Reklama

Reklama

​Onyszkiewicz dla RMF: Zapytałem milicjanta "dokąd nas wieziecie?". Powiedział, że do Kaliningradu

- Skuto nas kajdankami, doprowadzono do helikoptera. Potem do nas dołączyło jeszcze kilkanaście innych osób, no i ten helikopter wystartował. Lecimy i widzę, że jesteśmy nad morzem, więc się pytam siedzącego obok nas milicjanta: Dokąd nas wieziecie?. Powiedział, że do Kaliningradu. To sobie pomyślałem, że może być niedobrze - wspomina moment swojego zatrzymania jeden z założycieli mazowieckiej filii NSZZ "Solidarność" Janusz Onyszkiewicz, który był internowany w areszcie w Białołęce. - Tam byli też ludzie ze świata przestępczego, których namawiano, żeby się przyznali, że robili z nami ciemne interesy, po to by nas oskarżyć z karnych paragrafów. Ale oni się dzielnie trzymali - mówi słynny opozycjonista.

Tomasz Skory, RMF FM: Proszę powiedzieć, kiedy trafił pan do obozu internowania w Białołęce ze Strzebielinka?

Janusz Onyszkiewicz: To było pod koniec grudnia, albo wcześniej. Nas wszystkich aresztowano w Gdańsku, przewieziono do Strzebielinka, po czym po kilku dniach, a i pamiętam doskonale, już po świętach Bożego Narodzenia, że wywołano najpierw Jacka Kuronia, potem mnie. Skuto nas kajdankami, doprowadzono do helikoptera. Potem do nas dołączyło jeszcze kilkanaście innych osób, no i ten helikopter wystartował. Lecimy i widzę, że jesteśmy nad morzem, więc się pytam siedzącego obok nas milicjanta: "Dokąd nas wieziecie?".  Powiedział, że do Kaliningradu. To sobie pomyślałem, że może być niedobrze. Ale jednak okazało się, że nie Kaliningrad. Wylądowaliśmy na Bemowie i potem już nas rozdzielono i przewieziono do Białołęki, a ja wylądowałem w celi z Heniem Wujcem.

Reklama

A proszę powiedzieć, byliście tam taką, odosobnioną grupą "ekstremy" tak zwanej. Kilkunastu najgroźniejszych dla ówczesnego ustroju więźniów.

- Tak, to prawda, ale muszę powiedzieć, że po naszym przyjeździe od razu, co nas tak zaskoczyło to to, że odwiedził nas w naszej celi tak zwany "wychowawca", czyli ktoś ze służby więziennej, kto miał mieć nadzór nad nami i poprosił nas o autografy. Widać było, że może nie jest aż tak źle.

Czekaliście na jakiś proces? Spodziewaliście się, że to nie będzie wszystko, że samo internowanie?

- No myśleliśmy, że może być taki proces. W końcu nasz status był dalece niejasny. Myśmy uchodzili zresztą za tak zwaną "ekstremę", wobec tego było całkiem możliwe, że nam zostanie postawiony zarzut doprowadzania do niepokojów publicznych, co groziło wieloma latami więzienia. Jakoś na to władza się jednak nie zdecydowała.

W jaki sposób was trzymano? To były jakieś szczególnie obostrzone warunki?

- To były warunki, prawie że więzienne. Trzymano nas w ogóle osobno bez możliwości - przynajmniej na początku - kontaktowania się między sobą i kontaktowania się ze światem zewnętrznym. To było do tego stopnia restrykcyjnie przestrzegane, że kiedy w styczniu, w końcu jakoś zdołał uzyskać pozwolenie na widzenie się z nami ksiądz prymas Glemp, to jemu towarzyszył osobisty przedstawiciel generała Kiszczaka, który przecież był wtedy ministrem spraw wewnętrznych i on nam powiedział, że dopiero przy tej okazji mógł po prostu wejść i z nami się spotkać. W związku z tym ta izolacja na początku była istotnie bardzo dalece posunięta.

- Później ona została dalece złagodzona, dlatego że zainterweniował międzynarodowy Czerwony Krzyż, który też na odwiedził i w wyniku ich interwencji, tego międzynarodowego Czerwonego Krzyża, te rygory trzymania nas odrębnie zostały złagodzone. Ale trzeba może pamiętać o jednym, bo jest to rzecz która bardzo często jest nieznana, mianowicie, że myśmy tam, na Białołęce, na tym czwartym pawilonie, nie byli wyłącznie w naszym solidarnościowym towarzystwie. Tam byli też zwykli, podejrzani ludzie ze świata przestępczego. Głównie zresztą handlarze walutą, których bardzo namawiano na to - jak nam potem powiedzieli - żeby się przyznali, że robili z nami rozmaite ciemne interesy, po to żeby nas ewentualnie oskarżyć już z czysto karnych paragrafów. Ale oni się też dzielnie trzymali.

Wy też jak rozumiem. Ma pan świadomość, że byliście na podsłuchu? Czy wie pan, że byliście na podsłuchu?

- Jestem przekonany, że byliśmy na podsłuchu, dlatego myśmy z Heniem Wujcem właściwie o sprawach "Solidarności" nie rozmawiali i zresztą dlatego prawdopodobnie, żeby może nas rozruszać, czasem nam do naszej celi wsadzano kogoś innego jak Janka Kalusa, jak parę innych osób. No, ale myśmy jednak się twardo tego "reżimu nie rozmawiania o tym, co było" trzymali.

Porozumiewaliście się mimo zakazu w czasach, kiedy jeszcze siedzieliście w tych podwójnych celach? Zdaje się, że jakaś dziura koło WC, tak?

- No tak, wykryliśmy dziurę między naszą celą, a celą sąsiednią, w której siedział Jacek Kuroń i Janek Rulewski. W związku z tym mogliśmy tam się porozumiewać. Poza tym można było krzyczeć po prostu przez okno. Do okna nie można było podejść, dlatego że od wewnątrz na oknach była taka klatka z kratami, a na zewnątrz była zasłona, także nie było widać, co jest na zewnątrz. Ale jak się głośno krzyczało, to do sąsiedniej celi dochodziło, z tym że z kolejnymi, dalszymi celami można się było porozumiewać tylko na zasadzie głuchego telefonu, czyli przekazywania informacji, bądź pytania dalej.

Robiliście to często? W jakich sprawach?

- Komentowaliśmy czasami sytuację, jaka się tworzyła, ale nie mówiliśmy oczywiście o sprawach "Solidarności". Później, kiedy reżim został złagodzony, no to już mogliśmy się spotykać na przykład na spacerniakach.

I wtedy właśnie powstało zdjęcie bardzo charakterystyczne: "pięciu wspaniałych", tych z Białołęki, które potem obiegło świat sięgając do Australii, Nowej Zelandii nawet. Proszę opowiedzieć o historii tego zdjęcia, bo pan w tym maczał palce.

- Istotnie. Pomysł, żeby to zdjęcie, takie zdjęcia zrobić, oczywiście dosyć wcześnie się narodził, no i tutaj istotnym, takim wykonawcą tego całego projektu była moja żona, która pożyczyła od dziennikarki amerykańskiej bardzo malutki aparat fotograficzny i po prostu przemyciła ten aparat do więzienia w torbie z cukrem, więc ja ten aparat dostałem.

Ale przepraszam. W torbie z cukrem tak po prostu włożony, ta torba była zapieczętowana? Jak to było?

- Ta torba właśnie, żeby pokazać, że naprawdę nic w niej nie ma, to ona była nawet rozpieczętowana, żeby się ten cukier trochę wysypywał. Ten aparat był na samym dole, w związku z tym przeszedł dosyć gładko kontrolę, bo wszystkie rzeczy, które dostawaliśmy z tak zwanej wolności, były oczywiście przez strażników sprawdzane, no i w ten sposób ten aparat dostałem.

Pan wiedział, że on będzie w tej torbie cukru?

- Nie, nie wiedziałem, ale wiedziałem, że będzie. W związku z tym skrupulatnie wszystko przeszukałem i ten aparat znalazłem. I potem zacząłem tym aparatem robić zdjęcia. Na niektórych zdjęciach ja jestem sam oczywiście, bo wtedy prosiłem głównie Janka Kalusa, żeby te zdjęcia zrobił. Szczególnie wydawało się ryzykowne robienie zdjęć na spacerniaku, dlatego że byliśmy cały czas pod czujnym okiem strażników. Chodziło więc o to, żeby strażnik faktu robienia zdjęć nie zauważył, bo wtedy by skonfiskował aparat, co jeszcze byłoby rzeczą dotkliwą, ale nie tragiczną, ale by przepadły zdjęcia. W związku z tym trzeba było wybrać takie miejsce, którego strażnik by nie zauważył, a także odwrócić od niego, od tego strażnika, od tego miejsca uwagę. No więc to się nam udało i takich kilka zdjęć istotnie zostało zrobionych. Potem jeszcze była kwestia przeszmuglowania tego aparatu, a przede wszystkim samego filmu na zewnątrz, co się na szczęście udało i w związku z tym te zdjęcia są dzisiaj ciągle w obiegu.

A proszę powiedzieć, sprzeczaliście się, kto ma być na tym zdjęciu, które miało podnosić ducha tych, którzy są na wolności? Licytowaliście się, kto ma tam wejść, kto ma zrobić to zdjęcie i na nim nie być w związku z tym?

- To że na tym zdjęciu nie będzie Janka Kalusa, to było dosyć naturalne, bo on był takim, chwilowo nam do celi dostawionym internowanym. Natomiast kto nie, bo tych zdjęć było kilka, w związku z tym w kilku wariantach  tam występowaliśmy. No może najbardziej znane jest zdjęcie naszej piątki, ale to było wcale nie jedyne zdjęcie, w związku z tym przepychanek żadnych oczywiście nie było.

A proszę powiedzieć, bo to chyba dość wstydliwa - jak się - domyślam sprawa. W jaki sposób te zdjęcia wyszły z Białołęki?

- Wolałbym właściwie tutaj szczegółów nie ujawniać, nie chcę powiedzieć, że to się jeszcze może przydać, ale...

Rozumiem, że to za pańską sprawą. I zrobił pan to skutecznie.

- Oczywiście zrobiłem skutecznie, bo to wszystko dzisiaj krąży.

Co pan myśli, kiedy, może czasem to się zdarza, przejeżdża koło aresztu w Białołęce?

- Prawdę mówiąc to sobie myślę po pierwsze, że to z zewnątrz wygląda całkiem inaczej, to raz. A po drugie, jak wielkim przedsięwzięciem w owym czasie było przyjechanie do nas na spotkanie, czy na wizytę. Wtedy to było daleko, komunikacja była kiepska, zima była dosyć jednak surowa. W związku z tym do tych, którzy nas odwiedzali, to był cały dzień właściwie zainwestowany w to krótkie jednak - z konieczności - spotkanie. Dla nas to była jednak niesłychanie ważna rzecz, żeby mieć kontakt ze światem zewnętrznym. Także i dlatego zresztą, że dzięki tym kontaktom myśmy zdołali przemycać rozmaite informacje na zewnątrz, a także dostawaliśmy informacje z wolności, które dla nas były bardzo istotne.

Przez księży, przez rodzinę?

- Przez księży i przez rodzinę. Tak, księża nosili grypsy, w szczególności na przykład grypsy pomiędzy mną i moją ówczesną jeszcze wtedy narzeczoną Joasią, z którą później, żeśmy się pobrali, ale to już jest inna historia. I oni w pewnym sensie są odpowiedzialni właśnie za to, co się później z nami stało.

Spędził pan w Białołęce rok z kawałkiem. Mam wrażenie, czytając jakieś wspomnienia, z tych czasów, że stopniowo zaczynaliście się tam coraz bardziej nudzić i zrobienie tych zdjęć było jednym z objawów tej nudy. Szukaliście zajęcia po prostu. Spiskowanie, nawet tam.

- Myślę, że w więzieniu - jak to zresztą, chyba jest zawsze - dni są długie, ale tygodnie, miesiące krótkie ze względu na ogromną monotonię. Myśmy tam zresztą nie tylko czytali, nie tylko rozmyślali, no ale także na przykład z Adasiem Michnikiem napisaliśmy jakiś jeden, czy dwa artykuły, które się potem ukazały, które po prostu były częścią naszej debaty o tym, co dalej robić. Wtedy pojawiały się przecież także i niesłychanie takie radykalne koncepcje, żeby prawie zrobić powstanie narodowe i wydawało się nam, że trzeba się tym koncepcjom przeciwstawić i raczej się nastawiać na taki długi, powolny, ale jednak skuteczny marsz. Zresztą jeden artykuł udało mi się też "wymycić" z Białołęki, który potem się ukazał na Zachodzie w "Wall Street Journal". Cały problem polegał jednak na tym, że na wypadek, gdyby mi zarzucano tego rodzaju artykuł, to mógłbym powiedzieć, że po prostu ja się do niego nie przyznaję i tyle. Natomiast redakcja tego pisma, żeby uwiarygodnić właśnie autentyczność tego artykułu, dokładnie opisała, jak ten artykuł się u nich znalazł, że był napisany moją ręką, na bibułkowym papierze i w związku z tym nie ma żadnej wątpliwości, że autorem jestem naprawdę ja. Co obalało niejako moją możliwą linię obrony.

Na koniec jeszcze chciałem zapytać, o takie najbardziej intensywne wspomnienie związane z wprowadzeniem stanu wojennego. Taki element, który towarzyszy panu już zawsze od tego czasu, od tych trzydziestu paru lat.

Myślę, że najgorszy moment, to był taki kiedy przeprowadzono mnie pod trzymającym mnie pod pachę takim szpalerem żołnierzy w zimie. Wszystko było zalane światłami reflektorów i wprowadzono mnie do pomieszczenia pod ziemią, gdzie była jasno wybielona ściana. Postawiono mnie pod tą ścianą, a z przodu stali żołnierze z karabinami. Właśnie sobie pomyślałem, czy ta ściana to nie jest już ostatnia rzecz, jaką widzę. No, ale na szczęście, okazało się, że jednak nie było aż tak źle. 

Tomasz Skory

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne