Reklama

Reklama

RMF24: Przejmująca opowieść kobiety, która przeżyła katastrofę pod Szczekocinami

​"Ta katastrofa to moje drugie urodziny" - mówi Aneta Dziedzina z Krakowa. Była jedną z najciężej rannych osób w kolejowym wypadku pod Szczekocinami. Jej rehabilitacja trwa do dziś.

Aneta Dziedzina trzy lata temu wracała pociągiem z Warszawy do Krakowa. To był czwarty przedział w pierwszym wagonie. Zapamiętała pisk, gwałtowne hamowanie, a potem ciszę, noc i rozgwieżdżone niebo. Straciła rachubę czasu. Życie uratował jej młody mężczyzna, który jechał w tym samym przedziale.

Potem było wielotygodniowe leczenie w szpitalach. Miała pękniętą przeponę, uszkodzony kręgosłup i miednicę, złamaną nogę. Blizny zostały do dziś. Do dzisiaj także musi się rehabilitować. Teraz przebywa w sanatorium.

Mówi, że katastrofa ją zmieniła, teraz jest innym człowiekiem. Radość daje każda przeżyta chwila. Dalej jeździ pociągami. Niedługo po wypadku wsiadała do czwartego przedziału w pierwszym wagonie. Żeby udowodnić sobie, że da radę. Teraz już tego nie potrzebuje. Kiedy jedzie z Krakowa do Warszawy w okolicy Chałupek staje przy oknie i patrzy na miejsce katastrofy.

Reklama

Marcin Buczek: Długo leżała pani na torach?

Aneta Dziedzina: - Myślałam, że leżę 10 minut. Potem okazało się, że byliśmy tam około dwóch, dwóch i pół godziny. Inaczej wtedy płynął czas.

Pani leżała bezpośrednio na torach, na kawałkach blachy?

- Trudno powiedzieć. Ja się nasunęłam na współpasażera, który siedział obok mnie. Za co byłam niezmiernie wdzięczna, bo mi było trochę cieplej od spodu. Później, jak się z nim spotkałam, to powiedział, że jest zadowolony. Mówi: Boże, uratowałaś mnie, bo mnie przykryłaś sobą. Ponoć od czasu do czasu traciłam przytomność, ale tego też nie pamiętam.

Ktoś zginął w pani przedziale?

- Nie wiem. Mam z jedną osobą z tego przedziału tylko kontakt i ona na szczęście przeżyła i bardzo mi pomogła. Myślę, że na 100 procent bym nie przeżyła, ale ta osoba po pierwsze, była wyszkolona, a po drugie, wprowadziła coś niewiarygodnego - ogromny spokój w przedziale. Trudno to nawet nazwać przedziałem, ale tych osób krzyczących pytał: "jak masz na imię", "jak się nazywasz", "co ci dolega". Jak przyszły służby medyczne, to kierował akcją ratunkową. Ja miałam pękniętą przeponę, w związku z czym nie mogłam w ogóle mówić, z trudem szeptałam do niego. Obawiam się, że gdyby nie on, to nie byłoby szans wezwania pomocy. Bo ja nie byłabym w stanie nawet krzyczeć.

Spotkaliście się później?

- Tak, spotkaliśmy się.

Co mówi? Jak on to zapamiętał?

- Najdziwniejszą rzeczą było chyba to, że idąc na to spotkanie myślałam, że spotykam się z kimś, kto mi niezmiernie pomógł, komu jestem niezmiernie wdzięczna, któremu chcę okazać radość i wdzięczność, a po drugiej stronie usiadł chłopak, który - okazało się - że jest tak samo poszkodowany jak ja. Nie mówię tu o wymiarze fizycznym, tylko o tym psychicznym zniszczeniu i właściwie nie wiem, czy ktoś był lepszy, gorszy, mniej poszkodowany. Byliśmy sobie nawzajem potrzebni i bardzo cenna jest dla mnie ta znajomość.

- Po wypadku byłam święcie przekonana, że katastrofa nie zmieniła mojego życia. Ale teraz wiem, że się zmieniłam. Jestem zupełnie inną osobą - nabiera się dystansu, troszeczkę bardziej denerwuje otoczenie, przewartościowuje się multum rzeczy, a najtrudniejsze dla mnie jest to, że ja już nawet nie chcę być taka, jak kiedyś byłam, a otoczenie tego oczekuje.

Marcin Buczek

Czytaj więcej na rmf24.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy