Reklama

RMF: "Z czasem mógł przerzucić się na żywych". Kulisy śledztwa ws. złodzieja ludzkich szczątków

Działał od 2000 roku. Już wtedy ukradł pierwsze ludzkie szczątki. Tak przynajmniej napisał w swoich notatkach. Przez lata mógł okraść kilkadziesiąt grobów. Policjanci, z którymi rozmawiał reporter RMF nie wykluczają, że w końcu mógłby przerzucić się na żywych ludzi.

Była wietrzna, deszczowa noc, gdy były milicjant wybrał się na kolejne polowanie. Sam tak to nazywał. O nagrobki, które mijał, idąc dobrze znaną sobie cmentarną alejką, uderzały krople deszczu. Mrok rozświetlała jedynie latarka. Nikt nie usłyszał dźwięku rozbijanej płyty. Czuł się pewnie. Miał 17-letnie doświadczenie w naruszaniu spokoju dawno już zmarłych osób.

Kilkanaście kilometrów dalej, na innej nekropolii, zmarznięci policjanci także polowali. Wiedzieli, że tej nocy 54-latek znów dokona przestępstwa. Nie mieli jedynie pewności, gdzie otworzy kolejny grób. Z jednej strony frustracja, że i tym razem nie trafili. Z drugiej determinacja. Byli pewni, że spotkanie twarzą w twarz to kwestia czasu. Za dużo pracy i emocji włożyli w tę sprawę. Wiedzieli również, że serii tak makabrycznych przestępstw nie było w żadnym innym europejskim kraju. Zdarzyła się w Polsce, gdzie szacunek zmarłym miliony ich rodaków oddają co roku w wyjątkowy sposób. Chcieli zdążyć przed 1 listopada.

Reklama

Dziś jeszcze nikt nie wie, dlaczego 54-latek seryjnie wykradał z grobów szczątki zmarłych. Szaleniec, wariat, psychol... to odpowiedź zbyt prosta. Seryjny przestępca - zbyt enigmatyczna. Wiemy jednak co czuli ci, którzy za punkt honoru postawili sobie przerwanie dramatycznego ciągu przestępstw. Mieli świadomość, że ich praca w tej sprawie to gotowy scenariusz na film. A nawet długi, kryminalny serial. Kolejne wątki zaskakiwały ich, ale nie przerosły. Nie jako silną, specjalną grupę, która miała jeden cel - upolować kolekcjonera kości. Seryjnego złodzieja zwłok.

Rozmowa z policjantami pracującymi w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, jednymi z tych, którzy rozwiązali sprawę, jakiej jeszcze nie było.

Kuba Kaługa: Słyszałem o takim żarcie krążącym wśród policjantów, że na zatrzymanie tego człowieka będzie trzeba wynająć autokar, bo tylu chętnych było do pojechania na tę akcję. To prawda?

Policjant operacyjny: Tak, to prawda. Bardzo ciężko i długo pracowaliśmy nad tą sprawą. Faktycznie wielu ludzi było w nią zaangażowanych. Każdy kto dołożył swoją cegiełkę, dążył do tego, aby pojechać i go zatrzymać. To była taka wisienka na torcie.

KK: Kiedy ustaliliście, kiedy mieliście pewność, że za wszystkimi "kradzieżami" stoi jeden człowiek?

Komisarz Mariusz Mejer, naczelnik Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego: W 2015 roku, z uwagi na powtarzające się takie same zdarzenia na terenie województwa pomorskiego, jak i informacje, których zasięgnęliśmy z terenu województwa warmińsko-mazurskiego, została powołana nieformalna grupa, która zaczęła analizować te postępowania. Decyzją komendanta wojewódzkiego do każdego nowego zdarzenia kierowano tę samą grupę ludzi. W 2016 roku udało się nam potwierdzić, zarówno po sposobie działania, użytych narzędziach, jak i też ukierunkowaniu sprawcy, że mamy do czynienia z przynajmniej jednym, jak nie kilkoma sprawcami, ale działającymi razem.

KK: Motywacja człowieka, który ostatecznie okazał się jedynym sprawcą, jest już wam znana?

KM: Na obecnym etapie jeszcze za wcześnie, aby mówić o motywacji sprawcy. Z pewnością jego ukierunkowanie było przede wszystkim na kradzieże zwłok. W jakiś sposób typował sobie poszczególne grobowce. Znamiennym jest to, że nasz sprawca nie tylko działał z określonym zamiarem, ale też wracał do poszczególnych miejsc jeżeli nie udało mu się za pierwszym razem. Bardzo szczegółowo planował swoje działanie. Jeżeli próba dokonania kradzieży zwłok była nieudana, była później powtarzana.

KK: Próbował do skutku?

KM: Tak przynajmniej wynikało ze wszystkich zdarzeń, które przeanalizowaliśmy. Również ze wstępnej analizy zapisków, które prowadził ten mężczyzna, wynika, że w przypadkach zakończonych jedynie na usiłowaniu kradzieży zwłok, planował on wrócić w to samo miejsce i skutecznie jej dokonać.

KK: A kiedy udało wam się wytypować człowieka, który za tym stoi. Jak ten proces wyglądał?

KM: To była tytaniczna praca szeregu funkcjonariuszy. Specjalnie powołana przez komendanta wojewódzkiego Policji w Gdańsku grupa, zajmowała się każdym nowym zdarzeniem. Analizowaliśmy szereg materiałów. Gromadziliśmy zarówno monitoring miejski jak i ten ze środków komunikacji miejskiej, czy też monitoring prywatny. Z rejonu zdarzeń, ale też ewentualnych dróg dojścia czy odejścia z tych miejsc. To pozwoliło nam wytypować wizerunek osoby. Jak się okazało później - skutecznie. To był nasz sprawca, który poruszał się środkami komunikacji miejskiej.

KK: Wybrany przez niego środek transportu, pewnie też mocno utrudniał namierzenie tego człowieka. 

Komisarz Krzysztof Hejmowski, naczelnik Wydziału do Spraw Zwalczania Przestępczości Pseudokibiców: Początkowo założyliśmy, że sprawca porusza się autem. Sprawdzaliśmy wszelkie drogi dojazdowe i monitoringi, które pozwoliłby na identyfikację pojazdów widzianych w pobliżu miejsc zdarzeń. Po weryfikacji tego wszystkiego przystąpiliśmy do bardziej szczegółowych analiz pod kątem tego, że sprawca może poruszać się pieszo. Wychodziło na to, że nie pomyliliśmy się. Sprawca potrafił iść przez las nawet kilkadziesiąt kilometrów, by dotrzeć do miejsca zdarzenia i tam dokonać kradzieży zwłok.

KK: Jego doświadczenie z przeszłości, czyli fakt, że służył w Milicji Obywatelskiej mogło mieć wpływ na to, że wiedział, jak utrudniać wam wykrycie go?

KH: Podejrzewam, że to nie miało większego znaczenia. Jego doświadczenie z czasów milicji na pewno nie przyczyniło się do tego, że był tak nieuchwytny. Za to na pewno uczył się. Widać, że także na swoich błędach.

KM: Ważne jest też to, jak się okazało po zatrzymaniu, że nasz sprawca gromadził różne artykuły prasowe. Wszelkie informacje, które były w nich zawarte - związane z naszymi czynnościami, ze sposobem działania - były dla niego bardzo przydatne. Na pewno to analizował. Jesteśmy tego pewni ponieważ każde następne zdarzenie, które zaistniało, wskazywało na to, że jest coraz bardziej ostrożny i lepiej przygotowany do kolejnych swoich przestępstw.

KK: Można postawić taką tezę, że był perfekcjonistą? Samodoskonalił się?

KM: Tak. Można również powiedzieć, że na pewno nie działał z przypadku. Przez bardzo długi czas przygotowywał się do kradzieży danych zwłok, danych szczątków ludzkich. Potrafił wielokrotnie przyjeżdżać w konkretne miejsce. W godzinach nocnych, w miejscach jak najbardziej zaciemnionych, obserwować teren: czy jest bezpieczny, czy ma możliwość dokonania przestępstwa, czy nikt mu nie będzie przez dłuższy czas przeszkadzał.

PO:
Na pewno jeździł też po cmentarzach w ciągu dnia, co wywnioskowaliśmy z jego zapisków. Dodatkowo miał wydruki z mediów, opisujące jego działalność. Z nich się uczył. Pracownicy naszego laboratorium byli na zdjęciach z gazet. Na tej podstawie cały czas dążył do tego, żeby nasz oszukać, ale ostatecznie mu się nie udało.

KK: Jakie jeszcze czynniki brał pod uwagę?


PO:
Początkowo, żeby sprawdzić co może motywować sprawcę, wykonywaliśmy wszystkie czynności, które są możliwe. Spróbowaliśmy w kierunku sekt, jakichś magicznych liczb... 23 czy 11. Próbowaliśmy też z liter imion i nazwisk osób, których szczątki wykradziono, układać zdania, które mogłyby nas na sprawcę naprowadzić. Badaliśmy też jakie było zaciemnienie księżyca, siła wiatru. Sprawca przeważnie działał wtedy, kiedy był deszcz i wiatr. Był chyba tylko jeden czy dwa przypadki, w których działał przy w miarę normalnej pogodzie. Poza tym cały czas był deszcz lub śnieg, a także wiatr.

KK: Czyli wybierał takie warunki pogodowe, które sprawiałyby, że na cmentarzu będzie jak najmniej osób?

PO: Raczej, że na cmentarzu w ogóle nikogo nie będzie, bo były to warunki nocne. Do tego jak jest deszcz i wiatr to mało ludzi zazwyczaj chodzi po mieście. Jest niewielka szansa, by kogokolwiek spotkać. A przy rozbijaniu płyty nagrobnej pogoda zagłuszałaby także odgłos jego działalności.

KK: Co fazy księżyca miały z tym wspólnego?

PO: Jeśli jest zaćmienie czy nów, to jest ciemno. Cmentarze w ramach oszczędności wyłączają oświetlenie, więc jest tak ciemno, że nic nie widać i jest mała szansa na spotkanie kogokolwiek. Jeśli jest pełnia, jest jaśniej. W takich warunkach sprawca jest widoczny z daleka. Jemu chodziło o to, żeby nikt go nie widział. Dlatego też wybierał grobowce przy samej ścianie lasu, gdzie był cień, nie było lamp.

KK: Domyślam się, że było trzeba zasięgnąć pomocy szeregu specjalistów, z różnych dziedzin, którzy na co dzień pewnie z policją nie współpracują.

PO: Tak. Korzystaliśmy z wiedzy przeróżnych specjalistów. Choćby z pomocy jednego pana profesora, który na podstawie tablic z imionami i nazwiskami osób, których zwłoki czy szczątki zwłok skradziono, ustalał nam pewne zdania. Te zdania układały się nawet w Ewangelię św. Jana. Patrząc na rozdziały i wersety można było też z tego utworzyć fragmenty. Jakby sprawca z Ewangelii korzystał. Jednak na chwilę obecną nie udało nam się tego w 100% potwierdzić. Jest to cały czas weryfikowane.

KK: Wiemy też o tym, że ten człowiek leczył się psychiatrycznie. To na pewno miało duże przełożenie na całe śledztwo. Trudno sobie wyobrazić, że zdrowy psychicznie człowiek podejmuje takie działania.

KM: Przede wszystkim dla nas jest niezrozumiałe jak można dopuszczać się tego typu przestępstw - dokonywać kradzieży zwłok, przenosić je. Sam sposób działania, późniejsze odnajdywanie przez nas tych ciał w innych miejscach, świadczy o tym, iż sprawca raczej nic sobie nie robił z tego, jakie uczucia mają poszczególne rodziny jego ofiar. Jak muszą się czuć, jeżeli w pewien sposób drugi raz utraciły swoich bliskich. Ewentualnie - jeśli dzięki pracy policji udało się odzyskać te ciała - ponownie musiały pochować krewnych.

KK: Czyli poczucia winy w nim nie ma?

KM: Na dzień dzisiejszy cały czas trwają czynności. Badamy sposób jego zachowania, oczywiście za pośrednictwem biegłych. Ta osoba będzie poddana obserwacji. Niemniej jednak nie stwierdziliśmy, aby sprawca miał poczucie winy. Można wręcz powiedzieć, że w żaden sposób z nami nie współpracuje.

KK: Jak przebiegała jego pierwsza rozmowa z policjantami, tuż po zatrzymaniu?

KM: Mężczyzna był zdziwiony zatrzymaniem. W żaden sposób nie nawiązał kontaktu, nie wskazał, żeby miał cokolwiek do czynienia z dokonanymi przestępstwami. W momencie gdy już miał wiedzę i świadomość z jakiej przyczyny został zatrzymany i o co jest podejrzewany, to zaprzeczył, aby miał coś wspólnego z tym procederem.

KK: Rozumiem, że jego stanowisko można streścić jako "to nie ja?’

PO: Mówił to co było mu wygodne. "To nie ja to zrobiłem, nie wiem o co chodzi."

KK: Przeczą jednak temu wycinki z prasy i notatki znalezione u niego. Jak obszerne są te zapiski? Co w nich jest?

KM: W skrócie można powiedzieć, że odnotowywał niemal każdy dzień swojego życia. Informacje związane z pójściem do lekarza, wyjściem do pracy czy też skrupulatnym przygotowaniem do popełnienia nowego przestępstwa. Również informacje, że mu się nie udało. Pisał też o ewentualnych przyczynach niepowodzenia. Warto to podkreślić, bo ze względu na ilość zdarzeń jaka występowała, decyzją komendanta wojewódzkiego jak i zastępcy komendanta wojewódzkiego, funkcjonariusze z poszczególnych jednostek mieli za zadanie prewencyjnie patrolować okolice cmentarzy. A to z kolei miało odzwierciedlenie w jego nieudanych próbach.

KK: Na ile udało wam się zrozumieć logikę tego człowieka i sposób jego myślenia?

KH: Pierwsza to nasunęła nam się myśl - a to zostało potwierdzone w jego zapiskach - że każdorazowo, gdy wychodził docelowo ukraść zwłoki czy szczątki, to udawał się na polowanie. Tak to określał. Było to przez niego jakby celebrowane. Pod koniec staraliśmy się już myśleć podobnie jak on. Nasze czynności też nazywaliśmy polowaniem, tylko, że na sprawcę tych przestępstw. Przez to, że zdołaliśmy wejść w jego skórę, w tok jego myślenia, udało nam się go zatrzymać.

KK: Czy prawdą jest to, że interesował się wojskami specjalnymi, że próbował zachowywać się jak komandos?

KH: Na pewno przygotowując się do przestępstw sporo ćwiczył, dużo chodził w terenie, żeby być przygotowanym prawie perfekcyjnie i żeby nie zostać złapanym ani zauważonym. Można powiedzieć, że taki komandos, tylko, że na własną rękę. Nietypowy. Szykował się nie tylko pod względem fizycznym, ale też technicznym. Miał przy sobie po kilka latarek, narzędzia, noże. Nawet na wypadek, gdyby go w lesie zaszły dziki czy zwierzyna.

KK: Noże, które u niego znaleziono, to też nie są noże, które można kupić w dowolnym sklepie.

KH: Takich noży nawet osoby, które bawią się w tak zwanych survivalowców, nie noszą przy sobie. To były noże raczej zbliżone do bagnetów. Noże używane na przykład do oprawiania zwierzyny. Były też inne narzędzia, które pozwoliły nam stwierdzić, że jest to osoba niebezpieczna. Dlatego też dokonywaliśmy zatrzymania przez policyjnych antyterrorystów, a nie sami. Dzięki temu, że mieliśmy monitoring zauważyliśmy też, że posiada przy sobie niebezpieczne narzędzia. Stąd decyzja o zatrzymaniu przy wsparciu AT.

KK: Na tyle na ile przeanalizowaliście jego zapiski: czy możemy stwierdzić ilu kradzieży dokonał?

KM: Na chwilę obecną możemy mówić o kilkunastu zdarzeniach. To są te, które mamy potwierdzone i zarejestrowane w naszych systemach, ale prawdą jest, że tych zdarzeń może być dużo więcej.

KK: Jak dużo? Kilkadziesiąt?

KM: Nie chcielibyśmy mówić jeszcze o dokładnej liczbie. Trzeba wziąć pod uwagę pewną dozę nieprawdziwości dokonywanych zapisków. To wszystko trzeba zweryfikować. Liczba dokumentów zabezpieczonych przy zatrzymanym jest tak ogromna, że potrzeba czasu i ułożenia chronologicznego poszczególnych materiałów, abyśmy mogli ustalić i przede wszystkim zweryfikować miejsca pochówków i to, czy dane szczątki tam są czy nie.

Dalsza część wywiadu dostępna na RMF24

Kuba Kaługa 


RMF FM

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy