Reklama

Po decyzji Chorwacji odżyła dyskusja o euro w Polsce

Chorwaci już płacą w euro, w ich ślady chcą pójść w najbliższych latach Bułgarzy i Rumuni. A Polska? - Euro przyspieszyłoby wzrost gospodarczy kraju i zauważalnie poprawiło jakość życia Polaków - ocenia w rozmowie z Interią dr Krzysztof Biegun z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. - Powinniśmy mieć własną walutę, bo jest ona amortyzatorem kryzysów - odpowiada na naszych łamach Stefan Kawalec. Za "głęboko szkodliwe" uważa przyjęcie euro prezes NBP Adam Glapiński.

Chorwacja dołączyła 1 stycznia do strefy euro. Stała się 20. krajem, który przyjął wspólną walutę. Następna w kolejce jest Bułgaria, która deklaruje gotowość do tego kroku w 2024 r. Rumunia ma to zrobić w 2029 r., a Dania, która jako jedyna z pozostającej poza euro siódemki ma traktatową zgodę na utrzymanie własnego pieniądza, de facto ma euro, ponieważ utrzymuje niemal sztywny kurs walutowy i podąża za polityką Europejskiego Banku Centralnego (EBC). 

Przyjęcie euro to wybór polityczny

Od kilkunastu tygodni Chorwaci żyją dyskusją związaną z podwyżkami cen. Do największych doszło w ciągu dwóch ostatnich miesięcy 2022 r. Handlowcy przewidzieli wprowadzenie w życie zakazu podnoszenia cen i postanowili nie czekać na decyzje polityków.  

Reklama

Zjawisko, z którym mają do czynienia Chorwaci, było widoczne z różną intensywnością także w innych krajach, które w przeszłości zdecydowały się na przyjęcie euro. Po krótkotrwałych wahaniach ceny z reguły wracały do "normalnych" wartości.  

Chorwaccy eksperci wskazują, że wprowadzenie euro to poza kwestiami gospodarczymi i nadzieją na obniżenie inflacji, decyzja czysto polityczna, obliczona na zwiększenie głosu Zagrzebia w Brukseli w sytuacji coraz bardziej integrującej się Unii Europejskiej. 

Eksperci zwracają uwagę, że większość państw buduje sojusze wokół uczestnictwa w strefie euro. Stanowiska wypracowywane są w ramach eurogrupy, gdzie nie ma Polski, ponieważ nie przyjęliśmy jeszcze euro. 

W ten sposób państwa pozostające poza strefą euro osłabiają swoją pozycję polityczną w kluczowych dla nich sprawach gospodarczych. Zwolennicy przyjęcia wspólnej waluty wskazują, że wejście do euro byłoby niczym kolejna kotwica, która wiązałaby silniej nasz kraj z Unią Europejską po ostatnich latach sporów rządu z Brukselą, a tym samym ograniczałaby ryzyko polexitu - zostawiając na boku dyskusję o jego realności. 

Chorwacja w strefie euro ożywia dyskusję w Polsce

Przyjęcie przez Chorwację euro ożywiło nieco dyskusję w Polsce. W trakcie ubiegłotygodniowego wywiadu w Radiu Zet lider Polski 2050 Szymon Hołownia stwierdził, że "wprowadzenie euro sprawiłoby m.in., że mielibyśmy dzisiaj dużo niższe kredyty". 

Według posła Marka Sawickiego (PSL) Polska na razie nie spełnia warunków do zmiany waluty na euro, bo - jak mówił - "PiS sprowadził nas do takiego poziomu gospodarczego, że na chwilę obecną nie jest to możliwe". 

Prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński oświadczył w czwartek, że przyjęcie euro w Polsce byłoby głęboko szkodliwe i oznaczałoby radykalny spadek tempa wzrostu gospodarczego

Jak mówił, przyjęcie euro w Polsce mogłoby odpowiadać "najbogatszym, którzy mają nieruchomości, inwestują oraz wydają pieniądze za granicą". 

- Wprowadzenie euro oczywiście nie rozwiązałoby wszystkich problemów gospodarczych, jednak rozwiązałoby ich wystarczająco dużo, żeby przyspieszyć wzrost gospodarczy kraju i zauważalnie poprawić jakość życia Polaków - podkreśla w rozmowie z Interią dr Krzysztof Biegun z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. 

Nasz rozmówca dodaje, że "pozostając poza eurozoną, ponosimy coraz większe koszty. My, czyli polska gospodarka, rząd i - co najważniejsze - my i nasze rodziny".  

Biznes za przyjęciem euro

Przystępując do UE, Polska zobowiązała się do wprowadzenia euro. Z najnowszego sondażu IBRiS dla radia Zet wynika, że 64,2 procent Polaków jest przeciw przyjęciu euro przez nasz kraj, a 24,5 proc. ankietowanych chce zastąpienia złotego wspólną europejską walutą.

W Polsce przez lata dominował silny pogląd, że w obliczu możliwych kryzysów - po globalnym finansowym i europejskim zadłużeniowym - lepiej zachować własną politykę pieniężną i płynny kurs jako stabilizatory ułatwiające w razie kłopotów odzyskanie równowagi gospodarczej. 

Jednak wojna, wysoka inflacja, słabość złotego - to czynniki, które przyczyniły się w ostatnich miesiącach do ożywienia dyskusji dotyczącej wspólnej waluty.  

Tradycyjnie zwolennikami dołączenia do eurozony są przedsiębiorcy. Około 54 proc. szefów średnich i dużych firm chciałoby, aby Polska zamieniła złotego na euro - wynika z ubiegłorocznych badań International Business Report prowadzonych przez firmę doradczą Grant Thornton. 33 proc. wolałoby zostać przy złotym, a 13 proc. nie ma przesądzającego zdania w tej kwestii. 

Poparcie dla wspólnej waluty na poziomie 54 proc. to najwyższy wynik od 2018 r. i wyraźnie wyższy niż w dwóch ostatnich latach, gdy było ono rekordowo niskie. 

Korzyści z przyjęcia euro: Mniejsze stopy procentowe i tańsze kredyty

Dr Biegun podkreśla, że w Polsce mamy znacznie wyższe stopy procentowe niż strefa euro. - I nie chodzi tylko o oficjalne stopy procentowe banku centralnego, te mało kogo faktycznie interesują - dodaje nasz rozmówca.  

Mamy znacznie wyższy poziom rynkowych stóp procentowych, a więc kosztów kredytów dla firm i gospodarstw domowych. Obecnie koszt nowo zaciągniętych kredytów hipotecznych w strefie euro rzadko kiedy przekracza 3 proc. Podobnie jest z kredytem odnawialnym dla przedsiębiorstw - zwraca uwagę dr Biegun.

Nasza rozmówca wskazuje, że polski rząd, emitując obligacje np. pięcioletnie, musi zapłacić inwestorom ponad 6 proc., podczas gdy np. znacznie bardziej zadłużeni Włosi mogą pożyczać na 3,6 proc., a Grecy na 3,3 proc., a to przekłada się na koszty obsługi zadłużenia.  

- Według optymistycznych prognoz z wieloletniego planu finansowego państwa, koszty obsługi polskiego długu mają wzrosnąć z ok 30 mld złotych w 2021 do 50 mld w 2022 r. oraz do 68 mld w 2023 r. Wzrost kosztów byłby znacznie niższy w strefie euro, a zaoszczędzone pieniądze moglibyśmy przeznaczyć na tak potrzebne inwestycje w sektor energetyczny, zakup technologii czy modernizację armii

Przeciwnicy euro: Warto zachować kontrolę nad własną walutą

Argumenty przeciwko dołączeniu do strefy euro prezentuje od lat były wiceminister finansów i jeden z architektów tzw. planu Balcerowicza. Stefan Kawalec w książce "Paradoks euro. Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty?" napisanej wraz z ekonomistą dr Ernestem Pytlarczykiem przekonuje, że strefa euro w przeciwieństwie do politycznych korzyści z integracji europejskiej przynosi więcej problemów niż pozytywów. Na zmianę opinii Kawalca nie wpłynął kryzys inflacyjny. 

Kawalec podkreśla, że nie bagatelizuje argumentów politycznych w sprawie euro, a przynależność do UE to być albo nie być dla przyszłości cywilizacyjnej i gospodarczej Polski. Nasz rozmówca podkreśla jednak, że nie można lekceważyć gospodarki. - Powinniśmy mieć własną walutę, bo jest ona amortyzatorem dla tego, co się dzieje w gospodarce - dodaje.  

Kawalec zwraca uwagę, że wbrew błędnie uproszczonemu poglądowi, korzyść z posiadania własnej waluty nie polega na tym, że rząd i bank centralny mogą manipulować i ciągle osłabiać kurs walutowy. Istotne jest samoczynne dostosowanie kursu walutowego, które następuje w znacznej mierze niezależnie od woli władz monetarnych. 

Ważne jest zarówno umacnianie się kursu w czasie boomu jak i jego osłabienie w czasie kryzysu. Jeżeli w sytuacji dobrej koniunktury nie następuje umocnienie kursu walutowego, bo kraj nie ma własnej waluty lub kurs walutowy jest sztywny, to rośnie inflacja i następuje to, co ekonomiści nazywają realną aprecjacją waluty. Realna aprecjacja osłabia konkurencyjność gospodarki, której przywrócenie bez własnej waluty jest zadaniem karkołomnym i może wiązać się z kilkuletnią recesją. W kraju z własną walutą nadmierna nominalna aprecjacja kursu może również osłabić konkurencyjność gospodarki, lecz w takim przypadku przywrócenie konkurencyjności może później łatwo nastąpić przez nominalne osłabienie waluty.

Najkrócej tłumacząc, w przypadku posiadania własnej waluty można obniżać jej wartość, a przynajmniej wpływać na zmniejszenie jej wartości wobec ważnych partnerów handlowych. Przekłada się to na korzyści gospodarcze. Dzięki obniżeniu wartości rodzimej waluty towary produkowane w kraju mającym własną i słabszą walutę są tańsze. Dzięki temu można zwiększać eksport, a hamowany jest relatywnie droższy import.

- Rzecz w tym, że przy braku amortyzatora w postaci elastycznego kursu walutowego w przypadku kryzysu kraj może być zmuszony do niezmiernie bolesnego dostosowania. Jeśli w przypadku utraty konkurencyjności ratunkiem nie może być dostosowanie kursu walutowego, to wyjścia są dwa: albo długoterminowe bezrobocie, albo emigracja.  

Kawalec zwraca uwagę, że pouczający może być przypadek Łotwy, której PKB w latach 2008-2010 spadło o 21 proc. i w krótkim czasie kraj opuściło 10 proc. populacji. - Doświadczenie pokazuje, że niewielkie państwa są często w stanie znosić wstrząsy, które są nie do pomyślenia dla dużych gospodarek, takich jak chociażby Polska - dodaje.  

Problemy peryferyjnej waluty. Niestabilność kursu

W przeszłości niejednokrotnie zdarzało się, że lokalna, dewaluowana waluta faktycznie amortyzowała szoki, ale dzieje się tak do pewnych granic. Są nimi wysoka inflacja, która jest zabójcza dla gospodarki i stabilności finansowej. W Polsce obserwujemy skutki takiej polityki od wielu miesięcy w wydaniu NBP.  

- Kolejnym problemem, który zostałby rozwiązany dzięki wprowadzeniu euro, są wahania kursu złotego wobec walut naszych partnerów handlowych - zwraca uwagę dr Biegun.  

Według naszego rozmówcy ostatnie lata pokazały, że płynny kurs walutowy zamiast być czynnikiem stabilizującym gospodarkę po wystąpieniu szoków makroekonomicznych coraz częściej sam jest źródłem takich szoków.  

- Gwałtowne osłabienie naszej waluty, które miało miejsce w czasie pandemii czy po napaści Rosji na Ukrainę, było tylko przyczyną dalszych problemów gospodarki, przedsiębiorców i konsumentów. Nie tylko obywatele realnie biednieją za każdym razem, kiedy złoty osłabia się z powodu zdarzeń zachodzących w światowej gospodarce. Biednieje i rząd, który, dysponując słabszym złotym, może kupić mniej towarów i usług na rynku światowym. A zakupów za granicą będzie miał coraz więcej, od wydatków na modernizację armii, po zakup technologii związanych z budową elektrowni atomowej - dodaje dr Biegun.  

Z euro bezpieczniej

Na ile realne są szanse dołączenia Polski do strefy euro, aby ochronić gospodarkę przed wstrząsami? Kraj chcący dołączyć do eurozony musi powiązać rodzimą walutę z euro w ramach mechanizmu ERM II (uważany za przedsionek do strefy euro) na przestrzeni dwóch lat oraz pilnować, aby wahania kursu nie były zanadto dynamiczne w żadną ze stron. Kurs, jakim wiąże się walutę w mechanizmie, jest negocjowany z Komisją Europejską oraz EBC.  

- W warunkach postępującej integracji rynków (i nie chodzi tylko o integrację rynku polskiego z rynkami innych państw UE, ale także o procesy globalne) polityka pieniężna prowadzona przez kraj o małej, otwartej gospodarce (jak Polska) jest coraz mniej skuteczna - przekonuje dr Biegun.  

Podkreśla on, że autonomia Rady Polityki Pieniężnej jest realnie w znacznym stopniu ograniczona. - W warunkach otwartej gospodarki, wymienialnej waluty i płynnego kursu złotówki, nasz bank centralny nie prowadzi autorskiej, niezależnej polityki pieniężnej, tylko coraz częściej musi naśladować to, co robią główne banki centralne świata - podkreśla. 

- Nie jest szczególnie istotne, czy polityka pieniężna w Polsce okazała się dramatycznie nieskuteczna w realizacji swojego podstawowego celu - walce z inflacją - z powodu globalnych procesów zachodzących w gospodarce światowej, czy dlatego że zapomnieliśmy, jak się to robi. Skoro narzędzie jest nieskuteczne lub nie umiemy go używać - po co ponosić gigantyczne koszty jego utrzymywania? RPP będzie coraz częściej przyjmować postawę "wait and see" (poczekamy i popatrzymy co się stanie) - podkreśla dr Biegun. 

- Patrzmy i czekajmy, ale w burzliwych czasach taniej i bezpieczniej będzie czekać z euro w kieszeni - przekonuje ekspert.  

Polska nie spełnia kryteriów w sprawie przyjęcia euro

Z taką argumentacją nie zgadza się Stefan Kawalec. 

- Dysponujemy już ponad 150-letnim doświadczeniami funkcjonowania systemów tzw. currency board, które wprowadzono w ponad 70 krajach, aby się uwolnić się od ryzyka i niepewności wahań kursu walutowego. W systemie currency board utrzymywany jest sztywny kurs walutowy wobec waluty jakiegoś dużego kraju czy obszaru, np. funta, dolara czy euro. System sprawdził się w dziesiątkach bardzo małych otwartych gospodarek, ale już nie w tych większych. Sztandarowym przykładem większego kraju, który próbował rozwiązać w ten sposób swoje problemy gospodarcze, była Argentyna, mająca populację podobnego rzędu co Polska. System currency board działał tam ponad dekadę, lecz zakończył się wielką katastrofą w 2002 r. - podkreśla nasz rozmówca.   

Wejścia do strefy euro domagają się polskie organizacje przedsiębiorców, którym niestabilność narodowej waluty dała się silnie we znaki. Jedni chcą przyjęcia euro jak najszybciej, inni mówią o dacie granicznej 2030 r. - świadomi, że w ostatnich latach silnie oddaliliśmy się od kryteriów wejścia do strefy, zwłaszcza w zakresie inflacji i stopy procentowej. 

W ostatnim raporcie dotyczącym konwergencji z 2020 r. Komisja Europejska wskazuje, że Polska obecnie nie wypełnia ani wymogów związanych z legislacją, ani niektórych spośród innych kryteriów. 

W praktyce Polska nie spełniłaby przynajmniej dwóch z pięciu kryteriów traktatu z Maastricht - inflacji i długoterminowych stóp procentowych.  

I chociaż są one obecnie poluzowane z powodu skutków gospodarczych pandemii COVID-19, wypełnienie ich i tak potrwałoby co najmniej kilka lat. W tej sytuacji wola dołączenia do strefy euro byłaby raczej gestem politycznym, z którym i tak musiałyby się mierzyć kolejne rządy.  

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Polska | Unia Europejska | Chorwacja | strefa euro | gospodarka | Adam Glapiński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy