- Do takiej sytuacji doprowadził nas prezes PiS-u, że zamiast naprawiać Polskę, to my musimy rozmawiać, jaką strategię przyjąć w kampanii wyborczej - mówi Rokita, który wraz z Donaldem Tuskiem ma się dziś o 19. spotkać z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Nie chcemy przyspieszonych wyborów, ale szykujemy się na taką ewentualność - przyznają także posłowie innych partii i już rezerwują billboardy. Puste partyjne kasy Część partii może na szybkim głosowaniu stracić finansowo - pisze tymczasem "Rzeczpospolita". Partyjne kasy świecą pustkami - największe ugrupowania wydały na kampanię parlamentarną dziesiątki milionów złotych i czekają, aż budżet państwa odda im wydatki poniesione na wprowadzenie do parlamentu posłów i senatorów. Nie muszą się jednak martwić - jeśli dojdzie do przyspieszonych wyborów, nie stracą tych pieniędzy. - W razie wyborów na wiosnę partie dostaną pieniądze zarówno za parlamentarzystów wybranych w zeszłorocznym głosowaniu, jak i za nowych, wybranych w przyspieszonych wyborach - tłumaczy Kazimierz Czaplicki, kierownik Krajowego Biura Wyborczego. O jakich kwotach mówimy? Według wyliczeń "Rz" budżet zapłaci maksymalnie po 245 tys. zł za każdego posła i senatora wybranego jesienią ubiegłego roku. Do największych partii - PiS i PO - trafi w ten sposób niemal po ok. 30 mln zł. Jednak zwrot pieniędzy za kampanię to nie jedyne źródło budżetowych pieniędzy dla partii. Największe ugrupowania - takie, które przekroczyły w wyborach 3 proc. poparcia - dostają co roku tzw. subwencję. Im lepszy wynik wyborczy, tym większa subwencja. Po ubiegłorocznych wyborach Państwowa Komisja Wyborcza ustaliła, że najwięcej pieniędzy - ponad 22 mln zł rocznie - otrzyma partia braci Kaczyńskich. Prawie 21 mln zł przysługuje Platformie Obywatelskiej, a Samoobrona i SLD mogą co roku otrzymać po blisko 12 mln zł. Na budżetowe pieniądze mogą jeszcze liczyć najmniejsze ugrupowania sejmowe - LPR (8,7 mln zł) oraz PSL (7,8 mln zł) - a także pozaparlamentarna SdPl (4,6 mln zł). W razie szybszych wyborów te środki nie są już dla polityków tak pewne jak zwrot za kampanię. Czemu? Bo ustawa o partiach politycznych mówi, że w razie skrócenia kadencji Sejmu prawo do subwencji wygasa. Jeśli prezydent rozpisze przyspieszone wybory w ciągu najbliższych tygodni, to partie dostaną maksymalnie pieniądze za pół roku - pisze "Rz". Już rezerwują billboardy O przygotowaniach do szybszych wyborów w związku z coraz bardziej realnym skróceniem kadencji Sejmu pisze też "Życie Warszawy". Według dziennika, partie polityczne nie są jednak do nich jeszcze gotowe. Brakuje pieniędzy i nowych haseł wyborczych. - Nie chcemy przyspieszonych wyborów, ale szykujemy się na taką ewentualność - przyznają posłowie. - Wiemy, że Prawo i Sprawiedliwość układa już listy wyborcze i rezerwuje miejsca na billboardach. Zresztą wszystkie partie już zabukowały miejsca na marzec. My także - opowiada Roman Giertych. Firmy zajmujące się wynajmem billboardów pytane o te negocjacje, zasłaniają się tajemnicą handlową. Tadeusz Cymański (PiS) przekonuje, że jego partia nie prowadzi podstępnych działań, by organizacyjnie wyprzedzić polityczną konkurencję. Poseł zapewnia, że nie wie, czy PiS zaczęło już rezerwować billboardy. A listy wyborcze? - Tu nie będzie wielkich korekt, choć na pewno może dojść do różnych personalnych aliansów. Nowe wybory byłyby taką szybką powtórką tych poprzednich. Na pewno musimy być zmobilizowani. Mogą być różne scenariusze. Politycznym przeciwnikom mogę powiedzieć, jak w piosence: "bądź gotowy dziś do drogi, drogi którą dobrze znasz - mówi poseł. - Posłowie wciąż zapraszają nas na nieformalne rozmowy, zastanawiają się, czy nie zmienić barw klubowych - wyjawia Eryk Mistewicz, specjalista od politycznej kreacji. Czy to oznacza, że politycy chcą uciekać do PiS? - Nie, ruchy są we wszystkie strony. PiS zapewne wygra te nowe wybory, ale nie będzie to zwycięstwo hurraoptymistyczne. Coraz częściej rozmawiają z nami na temat wyborów - przyznaje Edi Pyrek, także specjalista od marketingu politycznego. Zdaniem "ŻW", kampania może być brutalna. Jeśli partie odwołają się do swych twardych elektoratów, to będziemy mieć wyliczankę: "a oni są gorsi od nas" - mówi dr Robert Sobiech , socjolog. Jego zdaniem, skoro walczyć będą ze sobą dwie partie o prawicowym rodowodzie, trudno będzie obiecywać wyborcom polityczny przełom.