Reklama

Reklama

Ryszard Czarnecki o wyborach w PZPS: Niektórzy nie wytrzymali ciśnienia. Rezygnacja była trudna

- Zaskoczyłem wielu swą rezygnacją, niektórych zawiodłem - zwłaszcza tych, którzy lubią oglądać krwawe pojedynki. Ale w świat poszedł dobry sygnał, że rodzina siatkarska jest zjednoczona, że mamy wspólne cele - mówi w rozmowie z Interią Ryszard Czarnecki, europoseł PiS i były kandydat na prezesa Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Czarnecki odnosi się także do relacji Polski z Brukselą i przyznaje, że musiał zwrócić do unijnej kasy ok. 50 tys. euro, ponieważ błędnie rozliczał służbowe podróże.

Jakub Oworuszko, Interia: Gdzie toczy się bardziej brutalna walka o władzę - w polityce czy w sporcie?

Ryszard Czarnecki: - Dobre pytanie. Sadząc po brutalności ataków na mnie w ostatniej kampanii wyborczej na prezesa PZPS, to w sporcie też jest bardzo ostro i bywa bardzo nie fair. Ale abstrahując na chwilę od tych wyborów - sportowcy to "walczaki", więc nic dziwnego, że w związkach sportowych też toczy się walka o przywództwo. Ale nie wszędzie - w Polskim Związku Lekkiej Atletyki, w dyscyplinie, która miała w Tokio najlepsze igrzyska w historii - 9 na 14 polskich medali - był jeden kandydat na prezesa. W innych związkach, jak kajakarstwo, pływanie, czy siatkówka, było ich więcej. W Polskim Związku Piłki Siatkowej było aż siedmiu kandydatów. Na tym polega demokracja.

W ostatniej chwili zrezygnował pan z ubiegania się o fotel prezesa PZPS. Dlaczego? Przecież bardzo panu zależało na tej funkcji - deklarował pan nawet wycofanie się z polskiej polityki po wygranej.

- Zależało na moim kandydowaniu przede wszystkim sporej części środowiska siatkarskiego, które mnie popierało. Byłem namawiany do startu w wyborach od dwóch lat przez byłych zawodników i zawodniczki, trenerów, sędziów, działaczy. Było siedmiu kandydatów, ale liczyło się dwóch - Sebastian Świderski i ja. Na finiszu szliśmy równo, głosy rozkładały się po połowie.

Reklama

Podobno kampania była bardzo zaciekła i nie do końca czysta.

- Sama kampania była bardzo zaciekła i bardzo ostra - nie z mojej strony, bo to mnie bezpardonowo atakowano. Ale Sebastian zachowywał się fair wobec mnie, ja wobec niego również. Niektórzy jednak nie wytrzymali ciśnienia. Dlatego uznałem, że przeniesienie tej konfrontacji z kampanii na salę wyborczą doprowadzi do trwałych podziałów w siatkówce. Kampania spełniła swój cel, nastąpiła gigantyczna promocja siatkówki, także w mediach, które o niej nie piszą, pewnie ze względu na to, że startował znany polityk. Siatkówka była na czołówkach gazet i portali w o wiele większym stopniu niż wybory w innych związkach sportowych, więc dla dyscypliny było to bardzo dobre. Natomiast była przede mną alternatywa - czy dalej idziemy na ostro i dzielimy środowisko, czy wysyłamy na zewnątrz sygnał o jedności. Myślę, że zaskoczyłem wielu swą rezygnacją, niektórych zawiodłem - zwłaszcza tych, którzy lubią oglądać krwawe pojedynki. Ale w świat poszedł dobry sygnał, że rodzina siatkarska jest zjednoczona, że mamy wspólne cele. Przypomnę, że za rok bronimy na trudnym terenie, w Rosji, tytułu mistrza świata w siatkówce mężczyzn, z kolei w Polsce wraz z Holandią organizujemy wielką imprezę - mistrzostwa świata siatkarek, gdzie sama opłata licencyjna do federacji FIVB to 10 mln euro. To gigantyczne pieniądze i wyzwania. Dlatego trzeba grać razem w jednej drużynie.

Równie dobrze z wyścigu mógł ustąpić Sebastian Świderski, też powiedziałby, że chodziło o jedność środowiska.

- Ale nie chciał ustąpić. Decyzja o rezygnacji była dla mnie po ludzku bardzo trudna, bo chciałem być prezesem. Podjąłem ją jednak dla dobra polskiej siatkówki. Wiele osób pozytywnie ją oceniło, również w obozie mojego rywala.

CZYTAJ WIĘCEJ: Świderski sam nic nie zrobi

Zupełnie inaczej wybory prezesa PZPS opisuje dotychczasowy szef tej organizacji, Jacek Kasprzyk. On ostro pana krytykuje, uważa, że w ogóle nie powinien pan zostać wiceprezesem związku.

Powiem krótko. Jacku: kampania się skończyła.

Co pan zrobił dla związku jako wiceprezes?

- Za swój osobisty sukces uważam to, że PZPS po zdobyciu przez siatkarzy mistrzostwa świata w 2018 roku otrzymał od premiera Mateusza Morawieckiego najwyższą w historii polskiego sportu nagrodę w wysokości 15 mln zł. Również po raz pierwszy w historii polskiej siatkówki rząd zapłacił opłatę licencyjną za mistrzostwa Europy - to ok. 5,5 mln zł - to też uważam za duży sukces osobisty i PZPS i dziękuje jeszcze raz rządowi za obie decyzje. Sukcesem było także zdobycie po latach przerwy sponsora tytularnego dla najwyższej klasy rozgrywkowej kobiet w postaci Tauronu, który został też sponsorem strategicznym w najwyższej klasie mężczyzn. To czteroletni, bardzo dobry kontrakt. To po mnie zostanie. Oprócz tego pomagałem bardzo wielu klubom w Polsce.

Sądząc po reakcjach trybun w trakcie meczów, na których pan się pojawia, kibice nie doceniają tych zasług.

- Pewnie o nich nie wiedzą. Ale na wielu meczach spotkałem się z ciepłym przyjęciu przez fanów siatkówki. Także na PlusLidze. Także na meczach, których telewizja nie transmituje: niższych lig i rozgrywkach młodzieżowych.

Został pan pełnomocnikiem PiS ds. sportu. Co to za funkcja?

- To nowa funkcja. Formacja rządząca docenia sport i to nie tylko profesjonalny, ale także szkolny, młodzieżowy, powszechny. Chodzi o koordynację funkcjonowania ludzi związanych z PiS w strukturach rządowych, parlamentarnych, samorządowych - tych, którzy zajmują się sportem. Będziemy przedstawiać propozycje, programy, pomysły, które zwiększą siłę polskiego sportu w różnych jego wymiarach. Musimy poprawić miejsce Polski w klasyfikacji medalowej Igrzysk Olimpijskich. Powinniśmy być może odwołać się do jakiegoś modelu finansowania sportu - węgierskiego, brytyjskiego, a może niemieckiego. Na pewno warto skupić się na najbardziej "medalodajnych" dyscyplinach, ale to nie może odbywać się kosztem innych dyscyplin i związków, nie można zabierać im pieniędzy.

To pieniądze są największym problemem polskiego sportu?

- Nie tylko, ale jeżeli chcemy być wyżej w klasyfikacjach medalowych, zdobywać złote medale, tytuły mistrzów, słuchać "Mazurków Dąbrowskiego" to nie wolno lekceważyć aspektów finansowych. Ale żeby było jasne - nie chodzi tylko o sport wyczynowy. Musimy inwestować w sport młodzieżowy, w szkołach i na uczelniach.

Aktualnie Ministerstwo Sportu jest połączone z resortem kultury. Sport powinien funkcjonować oddzielnie?

- Te decyzje właśnie w tej chwili zapadają. Jest bardzo prawdopodobne, że będzie oddzielne Ministerstwo Sportu.

Miał pan "zielone światło" od kierownictwa PiS na start w wyborach prezesa PZPS?

- To były moje autonomiczne decyzje, choć oczywiście wszyscy o tym wiedzieli, choćby także z mediów. Nikt z zewnątrz nie powinien w to ingerować i tak też było.

Ostatnio głośno było o raporcie europosła Patryka Jakiego. Z wyliczeń jego ekspertów wynika, że Polska straciła na obecności w Unii Europejskiej 500 mld zł. Według pana to wiarygodne dane?

