Potężną chińską metropolię budowali... Polacy. Zapomniana historia z dalekiej Mandżurii
- Nigdzie indziej w Chinach, tylko tam, można zjeść chleb i kiełbasę jak w Polsce - mówi Interii Romuald Oziewicz. Jego przodkowie budowali chińską metropolię - Harbin, a on sam urodził się ponad 70 lat temu właśnie tam. Przypominamy zapomnianą historię, w której są skomplikowane losy Polski, Europy i Chin z ostatnich wieków, a poza tym: kolej przez całe wschodnie Chiny, przeprowadzka na Ziemie Odzyskane i polskie szkoły, kościoły, a nawet browar w Azji.

W skrócie
- Polacy odegrali kluczową rolę w powstaniu i rozwoju chińskiego miasta Harbin, budując kolej, infrastrukturę miejską oraz zakładając instytucje społeczno-gospodarcze.
- Po II wojnie światowej Polacy zostali zmuszeni do opuszczenia Harbinu i osiedlili się głównie na Ziemiach Odzyskanych.
- Dziś potomkowie polskich osadników w Harbinie pielęgnują pamięć o swoich korzeniach.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Harbin to dziś kilkumilionowa metropolia na północnym wschodnie Chin ciesząca się od dekad z rozwoju ciężkiego przemysłu, a w ostatnich latach także z turystycznego boomu. Ale gdy pod koniec XIX. wieku Harbin zyskiwał miejskie prawa, nikt tego przewidzieć nie mógł.
Założycielem miasta był Polak, Adam Szydłowski. W 1898 roku od Głównego Zarządu Budowy Kolei Wschodniochińskiej dostał zadanie rozwinięcia sieci w Mandżurii. - Przybyli z Imperium Rosyjskiego polscy inżynierowe kolejowi zaczęli realizować przedsięwzięcie znane jako Kolej Wschodniochińska, która miała połączyć Bajkał z Morzem Japońskim - opisuje Muzeum Historii Polski w Warszawie.
Szydłowski dotarł do Acheng - dzisiaj jednej z dzielnic Harbinu - i zdecydował o budowie w niej miasta. Miesiąc później - czyli w maju 1898 roku - do nowo utworzonego miasta zaczęli zjeżdżać inżynierowie i pracownicy, którzy mieli wybudować kolej.

Jeden dziadek został po wojnie, drugi przyjechał, aby budować kolej
Kilka lat później, w 1905 roku, dołączył do nich dziadek Romualda Oziewicza. - Rodzina ze strony ojca, a właściwie dziadka, pojawiła się przy okazji wojny rosyjsko-japońskiej. Po wojnie była opcja pozostania, bo potrzeba było ludzi. I dziadek Zygmunt został. Dziadek Adam, od strony mamy, w 1919 roku wyjechał bezpośrednio do pracy na kolei wschodniochińskiej - opisuje Oziewicz w rozmowie z Interią.
Jest prezesem Klubu Harbińczyków w Szczecinie. Doskonale zna historie swoich przodków budujących miasto na wschodzie Chin. - Praca na kolei uchodziła za bardzo dobrą. Około 30 proc. kadry technicznej, obsługi czy kierowników stacji to byli Polacy, a język polski był powszechnie używany na kolei - mówi. Relacjonuje, że koszty życia były niskie, a kolejarze dostawali ziemię. - Zakładali więc rodziny, często mieszane, bo Polek było mało - dodaje.
Muzeum Historii Polski w Warszawie wspomina, że to Polacy wytyczyli układ głównych ulic i zaplanowali transport publiczny, a wkrótce zbudowali w Harbinie:
- dworzec,
- szpital,
- kościoły,
- czy szkoły.
- Polacy dobrze zarabiali, więc i chcieli, aby polska społeczność była wpływowa. Powstało gimnazjum imienia Henryka Sienkiewicza, a oprócz kultury Polacy mieli też sukcesy gospodarcze. Założyli pierwszy w Chinach browar europejskiego piwa i cukrownię z buraka - opowiada Oziewicz. Uważa, że do dzisiaj tylko w mieście, które budowali Polacy można kupić "taki chleb i taką kiełbasę" jak w ojczyźnie.

"Była presja, aby Polacy wyjeżdżali". Trafili na "Ziemie Odzyskane"
Oziewicz urodził się w 1950 roku w Harbinie. Dwa lata później jego rodzina wyjechała do Polski. - Po II wojnie światowej i w trakcie wojny domowej w Chinach starano się usunąć obcokrajowców. Chińczycy mieli traumę z poprzednich dziesięcioleci i obawy przez krajami Zachodu. Był nacisk na to, aby Polacy wyjeżdżali - mówi prezes Klubu Harbińczyków w Szczecinie.
Trafili przede wszystkim na tereny tzw. Ziem Odzyskanych. Według relacji Oziewicza głównymi kierunkami były m.in.: Olsztyn, Elbląg, Trójmiasto czy Szczecin. - Gdzie przecież chwilę wcześniej wysiedlono Niemców i były pustki - mówi.
Lokalna gazeta, "Kurier Szczeciński", w 1949 roku relacjonowała przyjazd "364 Polaków z Mandżurii, którzy w ciągu 22 dni przejechali trasę 12 tysięcy kilometrów".
- Większość z nich pochodzi z Charbinu (pisownia oryginalna - przyp. red.). Wszyscy widzą Polskę po raz pierwszy, ale wszyscy - od pięcioletniego brzdąca do 70-letniego staruszka - bezbłędnie mówią po polsku. W Mandżurii zachowali oni - pomimo wielu lat tułaczki - swą odrębność narodową. Chodzili do polskich szkół - lub uczyli się w domu. Ich językiem ojczystym pozostała polska mowa. Jest to zasługa ojców i matek, którzy niekiedy za tę polską mowę zesłani zostali na przymusowe roboty w głąb carskiej Rosji - pisał "Kurier Szczeciński" prawie osiem dekad temu.

Polacy z Harbinu? "Zapomniana historia"
Pół wieku później w Szczecinie powstał klub, którzy zrzesza potomków twórców chińskiej metropolii. - Zostało nas kilku, którzy się urodzili w Harbinie. Starsze pokolenie odchodzi, ale młodzież i to nie tylko w pierwszym pokoleniu, też się tą historią interesuje - opowiada prezes Oziewicz. W centrum Szczecina jedno z rond nosi nazwę "Polonii Mandżurskiej".
Tian Wang urodził się w Polsce, jego rodzice są Chińczykami. Od lat spotyka się z członkami Klubu Harbińczyków, a ich historię nazywa "nieco zapomnianą". - Ta historia nie jest powszechnie znana ani wśród Polaków, ani wśród Chińczyków. Obawiam się, że wraz ze starzeniem się i odchodzeniem kolejnych potomków Polonii z Harbinu będzie ona niestety jeszcze bardziej zapomniana. Wielka szkoda - mówi Interii Wang.
Dodaje, że dla niego to "punkt zaczepienia w historii między Polską a Chinami". - Jako że urodziłem się w chińskiej rodzinie w Polsce, to ma dla mnie duże znaczenie. Pokazuje, jak zawiłe potrafią być ludzkie losy i jak głęboko mogą sięgać narodowościowe korzenie - mówi Tian Wang.
Według danych Książnicy Pomorskiej w Szczecinie tuż po drugiej wojnie światowej do stolicy Pomorza Zachodniego przyjechało około ośmiuset Polaków z Chin, a pół tysiąca zostało na stałe. Dzisiaj to właśnie w Książnica składuje "zbiory harbińskie".
- To zespół niezwykłych dokumentów, fotografii, przedmiotów i spisanych osobistych relacji związanych z życiem licznej polskiej diaspory z Mandżurii - podaje instytucja.
- Wspomnienia o Harbinie i więzi z tym miejscem pozostały tak silne, że Polacy z dumą nazywają siebie "Polakami z Harbinu" - opisała z kolei Chińska Ambasada w Polsce, publikując w mediach społecznościowych film przedstawiający historię powstawania metropolii z polskim śladem.
Tobiasz Madejski










