W skrócie
- W PiS rozpoczęły się poszukiwania kandydata na premiera, a na medialnej giełdzie pojawiają się nowe nazwiska młodych samorządowców.
- Frakcje w PiS spierają się między innymi o kandydatury Przemysława Czarnka i Tobiasza Bocheńskiego, ale pojawiają się też propozycje postawienia na zaskakującą osobę spoza głównych typów.
- Rozważaną opcją jest również rezygnacja z typowania konkretnego kandydata, jeśli nie uda się wyłonić osoby łączącej różne frakcje w partii.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
Zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego o wskazaniu kandydata na premiera w ciągu kilku tygodni wcale nie przecięła wewnętrznych napięć i sporów w PiS. Wręcz przeciwnie - tylko je spotęgowała.
Frakcja przeciwników Mateusza Morawieckiego triumfuje, bo uważa, że zapowiedź prezesa jasno wskazała, że to nie były szef rządu będzie kandydatem na premiera.
- Nasz kandydat na premiera musi pozwolić wygrać nam wybory. Musi być lokomotywą wyborczą. Zasługi są ważne, ale dziś najważniejsze jest zwycięstwo i zjednoczenie elektoratu patriotycznego - powiedział prezes Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla Radia Maryja podkreślając, że podjął już decyzję, kto ma być kandydatem na premiera. - Wybitne zdolności i zasługi nie mogą być jedyną przesłanką wyboru - dodał.
Frakcja tzw. maślarzy, czyli przeciwników Morawieckiego wskazuje na dwa nazwiska, które mają dziś największe szanse i o których myśli prezes. To Przemysław Czarnek oraz Tobiasz Bocheński. Politycy z frakcji Morawieckiego odpowiadają jednak, że oba te nazwiska są nie do zaakceptowania dla byłego premiera i spowodują mocne zaognienie wewnętrznych kłótni. A nie taki jest cel prezesa.
Wskazanie kandydata na premiera - w zamyśle Jarosława Kaczyńskego - ma zakończyć publiczne okładanie się kijami przez poszczególne frakcje i zmobilizować partię do wspólnej pracy.
Prezes, wedle własnej zapowiedzi, ma wskazać kandydata na premiera "w ciągu kilku tygodni". Co więc nas czeka?
Scenariusz 1. Kandydat z grona "maślarzy"
Jeśli Jarosław Kaczyński zdecyduje się na wskazanie Przemysława Czarnka lub Tobiasza Bocheńskiego będzie to jasny sygnał w kierunku Mateusza Morawieckiego, że jego pozycja w oczach prezesa jest gorsza, niż wszyscy dotąd myśleli.
Dla przeciwników Morawieckiego byłoby to postawienie kropki nad i.
- Od dłuższego czasu prezesowi bliżej jest do wizji walki o wyborców, którzy odeszli do Brauna i Konfederacji. Prezes widzi, że scena polityczna przesuwa się w prawo i wie, że my też nie musimy się wstydzić swojej prawicowości, nawet jeśli dla niektórych wydaje się to radykalne - przekonuje nas jeden z maślarzy.
Sam Morawiecki jednak widzi to inaczej. Były premier konsekwentnie w swoich działaniach realizuje "agendę aspiracyjno-rozwojową", kierując przekaz do wyborców bardziej umiarkowanych, którzy być może kiedyś głosowali na Trzecią Drogą, a dziś nie mają na kogo przerzucić swoich głosów.
Współpracownicy byłego premiera zżymają się na to, co robią ziobryści i maślarze, wskazując, że PiS, przesuwając się w prawo po wyborach prezydenckich notuje dziś największe spadki sondażowe.
- Prezes też zaczyna dostrzegać, że ta strategia nie przynosi zysków, tylko same straty - wskazuje nasz rozmówca z grona harcerzy (tak się określa ludzi z frakcji Morawieckiego).
Frakcja antymorawiecka uważa, że wyznaczenie Bocheńskiego lub Czarnka ostatecznie przecięłaby wszelkie spekulacje dotyczące możliwego powrotu Morawieckiego na fotel premiera, a także otworzyłaby PiS na rozmowy z Konfederacją. Jak przekonują, to jedyna droga powrotu do władzy, bo Morawiecki jest dla Mentzena i Bosaka nieakceptowalny.
Tyle tylko, że Morawiecki zrobił w ostatnich miesiącach wiele, by prezes nie mógł całkiem zlekceważyć jego zdania. Były premier cały czas jeździ po Polsce, spotyka się w okręgach z posłami i działaczami, a na jego wiece przychodzą tłumy, co dokumentuje zdjęciami wrzucanymi do internetu. To także jasny sygnał wysyłany na Nowogrodzką.
