Problem, który poruszył kraj. "Sytuacja nie napawa optymizmem"
400 porodów rocznie. Tyle potrzeba, by porodówka mogła się zbilansować finansowo, a zespół podtrzymywał swoje kompetencje. W ciągu ostatnich 15 lat w Polsce zniknęła jedna czwarta oddziałów porodowych. Tylko w styczniu 2026 roku zamknięto trzy takie placówki, a 12 zostało zawieszonych. W mniejszych miejscowościach oznacza to poważne trudności dla kobiet. Interia sprawdza, w czym tkwi systemowy problem z porodówkami.

W skrócie
- Od 2010 roku liczba porodówek w Polsce zmniejszyła się z 406 do 305, a tylko w 2025 roku zamknięto 27 takich oddziałów.
- Powodem zamykania porodówek jest spadek liczby urodzeń z ponad 400 tys. rocznie 15 lat temu do niewiele ponad 200 tys. obecnie.
- Ministerstwo Zdrowia zaproponowało tworzenie pokoi narodzin w szpitalnych oddziałach ratunkowych i izbach przyjęć jako wsparcie dla kobiet mających daleko do porodówki.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
W styczniu 2026 roku zamknięto trzy porodówki, a 12 zostało zawieszonych. W 2025 roku zamknięto aż 27 takich oddziałów, rok wcześniej - 11. Łączenie od 2010 roku liczba porodówek w Polsce spadła z 406 do 305 w listopadzie 2025. Oznacza to, że w ciągu ostatnich 15 lat zamknięto jedną czwartą porodówek. To dane, które w lutym bieżącego roku zaprezentowało Ministerstwo Zdrowia na posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu ds. Praw Pacjenta.
Powód tych decyzji? Rodzi się coraz mniej dzieci. Liczby są nieubłagane. 15 lat temu w Polsce rodziło się ponad 400 tys. dzieci rocznie. Obecnie prawie o połowę mniej - niewiele ponad 200 tys. rocznie.
O konsekwencjach słyszymy od wielu miesięcy: są w Polsce regiony, gdzie ciężarne kobiety boją się, czy zdążą dojechać do szpitala na czas, bo ten "najbliższy" oddalony jest o kilkadziesiąt kilometrów.
400 tys. porodów rocznie? Dziś to niemożliwe
- System, którym obecnie dysponujemy, został zaprojektowany z myślą o około 400 tysiącach porodów rocznie. Ostatni raz taki poziom osiągnięto w 2017 roku. Od tamtego czasu liczba porodów systematycznie spada - w 2024 roku wyniosła około 250 tysięcy, a w ubiegłym roku szacunkowo jeszcze mniej, około 238 tysięcy. W takiej sytuacji w wielu miejscach utrzymanie istniejącej infrastruktury staje się po prostu niemożliwe - mówi w rozmowie z Interią Krzysztof Herman, wiceprezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie, specjalista ginekologii i położnictwa.
Dopytujemy, ile porodów rocznie musi odbywać się na oddziale, aby mógł on funkcjonować stabilnie? - Przyjmuje się, że około 400 porodów rocznie pozwala oddziałowi na finansowe zbilansowanie działalności - wyjaśnia nasz rozmówca.
Doktor Herman przyznaje, że drugim, obok finansowego, istotnym aspektem, na który należy zwrócić uwagę, jest doświadczenie zespołu. - W medycynie kluczowe jest regularne wykonywanie procedur - tylko wtedy można mówić o wysokiej jakości opieki. W niektórych analizach wskazuje się nawet, że optymalny poziom to około 600 porodów rocznie, aby zespół utrzymywał odpowiednie kompetencje - tłumaczy ginekolog.
Tymczasem istnieją oddziały, na których liczba porodów nie przekracza nawet 100 rocznie.
- Ja patrzę na to trochę przez różowe okulary, ponieważ pracuję w jednym z największych ośrodków w kraju - u nas tysiąc porodów odnotowaliśmy już na początku marca. Jednak w większości placówek sytuacja wygląda zupełnie inaczej - dodaje Krzysztof Herman.
Poważne problemy z dostępem do opieki
Pytanie brzmi: czy jest sposób, by ten proceder zatrzymać?
- Gdyby liczba porodów w Polsce wróciła do poziomu 400 tysięcy rocznie, problem w dużej mierze by zniknął. Dotychczas jednak żadna polityka nie przyniosła trwałych efektów - sztandarowy program 500 plus wpłynął na wskaźniki jedynie przejściowo. Jeśli więc założymy, że w najbliższym czasie nie uda się istotnie zwiększyć dzietności, konieczna staje się reorganizacja systemu - mówi nasz rozmówca.
Zdaniem doktora Hermana należy zidentyfikować obszary, w których liczba oddziałów położniczych jest zbyt duża, oraz te, gdzie dostęp do nich jest niewystarczający.
- Nie możemy mierzyć wszystkich regionów w Polsce jedną miarą. Zamknięcie jednej porodówki w Warszawie lub jej okolicach prawdopodobnie nie wywoła większych konsekwencji, ponieważ infrastruktura jest tam rozbudowana. Inaczej wygląda sytuacja w mniejszych miejscowościach, takich jak Lesko - tam likwidacja oddziału może oznaczać poważne problemy z dostępem do opieki - uważa ginekolog.
I dodaje: - Są więc miejsca, gdzie prowadzenie oddziału nie będzie opłacalne finansowo, ale z przyczyn strategicznych i związanych z bezpieczeństwem mieszkańców powinno być utrzymane.
Ministerstwo Zdrowia wpadło jednak na inny pomysł i stworzyło projekt awaryjnego wsparcie kobiet, które na oddziały porodowe mają daleko. Zakładał on tworzenie pokoi narodzin na szpitalnych oddziałach ratunkowych i izbach przyjęć. Projekt od początku wzbudzał jednak skrajne emocje.
- Podczas jednego ze spotkań w ministerstwie usłyszeliśmy, że planowane jest otwarcie kilku takich miejsc. Już wtedy miałem wątpliwości, czy znajdzie się personel chętny do pracy w takich warunkach - przyznaje wiceprezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie.
Chirurg czy ortopeda odbierający poród?
Herman zauważa, że położnictwo jest dziedziną wymagającą ogromnej odpowiedzialności - za dwa życia jednocześnie. - W sytuacji, gdy w takim miejscu brakuje pełnego zabezpieczenia lekarskiego, trudno się dziwić, że personel może nie chcieć podejmować takiego ryzyka. Odpowiedzialność pozostaje porównywalna do tej na pełnoprawnym oddziale, natomiast zaplecze i możliwości reagowania są znacznie ograniczone - mówi.
W przypadku powikłań konieczne byłoby wzywanie lekarzy z innych oddziałów, na przykład z SOR-u. Doktor Herman przyznaje, że trudno oczekiwać, że chirurg czy ortopeda będą gotowi angażować się w prowadzenie skomplikowanych porodów.
Kluczowe jest również to, że w 2026 roku większość pacjentek oczekuje porodu w bezpiecznych warunkach, z dostępem do pełnej opieki, w tym m.in. do znieczulenia.
- Pokój narodzin można traktować raczej jako rozwiązanie awaryjne - podobnie jak poród na stacji benzynowej czy w samolocie - uważa lekarz.
Z perspektywy doktora Hermana działania rządu w obszarze opieki okołoporodowej mogą mieć dalekosiężne skutki.
- Istnieje realne ryzyko, że tam, gdzie dziś zamkniemy oddział położniczy, za kilka lat zamkniemy żłobek, potem przedszkole, a następnie szkołę podstawową. Warto pamiętać, że oddział stosunkowo łatwo jest zamknąć, natomiast jego ponowne uruchomienie jest niezwykle trudne - chociażby ze względu na to, że nie będzie już tam wykwalifikowanego personelu. Decyzje o likwidacji oddziałów położniczych mają nie tylko wymiar ekonomiczny, ale również strategiczny i społeczny. Niestety, obecna sytuacja nie napawa optymizmem - kwituje lekarz.
Paulina Sowa (paulina.sowa@firma.interia.pl)











