Kilka dni temu w "Kyiv Post" Sevinj Osmanqizi, odpowiadając na propagandę Marii Zacharowej, trafnie zauważyła że autorytarne państwa nie rozumieją demokracji. Dla Kremla publiczny spór jest dowodem słabości. Tymczasem Mark Rutte odpowiedział najkrócej i najlepiej:
Demokracja polega na tym, że można kwestionować własne świętości, prowadzić spory i podważać obowiązujące narracje, nie prowadząc przy tym do rozpadu państwa. I właśnie z tym Ukraina ma dziś coraz większy problem.
Istota problemu i dwie nieprawdy
Nie chodzi o to, że istnieją tam środowiska nacjonalistyczne. One istnieją niemal wszędzie. Problem polega na tym, że Ukraina cała zdaje się dziś składać z prawicy, z którą trudno się rozmawia. Tak, jak wyborcom KO rozmawia się z wyborcami PiS.
Coraz częściej sama dyskusja o ich symbolice, wpływach czy miejscu w pamięci historycznej spotyka się z próbą zagłaskania problemu albo jego odwrócenia. Zamiast rozmowy pojawia się gaslighting.
Nagle okazuje się, że czarne jest białe. Że wilczy hak, którego jako swojego symbolu używa Azow, stworzony przez neonazistę Andrija Bileckiego, który dziś jest generałem brygady i jednym z najbardziej wpływowych wojskowych na Ukrainie, nie jest wilczym hakiem, tylko skrótem od słów "idea nacji".
Że skrót SS, którzy noszą na ramieniu niektórzy żołnierze z jego formacji oznacza tak naprawdę "Siłę Swobody". Że odpowiedzialność za Wołyń rozpływa się w mgławicy interpretacji.
Że Roman Szuchewycz właściwie nic nie wiedział. Że wszystko jest wyłącznie rosyjską propagandą.
To nie jest europejski sposób prowadzenia debaty.
Przez lata można było machnąć na to ręką. Ukraina walczyła o przetrwanie. Agresja Rosji spychała wszystkie inne problemy na dalszy plan. Sam uważałem, że wspieranie proeuropejskiego kursu Ukrainy jest ważniejsze niż rozliczanie każdego historycznego absurdu. Pisałem jednak o tych problemach od dawna, bo było oczywiste, że pozostawione same sobie będą narastały. I narastają.
Nie twierdzę, że Ukraina stała się państwem nazistowskim. To zwyczajnie nieprawda. Tak samo jak nieprawdą jest rosyjska propaganda przedstawiająca cały kraj jako faszystowski. Ale nieprawdą jest również druga skrajność: że problem nie istnieje albo że każda próba rozmowy o nim jest działaniem na rzecz Kremla. Między tymi skrajnościami jest miejsce na zwykłą europejską debatę.
Tym bardziej że Ukraina nie jest już państwem bezbronnym. Wywalczyła swoje przetrwanie. Dziś walczy o odzyskanie okupowanych terytoriów, ale jednocześnie coraz mocniej zabiega o członkostwo w Unii Europejskiej.
A Unia nie jest tylko wspólnym rynkiem ani pakietem funduszy. Jest również wspólnotą pewnych standardów politycznych i kulturowych. Jednym z nich jest zdolność do krytycznego spojrzenia na własną historię.
Nie oznacza to wyrzeczenia się bohaterów walki o niepodległość. Oznacza jedynie gotowość oddzielenia tych, którzy walczyli o wolność, od tych, którzy odpowiadają za zbrodnie. Europa nauczyła się tego po dziesięcioleciach bolesnych sporów. Niemcy, Francuzi, Włosi, Hiszpanie czy Polacy przechodzili własne wojny pamięci. Słowacy odrzucili twórców swojego pierwszego państwa dlatego, że kolaborowali z nazistowskimi Niemcami. Z tego samego powodu nie czci się w Chorwacji pamięci ustaszy.
Zero kompromisów - zwycięstwo przez nokaut
Polska prawica zresztą również nie ma specjalnego prawa pouczać kogokolwiek z pozycji moralnej wyższości. A to przecież głównie ona pragnie symbolicznej wojenki z Ukrainą. Polski prezydent nie chce mądrego kompromisu - on chce, jak w boksie czy w leśnej ustawce, prostego zwycięstwa. Nokautu. Zdominowania przeciwnika. Z takich rzeczy nie wychodzi nigdy porządne sąsiedztwo. Z tego wychodzi zawsze konflikt. To jest logika wojny. To jest zwyczajnie głupie.
Najgorsze jest jednak to, że podobnie jak polski prezydent zachowuje się dziś znaczna część ukraińskich środowisk intelektualnych. I to takich, które jeszcze niedawno uchodziły za - czy udawały - dialogowe i otwarte.
Ale wróćmy do Polski. Kiedy część polskich środowisk próbowała poważnie rozliczać Jedwabne czy pogrom kielecki, prawica przez lata odpowiadała histerycznymi oskarżeniami o "pedagogikę wstydu". Dziś ci sami ludzie z satysfakcją mówią Ukraińcom: "My swoje przepracowaliśmy". Naprawdę? Warto pamiętać, jak wyglądało to "przepracowywanie". Dlatego równie groteskowo brzmią dzisiejsze próby wykorzystywania historii wyłącznie jako narzędzia bieżącej polityki.
Karol Nawrocki ma pełne prawo domagać się rozmowy o Wołyniu czy kulcie UPA. Ale jeśli robi z tego przede wszystkim instrument mobilizacji politycznej, jeśli podgrzewa emocje zamiast próbować je rozwiązywać, to działa przeciwko bezpieczeństwu państwa. Zadaniem polityka nie jest hodowanie konfliktów dla własnego zysku, lecz ich rozwiązywanie.
Lekarz, który celowo przedłuża chorobę pacjenta, nie jest dobrym lekarzem. Podobnie polityk, który świadomie przedłuża społeczne konflikty.
Nie wierzę zresztą, by ktokolwiek rozsądny chciał dziś likwidować na Ukrainie cały kult UPA. To nierealne. Ale można oczekiwać gestów dobrej woli. Można oczekiwać, że osoby odpowiedzialne za zbrodnie na ludności cywilnej, jak Roman Szuchewycz czy Kłym Sawur, przestaną być stawiane na piedestale. Tego rodzaju kompromisy są przecież normalnym elementem dojrzewania demokracji.
Potrzebujemy siebie nawzajem
Problem polega na tym, że coraz mniej widzę na Ukrainie środowisk gotowych takie kompromisy proponować. To niebezpieczne nie tylko dla relacji polsko-ukraińskich, ale przede wszystkim dla samej Ukrainy.
Bo równie niepokojące jak ukraiński nacjonalizm jest polskie nakręcanie antyukraińskiej histerii. Tylko kompletny idiota może jednocześnie szczuć na migrantów i oczekiwać od nich lojalności wobec państwa przyjmującego. Historia Europy pokazuje coś dokładnie odwrotnego. Prześladowania wzmacniają nacjonalizm. Integracja go osłabia.
Polacy sami byli kiedyś migrantami. Miliony pracowały w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Irlandii. Wielu Ukraińców, którzy dziś narzekają na polskie uprzedzenia, z kolei z podobną wyższością patrzy na migrantów wewnętrznych ze wschodu Ukrainy albo na przybyszów z Azji. Hipokryzja jest tu zadziwiająco symetryczna. Najbardziej przygnębia jednak coś innego.
Ukraińscy komentatorzy coraz częściej wybierają do dyskusji wyłącznie polskich nacjonalistów. To wygodne. Można wtedy udawać, że cała Polska tak wygląda. Tak samo część polskiej prawicy najchętniej cytuje najbardziej radykalnych ukraińskich publicystów, by dowodzić, że cała Ukraina oszalała. Obie strony potrzebują siebie nawzajem. Bo dzięki temu nie muszą prowadzić trudniejszej rozmowy z ludźmi, którzy potrafią być samokrytyczni.
A przecież właśnie samokrytyka jest fundamentem europejskiej kultury politycznej. Nie jednomyślność. Nie bezkrytyczne uwielbienie własnej historii. Nie wieczne usprawiedliwianie swoich win cudzymi zbrodniami. Samokrytyka.
Dopóki Ukraina nie nauczy się traktować jej jako oznaki siły, a nie zdrady, będzie jej trudno naprawdę zbliżyć się do Europy. Ale dokładnie to samo dotyczy Polski.
Ziemowit Szczerek
