Morawiecki deklaruje cały czas, że nie chce i nie planuje odchodzić z PiS. Wewnętrznie urósł jednak za mocno, by prezes mógł go całkiem zlekceważyć. Gdyby to zrobił, dałby sygnał Morawieckiemu, że nie jest w PiS potrzebny. A gdyby ten zdecydował się wtedy odejść, PiS mógłby pożegnać się z myślą o powrocie do władzy.
- Prezes nie doprowadzi do odejścia Mateusza. Władza w 2027 roku to dla niego cel absolutnie nadrzędny, a podzielony PiS to słaby PiS. Zresztą nic tak nie spaja PiS jak nienawiść do Tuska, więc w imię pokonania Tuska prezes jest gotów na różne kompromisy - wskazuje nasz rozmówca.
Scenariusz 2. Kandydat z kapelusza, czyli powtórka z kampanii prezydenckiej
Dlatego w PiS nie wyklucza się dzisiaj całkiem innego rozwoju wydarzeń i wyznaczenia do roli kandydata na premiera kogoś niespodziewanego. W PiS wciąż żywa jest pamięć o tym, jak udało się sprawnie wykreować postać Karola Nawrockiego z szerzej nieznanego publicznie prezesa IPN do kandydata na prezydenta, który wygrał wybory. Wielu wierzy, że można by powtórzyć ten scenariusz.
- Wrzucenie kogoś, kto nie pojawia się nie giełdzie nazwisk, kto nie jest szerzej znany i kojarzony medialnie, przyciągnęłoby uwagę i byłoby jakimś powiewem świeżości - uważa nasz rozmówca z PiS.
Kto mógłby być takim asem w rękawie? Nasi rozmówcy wymieniają w tym kontekście najpopularniejszych samorządowców z PiS: Lucjusz Nadbereżnego, prezydenta Stalowej Woli, Jakuba Banaszka, prezydenta Chełma czy Jarosława Margielskiego, prezydenta Otwocka.
Wszyscy są młodzi, popularni w swoich miastach i z politycznymi ambicjami. Ale co najważniejsze - mogliby pogodzić zwaśnione frakcje.
Zdaniem naszych rozmówców z kierownictwa PiS nikt nie wymagałby od nich, aby zrzekali się swoich funkcji. Po prostu mieliby więcej aktywności stricte politycznej w ramach pełnionych obowiązków.
- Na kogoś z tej trójki bez problemu zgodziłby się Morawiecki, a i maślarze, choć rozczarowani, nie mogliby się sprzeciwić, bo nie mieliby argumentów - uważa nasz rozmówca.
Po rozmowach ze stronnikami Morawieckiego można odnieść wniosek, że scenariusz z kandydatem z kapelusza byłby dla nich do przyjęcia. Niezależnie czy będzie to ktoś z samorządowców czy poseł z dalszego szeregu. Grunt, by nie był to nikt z maślarzy, bo to odebraliby jako afront i celowe upokarzanie ich lidera.
Scenariusz 3. Nie będzie żadnego kandydata
Scenariusz, w którym prezes widząc, że nie jest w stanie znaleźć kogoś, kto łączyłby frakcje i w efekcie zrezygnuje całkiem z tego pomysłu, nie jest wcale wykluczony. Owszem, zapowiedź w Radiu Maryja padła, ale Jarosław Kaczyński wiele razy pokazywał, że jest politykiem elastycznym. - Powiemy, że to był element gry prezesa i tyle - śmieje się jeden z posłów.
W PiS można usłyszeć głosy, że prezes od lat jest znany z tego, że w ciągu kilku dni albo tygodni jest w stanie zmienić zdanie o 180 stopni i to, co jeszcze przed chwilą uważał za genialny pomysł, nagle zaczyna krytykować i odstępuje od jego realizacji.
- Dlatego nie przywiązywałbym się do tego specjalnie. Za chwilę może być zwrot przez rufę i całkiem inna koncepcja. Zwłaszcza że natychmiast po ogłoszeniu tego na Nowogrodzką ruszyły tabuny emisariuszy i każdy ma coś do powiedzenia. Prezes rzucił pomysł, a teraz patrzy, co się wydarzy, kto przyjdzie, kto co powie i tak dalej. Nie dałbym sobie ręki uciąć, że na pewno ten pomysł zakończy się wskazaniem kandydata - uważa nasz rozmówca.
A nawet jeśli prezes za kilka tygodni wskaże konkretne nazwisko, nie jest wcale pewne, że będzie to ostateczny kandydat na premiera w 2027 roku.
- Do wyborów jest dużo czasu, a prezes każdemu, kto do niego przychodzi, obiecuje co innego. Jak rozmawiam z kolegami, to przynajmniej trzech już dostało zapewnienie, że fotel premiera po 2027 roku będzie ich - zdradza nam jeden z polityków PiS, częstych bywalców na Nowogródzkiej.
Kamila Baranowska