- Znam prof. Zbigniewa Krysiaka, który występował u boku Patryka Jakiego. To pasjonat idei zjednoczonej Europy, euroentuzjasta. Tyle że pan profesor chce powrotu do idei zjednoczeniowych Roberta Schumana, ojca - założyciela EWG, a dziś integracja europejska wygląda zupełnie inaczej. Nie wchodząc w wyliczenia - w naszej koalicji rządowej jest formacja eurorealistyczna, czyli PiS i eurosceptyczna, czyli Solidarna Polska - i obie te formacje mogą dobrze współpracować. Funkcjonowanie partii eurosceptyków w rządzie może mieć nawet plus w wymiarze taktycznym, bo zawsze można tłumaczyć w Brukseli, że na pewne rzeczy nie możemy się zgodzić, bo nie zaakceptują tego nasi partnerzy.

A według pana, jaki jest bilans obecności Polski w UE?

- Ja jestem eurorealistą. Do Polski napłynęły znaczące pieniądze. Szkoda tylko, że otworzyliśmy granice celne w 2000 roku i towary z UE mogły wjeżdżać do nas z 0-procentowym cłem, a nasze towary jeszcze przez cztery lata nie mogły być eksportowane bez ceł. Natomiast w sumie oceniam obecność Polski w UE jako korzystną. Dziś Polska jest na plusie - przynajmniej, jeśli chodzi o wpłaty bezpośrednie w porównaniu z nasza składką członkowską. Pod koniec tej dekady to się zmieni - Polska stanie się płatnikiem netto, czyli sponsorem, donatorem UE. A to, że czasem się z UE spieramy - powiem to, jako praktyk, który od 17 lat reprezentuje Polskę w Brukseli - jest normalne. Każdy kraj broni swoich interesów.

Tylko spór z Brukselą się teraz zaostrza. Jacek Saryusz-Wolski uważa, że Polska powinna przejść teraz do kontrataku i np. wykorzystać prawo weta przy jakimś ważnym głosowaniu. To słuszna strategia?

- Jacek Saryusz-Wolski radykalizuje się z wiekiem. Ciekawe, co będzie ze mną, jak będę w jego wieku... Zatem nie będą go krytykował. Powiem tak: instrument weta to norma w UE. Jeżeli prześledzi się statystyki, to Polska jest pod koniec pierwszej dziesiątki państw, które korzystają z weta, częściej robią to np. Francja, Belgia, Włochy czy Niemcy.

Polska mogłaby zablokować jakieś istotne prawo, np. Fit for 55?

- Fit for 55 może mieć dramatyczne skutki dla polskiej i europejskiej gospodarki. Jeśli ta propozycja wejdzie bez korekt, to będzie to oznaczało drastyczne wzrosty cen i utratę miejsc pracy. Takie przykręcenie ideologicznej śruby ekologicznej kosztem gospodarki jest powszechnie krytykowane, choćby przez francuskich liberałów. Dlatego mam nadzieję, że nie tylko Polska będzie wobec tej propozycji bardzo sceptyczna.

Kiedy Polska otrzyma środki z KPO?

- Wierzę, że jak najszybciej. Polska jest jednym z kilku krajów, które nie otrzymały zaliczki. Holandia, państwo o wiele bogatsze od Polski i biedniejsza od nas Bułgaria jeszcze w ogóle nie złożyły swoich Planów Odbudowy.

Pozostając w temacie unijnych pieniędzy - udało się panu wyjaśnić nieprawidłowości w rozliczeniach podróży służbowych?

- Już roku temu wszystkie należności, o które zwrócił się europarlament, oddałem. Wracanie do tego tematu po roku, było robione pod kątem kampanii wyborczej w PZPS, a ta już się skończyła.

Media informowały, że chodziło o 100 tys. euro.

- Zwróciłem wszystko czego oczekiwał PE, była to połowa tej kwoty.

Z czego wynikały te rozbieżności?

- Z błędów moich asystentów, ale także mojego zaniechania - rozliczałem się raz na kwartał, a nie co tydzień czy dwa, tak jak teraz to robię. Wziąłem to na klatę, zwróciłem pieniądze.

Pana współpracownicy ponieśli jakieś konsekwencje?

- Już ze mną nie pracują.

Ta sprawa trafiła do prokuratury. Był pan przesłuchiwany?

- Nic mi na ten temat nie wiadomo. Nie jestem stroną w tej sprawie.

Rozmawiał Jakub Oworuszko

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama