Reklama

Reklama

Relacje świadków wypadku Antoniego Macierewicza

- Mój mąż widział w lusterku, co za chwilę się stanie. Zdążył tylko powiedzieć, że mamy się trzymać - opowiada w rozmowie z portalem ddtorun.pl jedna z poszkodowanych we wczorajszym wypadku, w którym brał udział samochód wiozący szefa MON Antoniego Macierewicza. - Te samochody jechały tak szybko, że nie było możliwości, aby wyhamowały. Prawdopodobnie kierowca (rządowego) x5, widząc czerwone światło, zaczął hamować i uderzył w lawetę. Ta całą siłą uderzyła w bmw, którym jechał minister i jego kolega, a oni uderzyli w nas. Całe szczęście, mąż próbował uciekać i stało się tylko tyle - dodaje kobieta.

"Ograniczenie prędkości w tym miejscu to 50 kilometrów na godzinę. Dwa czarne bmw pędziły znacznie szybciej, jechali jak jacyś idioci" - denerwuje się inny świadek na łamach lokalnego serwisu.

Kolejny uczestnik wypadku w rozmowie z "Super Expressem" wyznał wprost, że w jego opinii kolumna rządowa jechała zbyt szybko. - Jechali 140 km/h - relacjonował. 

Z doniesień medialnych wynika, że ograniczenie prędkości w tym miejscu wynosi 50 kilometrów na godzinę. 

Przypomnijmy. Wczoraj pod Toruniem, ok. godziny 17.40, doszło do karambolu z udziałem samochodu żandarmerii, w którym znajdował się szef MON, Antoni Macierewicz. W wyniku wypadku ucierpiały trzy osoby. Macierewicz był w drodze do Warszawy na galę organizowaną przez tygodnik "wSieci". Wracał z Torunia, gdzie brał udział w sympozjum naukowym w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej. Jeszcze w Toruniu szef MON miał dziękować ze sceny swojemu kierowcy. 

Reklama

- To on dokonał tego, że w godzinę i 45 minut dojechaliśmy z Warszawy do Torunia - chwalił pana Kazimierza. 

Toruń i Warszawę dzieli 257 kilometrów. Aby pokonać ten dystans w godzinę i 45 minut, należałoby jechać ze średnią prędkością wynoszącą ponad 140km/h. 

Tymczasem pokonanie tej trasy zazwyczaj zajmuje 2,5 godziny (przy średniej prędkości 100km/h). 

Po spotkaniu w Toruniu Antoni Macierewicz błyskawicznie dotarł na galę tygodnika "W Sieci" w Warszawie, przesiadając się po wypadku do innego samochodu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy