między pierwszymi turami wyborów prezydenckich w 2020 i 2025 roku partia straciła ponad 2,6 miliona głosów. Wyraźnie pogorszyła tym samym swoją pozycję nawet wśród wyborców '60 plus'. Zamiast fantazjować o '4 z przodu', liderzy PiS powinni przyzwyczajać się do perspektywy wyników poniżej 30 proc" - napisał autor publikacji.
Jego analiza była komentowana w szeregach Prawa i Sprawiedliwości i - jak usłyszeliśmy - nie spodobała się prezesowi PiS, który na jednym ze spotkań wewnętrznych miał podważać jej treść. Kaczyński miał stwierdzić, że polityka jest nieprzewidywalna i tworzenie dziś analiz ma się nijak do rzeczywistości, w której odbywać się będą kolejne wybory parlamentarne.
Palade: PiS stracił ponad dwa miliony głosów
W rozmowie z Interią Palade broni jednak swoich tez.
- Podtrzymuję to, co napisałem, że marzenia PiS o zdobyciu ponad 40 procent głosów są nierealne. Swoją tezę opieram na liczbach i prostych wyliczeniach - mówi.
Badacz wyliczył, że w ostatnich wyborach w 2023 roku PiS straciło ponad czterysta tysięcy głosów względem 2019 roku, a wynik wyborczy PiS w 2023 był niższy od wyniku Andrzeja Dudy z pierwszej tury wyborów w 2020 roku o ponad 800 tysięcy głosów. Z kolei wynik Karola Nawrockiego z I tury tegorocznych wyborów, w stosunku do wyniku wyborczego PiS w 2023 - jak pisze Palade - oznaczał regres już o ponad 1,8 miliona głosów.
Marzenia PiS o zdobyciu ponad 40 procent głosów są nierealne. Swoją tezę opieram na liczbach i prostych wyliczeniach
"To łącznie ponad 2,6 miliona głosów straty względem wyniku z czerwca 2020 roku" - analizuje Palade i dodaje, że "maksimum możliwości PIS osiągnęło w ujęciu liczbowym w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2020 roku", a "wyniki kolejnych wyborów czy to parlamentarnych, czy prezydenckich, pokazują kurczącą się bazę wyborczą PiS".
Jako główne przyczyny słabnięcia PiS podaje rosnącą w siłę konkurencję na prawicy, głównie w postaci Konfederacji, a także zmianę struktury wyborców.
- Wśród wyborców PiS nie ma zastępowalności starszych wyborców, którzy będą wymierać przez młodszych, dla których PiS jest nieatrakcyjny. Oczywiście to jest proces wieloletni, który jednak z roku na rok będzie się pogłębiał. Do następnych wyborów PiS straci 300 tysięcy wyborców, a zyska w to miejsce tylko 35 tysięcy nowych - wylicza w rozmowie z Interią Marcin Palade. - Odbudowa poparcia PiS na dużą skalę jest do 2027 roku niemożliwa - dodaje.
PiS i PO nie przekonują młodych wyborców
Dodaje, że w tym samym czasie do życia politycznego włączać się będą nowe roczniki, z którymi PiS będzie miał kłopot. To samo zresztą dotyczy Platformy Obywatelskiej.
- Obie te partie mają problem z dotarciem do grupy wyborców 18-30. Są przez tych wyborców uznawane za "partie dziadersów" i nie są przedmiotem zainteresowania młodszych wyborców - wskazuje Palade.
Do następnych wyborów PiS straci 300 tysięcy wyborców, a zyska w to miejsce tylko 35 tysięcy nowych. Odbudowa poparcia PiS na dużą skalę jest do 2027 roku niemożliwa.
I przypomina, że Karol Nawrocki dostał w tej grupie wyborców nieco ponad 10 proc. głosów w pierwszej turze wyborów. M.in. na tej podstawie prognozuje, że PiS musi się liczyć, że w najmłodszej grupie wyborców będzie w przyszłości osiągał wyniki jednocyfrowe.
- Kierownictwo PiS nie rozumie i nie chce dostrzegać procesów, które się dzieją. Wybór Karola Nawrockiego nastąpił m.in. dzięki głosom najmłodszych grup wyborców, ale stało się tak nie dlatego, że Nawrocki był z PiS, lecz dlatego, że po drugiej stronie stał niepopularny w tej grupie Rafał Trzaskowski, za którym stał jeszcze bardziej niepopularny Donald Tusk - wskazuje Palade.
I dodaje: - Ci wyborcy zagłosowali punktowo przeciwko Tuskowi, ale nie zostali przy PiS. Po wyborach, jak pokazują sondaże, wrócili do popierania innych niż PiS formacji politycznych.
PiS kontra Konfederacja. Partie skazane na konflikt?
I dodaje, że dzisiejsze podgryzanie Konfederacji przez PiS to używanie tych samych instrumentów w sytuacji, która jest diametralnie różna.
Bo, jak analizuje Palade "żeby dojść do poziomu 40 proc. i 8,2 mln głosów należałoby w dużej mierze rozebrać Konfederację (około 2,5-3 mln głosów) i Koronę Brauna (około 1 mln głosów)", więc być może temu służą ostatnie działania prezesa PiS.
- Przez 20 lat Jarosław Kaczyński robił wszystko, by w pełni kontrolować sytuację na prawo od centrum. Jest przekonany, że skoro udawało mu się do tej pory poskromić wszelkie inicjatywy prawicowe, to i teraz się uda. Robi więc to, co zawsze, chce zniszczyć konkurencję - uważa Palade. Jego zdaniem jednak tym razem będzie Kaczyńskiemu trudniej, o ile w ogóle jest to możliwe.
- Mógł tak kalkulować, gdy Konfederacja miała 7 proc. poparcia, a nie gdy ma dwa razy tyle i do tego jest jeszcze silny Grzegorz Braun. Wspólny wynik Mentzena i Brauna w pierwszej turze wyniósł 22 procent. To powinno każdemu dawać do myślenia - mówi ekspert.
Konfederacja będzie się zmieniać. Czy Mentzen też?
Marcin Palade dostrzega jednak także trudności po stronie Konfederacji. Największą jest brak doświadczenia Sławomira Mentzena i to, czy będzie umiał sobie poradzić ze zmieniającą się strukturą wyborców własnej partii. - Inaczej się mówi do wyborców, gdy partia ma 5 procent, inaczej gdy ma 7 procent, a jeszcze inaczej, gdy wskakuje się na wynik dwucyfrowy - zaznacza analityk.
- Z każdym kolejnym punktem procentowym więcej, trzeba bardziej ważyć słowa, inaczej kierować przekaz, aby nie zrazić do siebie dopiero co pozyskanych wyborców. To nie jest proste - wskazuje.
Sytuacja PiS w wyborach w 2027 roku będzie zależała także od tego, w jakiej konfiguracji wystartują partie, obecnie wchodzące w skład koalicji rządzącej. Jeśli pójdą do wyborów w ramach jednej listy lub dwóch dużych bloków, sytuacja PiS mocno się skomplikuje.
"Dla otarcia się o większość, przy obowiązującym systemie d'Hondta, partia Kaczyńskiego musiałaby zdobyć nie mniej niż 47 proc., czyli 9,6 miliona głosów" - pisze w swojej analizie Marcin Palade.
- To, że po wyborach w 2027 roku PiS samodzielnie będzie miał 231 mandatów, czyli większość w Sejmie jest dziś mniej prawdopodobne niż trafienie szóstki w totolotku - podsumowuje nasz rozmówca.
Kamila Baranowska















