Polska krajem singli? Ekspert wskazuje zasadniczy problem
W dorosłość weszły teraz miliony osób, które mają trudności w stworzeniu własnej rodziny i posiadaniu dzieci - mówi Interii Mateusz Łakomy, ekspert ds. demografii. Tłumaczy, kim są i co wpłynęło na ich postawę. Odpowiada też na pytanie, czy niż demograficzny w Polsce to wyłącznie wina kobiet.

Karolina jest po trzydziestce. Myśli o dziecku, ale nie kryje, że obecnie po prostu jej na nie nie stać. - Żyjemy z partnerem na poziomie, który jest dla nas OK, ale nie zarabiamy ponad stan, żyjemy skromnie, nie wiem, jakby było, gdyby do naszych codziennych wydatków dołączyły koszty życia kolejnej osoby - mówi w rozmowie z Interią.
Kluczowa jest dla nich też kwestia cen nieruchomości. - Chcielibyśmy wziąć na kredyt większe mieszkanie, żeby w ogóle mówić o możliwości życia we trójkę, ale w tym momencie ceny są kolejnym wyzwaniem. Przeglądamy często ogłoszenia dotyczące sprzedaży mieszkań i jesteśmy trochę załamani - w naszych okolicach większość tworzonych nowych osiedli to totalne betonozy, gdzie nie ma nawet skrawka zieleni czy miejsca, gdzie można pójść na spacer - przyznaje. I dodaje, że trudno jej sobie wyobrazić spokojne wychowywanie dziecka w takich warunkach.
Kotki i pieski zamiast dzieci?
Coraz więcej osób patrzy na posiadanie dzieci w podobny do Karoliny sposób. Przekłada się to wprost na liczby, bo poziom dzietności w Polsce dramatycznie spada. W 2024 roku padł niechlubny rekord - urodziło się około 252 tys. dzieci, co było najniższym wynikiem demograficznym od czasów II wojny światowej.
Zdaniem ekspertów powodów, dla których młodzi ludzie nie chcą się rozmnażać, jest kilka i niekoniecznie chodzi tylko o finanse.
- Powinniśmy odejść od takiego myślenia lat dziewięćdziesiątych, które cały czas za nami idzie, że głównym problemem dla budowania rodzin i dzietności w Polsce są kwestie finansowe, dostępności żłobków, przedszkoli, jakichś ulg podatkowych. Pod tym względem w Polsce już właściwie prawie wszystko zostało zrobione. Zasadniczym problemem są trudności z wchodzeniem w relacje i budowaniem związków - mówi Interii Mateusz Łakomy, ekspert ds. demografii.
Po niedawnym Marszu Niepodległości w sieci rozgrzała dyskusja dotycząca właśnie sytuacji demograficznej. Zaczęło się od banneru wywieszonego przez Młodzież Wszechpolską: "Kotki i psiecka nie zastąpią ci dziecka! Polski naród wymiera!".
Czy faktycznie młodzi ludzie nie decydują się na dziecko, bo zwierzęta są dla nich substytutem rodziny? - To trochę przereklamowane myślenie. Natomiast jeżeli ktoś nie ma dzieci, bo na przykład nie jest w trwałym i bezpiecznym związku, to pies może częściowo kompensować taki emocjonalny brak bliskości, ponieważ pod niektórymi względami jest podobny do małego dziecka - uważa badacz demografii. Wyjaśnia, że chodzi o kontakt emocjonalny, który jest bardzo satysfakcjonujący.
- Często rozczulające są te kontakty z psem. Jednak chodzi tu o coś, co z takiej perspektywy psychologicznej jest bardziej sublimacją, czyli pewnym przeniesieniem, niż konkurencją. To znaczy, kiedy kobieta miałaby warunki do tego, żeby mieć dzieci, czyli byłaby w bezpiecznym związku, to pies nie będzie przeszkodą, nie będzie rywalizował o to, żeby o dziecko się nie starać - mówi Łakomy.
Niż demograficzny winą kobiet?
Plakat przestawiał kobietę pchającą wózek z psem, co zdaniem niektórych internautów miało sugerować, że katastrofalnie niskie wskaźniki urodzeń są wyłączną winą kobiet.
Analogiczne pytanie zadajemy ekspertowi ds. demografii: Czy niż demograficzny to wina wyłącznie kobiet? - Zdecydowanie nie. Ja bym w ogóle nie definiował, czy jest to wina kogokolwiek, kobiet, mężczyzn, młodszych czy starszych - odpowiada Mateusz Łakomy.
W jego ocenie jest to przede wszystkim kwestia pewnej struktury społecznej, która nam się zbudowała w ostatnich dekadach, zresztą nie tylko w Polsce. Ona utrudnia najpierw wejście w związek, a później w tych związkach posiadanie dzieci.
Dopytujemy eksperta, czy współcześni młodzi ludzie nie chcą się angażować "na poważnie"? - Oni chcą, ale nie potrafią, bo do tego potrzebne są umiejętności emocjonalne, których nie mają - uważa Łakomy. Zdaniem naszego rozmówcy druga kwestia, to trudność w poznaniu osoby, która by ich satysfakcjonowała.
- Widzimy w ostatnich dekadach proces poluzowania konieczności bycia w rodzinie. Kiedyś to był ważny element, jeżeli nie mieliśmy rodziny takiej w rozumieniu mąż, żona, dzieci, to trudniej było nam funkcjonować - argumentuje Łakomy.
Wylicza, że chodziło o bezpieczeństwo pod wieloma względami: mieszkaniowym, utrzymania się, pracy, opieki czy wsparcia. Teraz właściwie każdy może pracować zawodowo i się utrzymać. W związku z tym w dużej mierze zostały nam tylko wewnętrzne i relacyjne potrzeby emocjonalne, które nas skłaniają do związku.
Wątek emocjonalny nie jest tu jednak bez znaczenia, bo jak mówi ekspert, osoby, które nie są w bezpiecznym związku, nie mają rodziny, mają o wiele większe poczucie samotności.
- To bardzo niszczące i dewastujące wewnętrznie uczucie. Poczucie samotności jest czynnikiem bardzo silnie związanym ze skróceniem życia i większą podatnością na choroby somatyczne. Bycie w rodzinie sprzyja długowieczności i dobremu zdrowiu - podkreśla autor książki "Demografia jest przyszłością. Czy Polska ma szansę odwrócić negatywne trendy?".
Na bycie w związku możemy wiec spojrzeć z dwóch stron, z jednej małżeństwo i rodzina jest czynnikiem zabezpieczającym, z innej strony jest czynnikiem naturalnym dla naszego komfortu emocjonalnego i psychicznego. - Jej brak powoduje takie skutki uboczne, że mamy głębokie poczucie, że jesteśmy sami, nikt nas nie rozumie i dla nikogo tak naprawdę nie jesteśmy ważni - konkluduje Łakomy.
Ekspert wskazuje kluczowe powody
Z danych GUS wynika, że w 2023 roku zawarto w Polsce 145 898 małżeństw, co stanowiło drugi najniższy wynik w okresie powojennym. 10 lat wcześniej zawarto prawie 200 tys. małżeństw, nie mówiąc już o latach 90. kiedy było ich nawet 300 tys. rocznie. Co wpłynęło na taką zmianę pokoleniową? Mateusz Łakomy uważa, że najgłębszym z powodów są nasze relacje rodzinne.
- Osoby, które wychowywały się w rodzinach z trudnościami, gdzie na przykład małżeństwo się rozpadło, byli wychowani tylko przez matkę albo ojca, rodzice byli w związku nieformalnym - mają większą trudność w stworzeniu własnej rodzinę i posiadaniu dzieci. W dorosłość weszły teraz miliony takich osób - mówi nam ekspert.
Kolejnym czynnikiem, który utrudnia budowanie relacji, jest wszechobecność dostępu do internetu, mediów społecznościowych, pornografii i lękowych komunikatów medialnych. Dane pokazują, że najbardziej czytane są wiadomości sformułowane negatywnie. Ludzie potrafią nawet kilkaset razy w ciągu jednego dnia wyciągnąć telefon i zerknąć co się dzieje, a to bardzo istotnie oddziałuje na ich wyobrażenia odnośnie stabilności świata, zakładania rodziny, posiadania dzieci.
- Pornografia tutaj jest szczególnie niszcząca - mówi Łakomy. Z badań NASK przeprowadzonych wśród polskich nastolatków wynika, że inicjacja z pornografią następuje bardzo wcześnie i jest bardzo powszechna. Z zebranych danych wynika, że co czwarty nastolatek miał doświadczenie polegające na oglądaniu treści pornograficznych w internecie. Ekspert podkreśla, że to zaburza nam nie tylko rozwój neuronalny ale też emocjonalny.
- Emocjonalna satysfakcja z oglądania pornografii jest silniejsza niż poczucie satysfakcji z innych rzeczy, na przykład dobrze zrobionego zadania, pogrania z kolegami w piłkę, obejrzenia czegoś ciekawego, pogadania z koleżanką. To mechanizm dość analogiczny do uzależnienia od różnych substancji czy uzależnień behawioralnych, które z biegiem czasu powodują, że nic innego nie jest w stanie nam dać już satysfakcji - wyjaśnia rozmówca Interii.
Trzecia istotna rzecz, która oddziałuje na naszą zdolność do budowania relacji, to zmniejszenie liczebności rodzin. - Jest więcej jedynaków, którzy w sposób naturalny nie nauczyli się, jak to jest funkcjonować w relacji z osobą, która jest od nich inna, z którą czasami się pokłócimy, ale musimy jakoś ze sobą żyć i budować relację. Jedynacy mają mniejsze możliwości do założenia rodziny - ocenia Łakomy.
Niż i co dalej?
Eksperci GUS opracowali symulację, która pokazuje, jak w przyszłości może ubywać Polaków. Wyliczenia wskazują, że w 2060 roku ludność Polski miałaby liczyć około 28 mln osób (obecnie jest nas ponad 37 mln). Co możemy zrobić, by ten czarny scenariusz się nie spełnił?
Mateusz Łakomy zwraca uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze: zakaz dostępu do mediów społecznościowych. - Dzieje się to w Danii, Australii, Francji. Są badania z Norwegii po wprowadzeniu powszechnego zakazu smartfonów w szkołach, które pokazują wyraźne różnice i poprawę w zdrowiu psychicznym dzieci, które rozmawiają ze sobą twarzą w twarz i mają ze sobą jakieś interakcje - wylicza.
Zdaniem eksperta należy pomyśleć też o pomocy rodzinom, które mają jakieś trudności, żeby w odpowiedni sposób edukować ich w momencie, kiedy chcą tworzyć małżeństwo. Dać im dostęp do jakiegoś doradztwa, czy chociażby diagnostyki, jak wygląda nasza relacja w trakcie trwania małżeństwa.
- To dzisiaj nam się może wydawać pomysł nowy, może nawet egzotyczny, ale mamy szeroko upowszechnione różnego typu diagnostyki chorób somatycznych i analogicznie ja nie dostrzegam przeszkód, żeby pary miały dostęp do podobnego, profilaktycznego badania relacji - mówi nasz rozmówca.
Przyznaje, że zanim takie działania przełożą się na dzietność minie sporo czasu. - To są rozwiązania długoterminowe, ale taka jest demografia, na obecną sytuację pracowaliśmy od 35 lat, kiedy dzietność w Polsce po raz pierwszy zaczęła spadać poniżej zastępowalności pokoleń, więc żeby ten trend odwrócić także potrzeba czasu - argumentuje Łakomy.
Paulina Sowa (paulina.sowa@firma.interia.pl)















