Reklama

Reklama

PiS szuka "politycznego złota" na kampanię. I podejmuje ryzykowną grę z KPO w tle

Nagły antyunijny zwrot Jarosława Kaczyńskiego, a w ślad za nim czołowych polityków Zjednoczonej Prawicy, to nie tylko chęć odwetu na Komisji Europejskiej za brak pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy. To również szukanie nośnego tematu na trwającą już de facto kampanię parlamentarną i próba przygotowania Polaków na ekonomiczne skutki odcięcia unijnych środków.

Niedawny wywiad prezesa PiS-u dla tygodnika "Sieci" był w zasadzie jedną, wielką tyradą wymierzoną w Unię Europejską. Festiwalem pretensji oraz koncertem rozmaitych gróźb i ostrzeżeń. Jego swoistym zwieńczeniem była natomiast zapowiedź gruntownych zmian relacji z Brukselą w przypadku wywalczenia przez obóz Zjednoczonej Prawicy trzeciej kadencji w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.

"Jeżeli wygramy, stosunki z Unią Europejską będziemy musieli ułożyć po nowemu. Nie może być tak - i nie będzie - że Unia wobec nas nie uznaje traktatów, porozumień, umów" - wskazywał na łamach tygodnika lider obozu władzy. W tej samej wypowiedzi ostrze krytyki skierował bezpośrednio w kierunku szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, która zdaniem Kaczyńskiego "wrzuca żądania możliwości podważania decyzji jednego sędziego przez drugiego". "Tego nie możemy zaakceptować" - podkreślił.

Reklama

Pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy? Tak, ale najpierw kamienie milowe

"Wrzucane żądania", o których mówi prezes PiS, są tak naprawdę zapisane w powszechnie dostępnych dokumentach Komisji Europejskiej i Rady Europejskiej. Dodajmy, że treść tych dokumentów nie jest żadną tajemnicą dla polskiego rządu, który na takie zapisy się zgodził. I tak w załącznikach do decyzji Rady Europejskiej widnieją m.in. dwa kamienie milowe, które zakładają "wejście w życie reformy wzmacniającej niezależność i bezstronność sądów" oraz "reformę mającą na celu naprawienie sytuacji sędziów poszkodowanych orzeczeniami Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego w sprawach dyscyplinarnych i immunitetów sędziowskich".

To właśnie do tych kamieni milowych odniosła się pod koniec lipca w wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej" przewodnicząca von der Leyen. "Nowe prawo jest ważnym krokiem. Jednak, jak już wspomniałam, z naszej wstępnej oceny wynika, że nowa ustawa nie gwarantuje sędziom możliwości kwestionowania statusu innego sędziego bez ryzyka, że zostaną pociągnięci do odpowiedzialności dyscyplinarnej" - powiedziała, nawiązując do prezydenckiej nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym.

Później dodała jeszcze: "Tę kwestię należy rozwiązać, aby spełnić warunki przyznania środków z KPO i umożliwić Komisji uruchomienie pierwszej płatności. Polska musi również w pełni zastosować się do postanowienia Trybunału Sprawiedliwości, co jeszcze nie nastąpiło. W szczególności nie przywrócono do orzekania zawieszonych sędziów i nadal obowiązuje dzienna kara finansowa".

To właśnie wywiad von der Leyen dla "DGP" wywołał furię w obozie Zjednoczonej Prawicy i miał być bezpośrednią przyczyną antyunijnego zwrotu czołowych polityków obozu władzy. Kaczyński peroruje, że "próbuje się nam zabrać wolność, suwerenność i jeszcze nas obrabować". "Gdybym wiedział, że dadzą nam te główne pieniądze, tobym miał inne podejście. Ale jestem przekonany, że chcąc Polskę złamać i zmusić do pełnej uległości wobec Niemiec, zablokują także te fundusze. Znajdą nowe preteksty" - argumentował na łamach "Sieci" były wicepremier ds. bezpieczeństwa.

Z kolei tego, czego nie wypadało powiedzieć samemu Kaczyńskiemu, zrobili za niego jego podwładni. Choćby sekretarz generalny PiS-u Krzysztof Sobolewski. - Jeśli byłaby próba zablokowania wypłaty Polsce głównej części z funduszy europejskich i Komisja Europejska próbowałaby nas docisnąć do ściany, to nie pozostaje nam nic innego, jak wyciągnąć wszystkie armaty, które są w naszym arsenale i odpowiedzieć ogniem zaporowym - odgrażał się na antenie Radiowej Jedynki.

PiS kontra Unia Europejska, czyli ząb za ząb

Czym są wspomniane przez posła Sobolewskiego "armaty"? W szeregach Zjednoczonej Prawicy jest przynajmniej kilka interpretacji. Albo inaczej: mówi się o armatach różnego kalibru. Rzecz w tym, że każda z nich nie tylko miałaby inną siłę rażenia, ale też możliwości skorzystania z konkretnych "armat" mocno się różnią. Sięgnięcie po niektóre z nich jest wręcz... niemożliwe. 

Po pierwsze, weto. To tzw. opcja atomowa, bowiem UE jest organizacją, w której wiele decyzji musi być podejmowanych jednomyślnie. Obecna sytuacja to zresztą nie pierwszy raz, kiedy Polska grozi Brukseli sięgnięciem po weto. Tak samo było pod koniec 2020 roku, gdy trwały negocjacje nad nowym budżetem i akceptacją dla tzw. mechanizmu warunkowości, który wiązał przekazywanie funduszy unijnych z poszanowaniem dla zasad państwa prawa. Wówczas polski rząd zgodził się jednak na propozycje Brukseli.

Teraz też nie bardzo wiadomo, co Warszawa chciałaby wetować. Może poza tym, że weto mogłoby dotyczyć obszarów polityki zagranicznej, bezpieczeństwa i finansów, ale to mało jak na tak poważną groźbę. W tym roku Polska po weto już zresztą sięgnęła - wstrzymując wprowadzenie w UE podatku od osób prawnych w wysokości 15 proc. 

"Wszystkie możliwości obejmują też prawo weta, które można stosować szeroko, zawężać, dotyczy to też spraw ważnych. Będziemy w tej chwili stosowali taktykę 'ząb za ząb'" - przekonywał we wspomnianym już wywiadzie poseł Sobolewski.

Po drugie, składka członkowska. Tutaj w grę wchodziły dwa warianty: zawieszenie bądź obniżenie. Zwolennikami pierwszego wariantu są politycy Solidarnej Polski, którzy już wiosną tego roku proponowali taki krok ze względu na brak bezpośredniej pomocy finansowej ze strony UE w kontekście napływu kilku milionów uchodźców z Ukrainy. Prezes Kaczyński nie jest jednak fanem tego rozwiązania. 

"Jest kryzys, wojna, to warunki w pełni uzasadniające podjęcie działań nadzwyczajnych. Skoro w tym obszarze Komisja Europejska nie wypełnia swoich zobowiązań wobec Polski, to my nie mamy powodów wykonywać swoich zobowiązań wobec Unii Europejskiej. To były jednak umowy i uzgodnienia działające w obie strony. Przy czym nie chodzi tu o niepłacenie składki członkowskiej, ale o inne działania i przedsięwzięcia" - powiedział w rozmowie z tygodnikiem "Sieci", nawiązując do kryzysu energetycznego trapiącego Polaków.

Obniżenie składki członkowskiej byłoby dla Nowogrodzkiej zdecydowanie bardziej akceptowalne. Rzecz w tym, że jest de facto niewykonalne. Politycy obozu władzy nie chcą płacić ani odsetek, ani części kapitałowej pożyczek w ramach tzw. Europejskiego Funduszu Odbudowy, skoro Polska nie zobaczyła (i są spore szanse, że już nie zobaczy) z niego ani eurocenta. Szkopuł w tym, że państwa członkowskie nie realizują żadnej specjalnej płatności do unijnego budżetu z tego tytułu. Przypadające na każde państwo należności są brane z całości wpłaconej składki członkowskiej. Nie ma tu więc miejsca na kreatywną księgowość i, mówiąc potocznie, wysłanie do Brukseli mniejszego przelewu

Gdyby jednak polski rząd na taki ruch się zdecydował, z całą pewnością skończy się to przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej, a wynik takiej sprawy wydaje się łatwy do przewidzenia. Niemniej już od wczesnej wiosny w obozie Zjednoczonej Prawicy i w KPRM trwały konsultacje z prawnikami i analizy, czy można się z tzw. Europejskiego Funduszu Odbudowy jednostronnie wycofać. Niewykluczone, że polski rząd mimo wszystko spróbuje podjąć na tym polu jakieś działania. Ich skuteczność to już zupełnie inna kwestia.

Trzecim z rozważanych rozwiązań jest wyjście Polski z unijnego systemu handlu emisjami (ETS) albo przynajmniej jego czasowe zawieszenie. Miałby to być zręczny politycznie ruch w obliczu kryzysu energetycznego, który pozwoliłby zapunktować rządzącym u wyborców przed sezonem grzewczym. Orędownikiem rozprawienia się z ETS są przede wszystkim ziobryści, którzy uważają, że wystarczyłaby w tym celu szybka zmiana ustawy - ETS jest bowiem implementacją unijnej dyrektywy

Inne zdanie w tej sprawie ma jednak KPRM, która zauważa, że taki ruch odbiłby się na wielu polskich firmach korzystających z ETS, a dodatkowo kosztował Polskę kolejne postępowanie przed TSUE (także tutaj wynik można byłoby w ciemno obstawić jeszcze przed rozpoczęciem całej sprawy).

Zostaje więc opcja numer cztery, czyli pozwanie Komisji Europejskiej przed TSUE za niewypłacanie Polsce środków w ramach tzw. Europejskiego Funduszu Odbudowy. W obozie władzy panuje przekonanie, że KE mogłaby taką sprawę przegrać. Problem polega na tym, że jest to mało efektowne politycznie zagranie, a co więcej - długotrwałe. Rozwiązanie sporu z KE mogłoby przyjść dopiero po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych w Polsce, a przecież "polityczne złoto" jest potrzebne tu i teraz, właśnie na użytek kampanijny. Poza tym, Polska pieniędzy z KPO potrzebuje na wczoraj, a nie za rok czy dwa.

PiS w trybie wyborczym, czyli w prawo zwrot

Skoro pole manewru obozu władzy jest tak niewielkie i trudno dostrzec nie tyle optymalne, co choćby zadowalające wyjście z sytuacji, rodzi się pytanie: po co Zjednoczona Prawica ponownie podkręca temperaturę w relacjach z Unią Europejską?

Odpowiedź na to pytanie sprowadza się do strategii kampanijnej rządzących. De facto już po wygranych wyborach w 2019 roku Zjednoczona Prawica zaczęła krok po kroku rezygnować z umiarkowanego programu i walki o centrowy elektorat. Wszystko na rzecz realizacji narodowo-katolickiej agendy i umacniania poparcia w elektoracie prawicowym.

- Oni mówią do elektoratu prawicowego. Kaczyński od dłuższego czasu zwraca się wyłącznie do tego elektoratu. Już po pamiętnym spadku notowań jesienią 2020 roku zrezygnował z poszukiwań wyborcy centrowego i skupił się na grze o jak największy odsetek wyborców prawicowych - tłumaczył na początku lata w wywiadzie dla Interii prof. Paweł Ruszkowski.

- W naszym społeczeństwie ok. 37 proc. osób deklaruje poglądy prawicowe. Z danych CBOS-u wynika, że w marcu 61 proc. osób o poglądach prawicowych deklarowało poparcie dla PiS-u. W maju już 71 proc., czyli jest o co walczyć - argumentował swoją tezę socjolog polityki z Collegium Civitas.

PiS wykorzystuje też impas w negocjacjach z Komisją Europejską do uderzenia w Solidarną Polskę i Konfederację - dwa najbardziej antyunijne ugrupowania na polskiej scenie politycznej. To próba odebrania im politycznego tlenu. To dlatego Kaczyński mówi dzisiaj Ziobrą. Priorytetem jest jednak wyeliminowanie Konfederacji z przyszłego Sejmu i przejęcie możliwie dużej części jej wyborców. Dla Nowogrodzkiej od zawsze priorytetem był brak politycznej konkurencji po prawej stronie. Chociaż sojusz z Solidarną Polską bardzo dużą część PiS-u irytuje, to jednak lepiej mieć ziobrystów przy sobie i pod (względną?) kontrolą niż poza obozem Zjednoczonej Prawicy.

Poza tym, Kaczyński liczy, że przy takim zaostrzeniu kursu uda się wykorzystać antyunijne talenty Ziobry i jego ludzi. - On ma zabezpieczyć Zjednoczonej Prawicy prawe skrzydło właśnie kosztem Konfederacji. Jeśli powstrzyma się przed atakowaniem PiS-u i odróżnianiem się na siłę, to właśnie będzie jego wygrana w tej sprawie. Zjednoczona Prawica potrzebuje prawego skrzydła i jeśli Ziobro je zmonopolizuje kosztem Konfederacji, jego rola w obozie władzy tylko wzrośnie - tłumaczył to Interii prof. Ruszkowski.

Podkręcenie antyunijnej retoryki przez sam PiS to z kolei gwarancja tego, że Solidarna Polska i Ziobro za bardzo nie zbudują się na walce z Brukselą. W optymalnym dla Nowogrodzkiej scenariuszu jeszcze przed wyborami parlamentarnymi udałoby się na tyle osłabić Konfederację, że ta nie weszłaby do Sejmu i rozbić Solidarną Polskę, żeby jej niedobitki siłą wcielić do PiS-u, a z resztą polityków pożegnać się bez żadnych negatywnych konsekwencji dla samej Nowogrodzkiej. Do tego jednak długa i kręta droga, na razie PiS na Ziobrę i Solidarną Polskę jest skazane. Podobnie jak to miało miejsce przez siedem ostatnich lat.

Już teraz jednak Kaczyński i jego ludzie chcą osiągnąć inny cel - znaleźć wygodny dla PiS-u temat rozkręcającej się coraz bardziej kampanii parlamentarnej i zawczasu przygotować elektorat na brak niemal 170 mld zł z Krajowego Planu Odbudowy. Ideologiczna wojna z UE, w której PiS odegrałoby rolę obrońcy polskiej tradycji i niepodległości, to dużo korzystniejszy dla rządzących scenariusz niż konieczność tłumaczenia się z szalejącej drożyzny czy braku węgla.

Pieniądze z KPO. Polacy w kontrze do rządu

Plan Kaczyńskiego nie jest niczym nowym. PiS wraca do niego, ilekroć ma problemy w krajowej polityce. Podczas rozpoczętego w wakacje objazdu kraju politycznie nie chwycił temat LGBT i transseksualizmu, uchodźców obecnie atakować nie można (przyjęliśmy wszak ponad 3 mln Ukraińców), więc "dobrej zmianie" zostaje straszenie Niemcami i dybiącą na naszą niezależność Unią.

Tyle tylko, że Polacy boją się dzisiaj zupełnie czego innego. I są na to twarde dane. Na początku sierpnia na łamach Interii szczegółowo opisywaliśmy wyniki badania YouGov dla More in Common Polska dotyczące tego, czego obawia się obecnie polskie społeczeństwo. Stosunki z UE wskazało zaledwie 25 proc. respondentów, a sama odpowiedź nie znalazła się nawet na podium największych problemów według Polaków. Inflację i rosnące ceny wytypowało 72 proc. społeczeństwa, wojnę w Ukrainie i zagrożenie rosyjską inwazją 42, a napływ uchodźców z Ukrainy 30. Co więcej, w tym samym badaniu niemal dwie trzecie Polaków (62 proc.) oceniło, że problem z drożyzną jest wynikiem złej polityki rządu. Jedynie 29 proc. badanych uznało, że rosnące ceny pozostają poza kontrolą rządzących.

W kwestii braku środków z KPO Zjednoczona Prawica również nie ma się z czego cieszyć. Sondaż United Surveys dla Wirtualnej Polski pokazuje, że 42,2 proc. Polaków jako winnego wskazuje Zbigniewa Ziobrę i Solidarną Polskę. Kolejne 13,2 proc. winą obarcza premiera Mateusza Morawieckiego. Łącznie daje to aż 55,4 proc. wyborców. Winy Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego dopatruje się 18,8 proc., natomiast opozycji - 10,4 proc. Razem - zaledwie 29,2 proc., czyli wyraźnie mniej niż w przypadku respondentów dostrzegających odpowiedzialność za zaistniałą sytuację po stronie obozu władzy.

Jakby tego było mało, pozostaje jeszcze kwestia gospodarcza. W obecnych realiach - niebagatelna. Jej znaczenie podkreślił niedawno w rozmowie z Interią Marcin Klucznik, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Mówiąc wprost: od pieniędzy z KPO najprawdopodobniej będzie zależeć, czy Polska w 2023 roku wpadnie w recesję. - Z perspektywy ekonomicznej przełoży się to (brak środków z KPO - przyp. red.) na niższy wzrost PKB w przyszłym roku o około 1 pkt proc. Analogiczny spadek czekałby nas również w 2024 roku - ocenił nasz rozmówca. Jak dodał, kolejną konsekwencją byłoby dalsze osłabianie złotego, co z kolei utrudniałoby skuteczną walkę z kryzysem inflacyjnym. Tego wojną z Unią Europejską PiS-owi nie uda się przykryć. Nie ma na to szans.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy